Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #inne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 grudnia 2009

Redaktorskie podsumowanie roku 2009

Zleciało jak z bicza strzelił. Zanim się wszyscy obejrzeliśmy i zdążyliśmy nacieszyć wydawnictwami roku poprzedniego, minął kolejny i to w dodatku całkiem niezły. Poniżej prezentujemy Wam drodzy czytelnicy, 5 autorskich podsumowań zawierających zestawienie 10 płyt. Nie brakuje słów zachwytu i pochwał, ale niektórym się oberwało, po prostu im się należało.


Epid: Muzycznie był to zdecydowanie udany rok. Zaskakująco nawet, bo ilość płytowych premier, które popieściły mój paskudnie wybredny gust, okazuje się być naprawdę pokaźna, szczególnie w porównaniu do poprzednich lat. Oto dycha najważniejszych dla mnie krążków tego roku



Them Crooked Vultures - Them Crooked Vultures - 13 genialnych piosenek, każda z nich osobno jest moim prywatnym hiciorem! Album roku.

Antony and the Johnsons
- The Crying Light - Bóg nie dał biednej pani Hegarty kobiecego ciała, za to podarował absolutnie piękny głos. Gorzej dla Antony’ego, lepiej dla nas.

Agoraphobic Nosebleed - Agorapocalypse - najlepszy grindcore tego roku! Bo rozpierdala energią, aranżami oraz laską na wokalu.

Mastodon - Crack The Skye - podoba mi się droga rozwoju tej kapeli. Ja jestem z tych co wolą Mastodona jeno „rockowego” od „Leviathana”.

Kapela Ze Wsi Warszawa - Infinity - a tam Behemoth! Na światowej scenie folkowej Polacy też mają prawdziwą superstar.

Antigama - Warning - jestem im wierny od „Intellect made us blind”, dlatego ta płyta musiała mi się spodobać i musiała się tu znaleźć. Nawet, jeśli do końca nie przekonałem się do wokali Nicka.

Converge - Axe to Fall - narzekano, że Converge nagrał płytę słabszą. A guzik! Rozwinął swój styl i wcale, a wcale nie zaniżył lotów.

Crippled Black Phoenix - The Resurrectionists/Night Raider - muzyczny eklektyzm Brytyjczyków nie jest tym razem może aż tak zjawiskowy jak na debiucie, acz wciąż porywa.

Bob Dylan - Together Through Life - zabluźnię, ale współczesne dokonania Dylana należą do moich ulubionych i podobają mi się bardziej, niż albumy z lat 60-tych.

Brutal Truth
- Evolution Through Revolution - na koniec zostawiłem sobie największe rozczarowanie roku, czyli album reaktywowanego Brutal Truth. Moim zdaniem bez Brenta McCarthy’ego w składzie, ta kapela nie ma prawa bytu i ta płyta to potwierdza!


Masterton: Mając świadomość tego, ile solidnych marek zapowiedziało nowy materiał na rok 2009, byłem przekonany, że ów rok mówiąc kolokwialnie, po prostu zmiażdży. Jak się okazuje, nie było wcale tak rewelacyjnie, ale źle również nie. Wielu potwierdziło swoją klasę, czasami nawet przeskakując i tak wysoko wiszącą już poprzeczkę, pojawili się również debiutanci, którzy wypadli bardzo obiecująco, ale nie zabrakło również niemiłych akcentów jak zniżka forma czy zjadanie własnego ogona.



BlindeadImpulse – ostatnią Autoscopią pozamiatali doszczętnie na krajowej scenie. Impulse przeniosło ich w nieco inny wymiar, który mi jak najbardziej odpowiada. Odważna eksploracja ambientowych rejonów może przynieść bardzo pozytywne efekty na kolejnym krążku, o ile nie zmienią kierunku jazdy.

AntigamaWarning – „Warning” przynosi zmiany w postaci nowego wokalisty, którym został Nick znany z Blindead. Powierzone mu zadanie wykonał perfekcyjnie. „Warning” to dawka kontrolowanego szaleństwa, niekiedy miażdżących blastów i szalonej awangardy zaklętej w połamanych strukturach. Bardzo mocna pozycja zarówno na krajowym jak i światowym podwórku.

Proghma – CBar-do-Travel – zdecydowanie jedna z mocniejszych pozycji muzycznych na polskim rynku. Eksperymentalne granie rośnie u nas w siłę i nie pozostaje nam nic innego jak tylko się z tego faktu cieszyć. „Bar-do-Travel” to świetnie zaaranżowany, zagrany z pomysłem i odpowiednim wyczuciem krążek, bez zbędnej przesady i natłoku dźwięków.

Echoes Of YulEchoes Of Yul – kto by pomyślał, że doczekamy się rodzimych przedstawicieli klimatów około drone’owych? A jednak. Dwie artystyczne dusze pochodzące z Opola nieźle namieszały na rodzimy poletku tworząc album nietuzinkowy i ze wszystkich oryginalny, bo czegoś takiego jeszcze u nas nie było. Zawrzało na polskich portalach, ale i również za granica nie pozostała obojętna na debiut Echoes Of Yul.

GreymachineDisconnected"Disconnected" to jedna, wielka, monumentalna ściana harmonicznego hałasu, stworzonego w przemyślany sposób. Momentami ciężko jest cokolwiek odczytać z tej mieszaniny hałaśliwego transu wpadającego w posępny drone, który drąży nasz mózg niczym wiertło usilnie starające się przebić przez ścianę. Mam nadzieję, że na jednej płycie nie poprzestaną.

Alice In ChainsBlack Gives Way To Blue – nie dołączę do grona nadwornych maruderów, którzy nie dopuszczają do siebie myśli, że Alicja może funkcjonować bez Layne’a na stanowisku wokalisty. Wbrew wszystkim narzekaniom i wątpliwościom, DuVall wypadł bardzo przyzwoicie. Czuć powiew świeżości i jednocześnie unoszącego się nad wszystkim ducha starszych lat. Alice In Chains powrócili w dobrym stylu!

Devin Townsend Project – nagrywając zarówno "Ki" jak i "Addicted" Devin po raz kolejny pokazał, że jest muzykiem wszechstronnym i jest w stanie odnaleźć się w każdej stylistyce. Wszystkich zawziętym metalowcom szczęki opadły jak usłyszeli wysublimowane „Ki”, na którym metalowych momentów jest jak na lekarstwo. Jest za dużo więcej czystej gitary, ambientowej przestrzeni i nietypowych aranżacji. Jego „clean” na tej płycie brzmi wprost wyśmienicie. „Addicted” z kolei jest już płytą mocniejszą, zorientowaną na chwytliwe riffy co z resztą potwierdziło się z wcześniejszymi zapowiedziami. Wpadające w ucho wokale autorstwa między innymi Anneke van Giersbergen robią niemałe wrażenie. Pozostaje jedynie czekać na dwa kolejne wcielenia Devin Townsend Project.

KatatoniaNight Is The New Day – bardzo dobra kontynuacja muzycznej drogi rozpoczętej na poprzednim krążku. Za to co zrobił Jonas na TGCD, należy mu się pomnik, na tym krążku poziom jest niewiele gorszy. Solidny materiał, do którego z pewnością nie raz powrócę.

Minsk - With Echoes in the Movement of Stone – nie będę chyba oryginalny jeśli wskażę ten krążek jako jedno z największych rozczarowań roku. Po „The Rituals…” oczekiwania były spore, ale wyszło jak wyszło. Amerykanie nagrali album bardzo przeciętny i dużo słabszy od poprzedniczki.

IsisWavering Radiant – pomimo tego, że nie jest to taki tragiczny album jakim wydawał mi się na początku, jestem jednak rozczarowany. Osobiście nie mam nic przeciwko wygładzonemu stylowi Izydy, i o ile ITAOT uwielbiam, to niestety WR nie przemawia do mnie wystarczająco. Podobnie jak Minsk, płyta dużo słabsza niż poprzednia.



No_Nick: Rok 2009 był dość przeciętny. Było sporo zawodów, choćby płyt wydane przez Isis, Minsk czy Anaal Nathrakh. Ale też parę interesujących debiutów, szczególnie w kategorii elektroniki. Powstało też parę albumów, które wybitnymi nie są, ale słychać, że ich twórcy poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Pisanie takiego podsumowania jest wyjątkowo stresujące, bo zawsze coś się pominie i czegoś nie doceni. Już teraz mam świadomość, że mój ranking za parę tygodni prawdopodobnie wyglądał by inaczej. Ale żeby dalej nie narzekać na trudny pisania tego tekstu zapraszam do mojego mocno schizofrenicznego pod względem doboru dzieł płytowego podsumowania roku.



Tim Hecker - An Imaginary Country - Hecker, jak zwykle mnie nie zaskoczył i nagrał album wybitny. Widać ten człowiek inaczej nie potrafi. „An Imaginary Country” działa na mnie, uspakająco, ale paradoksalnie atakuje też bardzo intensywnymi i ciężkimi do opisania emocjami. Więc zamiast rozwijać ten króciutki opis, zalecam wam zapoznanie się z najlepszym albumem tego roku.

Rome - "Flowers From Exile" - „Flowers From Exile” ma zapach żywicy, zadymionej staromodnej drewnianej knajpki, ale także siłę potężnego wiatru i atmosferę nocy spędzonej przy ognisku. Jest tu coś z Leonarda Cohena, Toma Waitsa i neofolku, a niesamowity klimat podsyca pojawiające się co pewien czas gitarowe flamenco. Ta płyta trafia prosto w moje serce i rośnie w siłę z każdym odsłuchem.

Greymachine - Disconnected - „Disconnected” to atmosfera szarego zdezelowanego blokowiska z brudnymi betonowymi podwórkami. To wyalienowani, niestabilni psychicznie, brudni mentalnie ludzie. To także prawdopodobnie najbardziej nihilistyczna płyta roku.

Sunn O))) - Monoliths & Dimensions - nowa płyta mnichów, to jakiś dziwny, pierwotny i niezwykle intensywny rytuał. W którym, gdy tylko odpalamy ten album, chcąc nie chcąc zaczynamy uczestniczyć. To także, najbardziej chyba eksperymentująca, przystępna i spójna płyta Sunn O))).

Throbbing Gristle - The Third Mind Movements - Throbbing Gristle wciąż brzmi świeżo i awangardowo. Jednak płyta ta jest zdecydowanie bardziej przystępna od wczesnych albumów zespołu. „The Third Mind Movements” to mechaniczny, ciemny i niepokojący muzyczny trans, który zostawia dziwne wrażenie w umyśle na bardzo długo, po jej końcu.

Om - God Is Good - orientalne motywy i zaśpiewy przyprawiają o ciary na plecach. Zespołowi udaje się połączyć orient z dusznymi i gęstymi jak smoła riffami gitarowymi i wychodzi im to perfekcyjnie. Poza tym Om jest chyba jednym z nielicznych zespołów zahaczających o metalowe klimaty, przy którym hasło „muzyka medytacyjna” nie brzmi śmiesznie.

Current 93 - Aleph At Hallucinatory Mountain - jasne, że do czołówki albumów które wyszły spod ręki pan Tibeta ta płyta się nie zalicza. Ale pod szyldem Current 93 wychodzą „przynajmniej” bardzo dobre płyty. A „Aleph At Hallucinatory Mountai” budzi grozę i niepokój jak mało co. Tibet wciąż eksperymentuje i ten album, już tradycyjnie był dla mnie zaskoczeniem.

HEALTH - Get Color - ta płyta pokazuje, co się dzieje, gdy do wielkiej zmechanizowanej fabryki, gdzie nie ma miejsca na człowieczeństwo, wpuści się romantyków. Według mnie to jeden z najbardziej obiecujących młodych zespołów noise rockowych.

The Flaming Lips - Embryonic - nie najmłodszym już panom z the Flaming Lips tworzenie muzyki musi sprawiać ogromną frajdę, która przenosi się na słuchacza. Dla mnie ten album to przede wszystkim świetna rozrywka przy poznawaniu tego dziełka. Obok pokombinowanych i połamanych utworów są tu kawałki, które z przyjemnością sobie nucę.

James Blackshaw - The Glass Bead Game - z dźwięków, które tworzy na tej płycie Blackshaw bije smutek i melancholia. Na mnie jednak ten album działa wyjątkowo kojąco. Podążamy z muzykiem boso, przez mokrą od rosy trawę, widzimy wschód słońca i czujemy zapach wilgotnego wiosennego powietrza, a minimalizm tej płyty, w żaden sposób nie nudzi.



Szxymon: Rok 2009 zapisany miałem pod hasłem "obfity". Oczekiwałem wielu ciekawych płyt, patrząc z ustęsknieniem w stronę czy to Isis, czy Pelicana. Liczyłem na sporą dawkę solidnch dżwięków, które długo nie opuszczą mojego odtwarzacza. Poniżej przedstawiam top10 płyt, którym poświęciłem najwięcej uwagi. Niestety, nie wszystkie były godne zatrzymania się przy ich dźwiękach na choćby krótką chwilę.



Converge - Axe To Fall - chłopaki wymęczyli nas oczekiwaniem na nową płytę. Spekulacje i odliczanie dni na różnistych portalach internetowych, przerosły najśmielsze wyobrażenia. Sama płyta nieco rozczarowała, będąc jedynie dobrą, w chwili kiedy wszyscy nastawili się na dzieło epokowe.

MastodonCrack The Skye - po świetnym Blood Mountain podchodziłem sceptycznie do nowej produkcji chłopaków z Mastodon. Myślałem, że nie przeskoczą ustawionej ostatnim krążkiem poprzeczki. I faktycznie - miałem rację, ponieważ... na “Crack The Skye” została obrana inna droga muzyczna! Jest bardzo melodyjnie, wręcz popowo, ale przyjemnie się tego słucha. Fani rozczarowani nie będą, nowi słuchacze powinni zwolnić nieco kroku już przy pierwszych dźwiękach.

Baroness - Blue Record - to już trzeci zespół, którego ostatnia produkcja sprawiła zamieszanie w światku muzycznym. Niebieski Album niestety nie sprostał obrazowi "widma przeszłości" i wyszło coś na kształt "śpiącego Mastodona" (tak jakby Oblivion zmiksować z Just 5). Trochę się rozczarowałem. Posłuchać można, ale bez większych fajerwerków.

The Devin Townsend Project - Ki - geniusz. Świetna płyta, przemyślana, różnorodna, bardzo ciekawa. Jedna z tych, których słucha się kilkanaście razy z rzędu, wyłapując poszczególne smaczki. No, no, panie Devinie, widać, żeś pan w formie. Oby tak dalej.

Woody Alien - Microgod - zostałem przez nich po raz kolejny sponiewierany muzycznie. Jako zagorzały fan bębnów, znowu biję peany nad kunsztem garowego z WA. Na pewno jedna z polskich płyt roku - polecam z całego zepsutego serca.

Fall Of Efrafa - Inle - szkoda, że chłopaki kończą karierę, bo na ostatnim albumie naprawdę rozwinęli skrzydła. Jest mniej crustowo, za to bardziej sludge'owo i klimatycznie. Można złapać się na tym, że kiwa się głową w takt poszczególnych utworów. Spore prawdopodobieństwo hipnozy - bardzo dobra płyta.

Isis - Wavering Radiant - tu się nie będę rozpisywał. Wystarczy chyba zaznaczyć, że gdyby to nie było dzieło Aarona Turnera i spółki, prawdopodobnie odsłuchałbym raz czy dwa i więcej do niego nie wrócił. Szkoda.

Minsk - With Echoes In The Movement Of Stone - dwa lata panowie z Minsk mieli na to, żeby pobić, albo przynajmniej dorównać świetnemu The Ritual Fires of Abandonment. Dwa lata nie starczyły. Wychodzi na to, że albo poprzedni, fenomenalny album był wypadkiem przy pracy (a panowie z Minsk grać nie potrafią), albo po prostu zabrakło im pieniędzy na piwo i wydali zbyt szybko kolejną płytę, na której zamieścili odrzuty z sesji nagraniowej do TRFoA.

Pelican
- What We All Come To Need - zostałem zmasakrowany. Takiej nudy nie słyszałem już dawno. Płyta naprawdę potrafi zmęczyć. Podziwiam wytrwałych, którzy dobrnęli do końca ostatniego dziełka panów z Pelican. Szczerze odradzam.

Indukti - Idmen - no i nadszedł czas na polskie rozczarowanie. Kartonowe bębny, smętne wokale (SIC!), a wszystko rozwleczone jak rozgotowany makaron. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Pozycja tylko dla zagorzałych fanów; współczuję tym, dla których rzeczony krążek będzie pierwszym spotkaniem z zespołem.




viljar: Zanim przejdę do podsumowania, chciałbym jeszcze powiedzieć najważniejsze: rok 2009 to rok bardzo udany muzycznie. Poniższa lista tylko częściowo oddaje tę opinię, bo świetnych płyt przesłuchałem zdecydowanie więcej niż dziesięć... i pewnie równie wielu dobrych płyt z tego roku (jeszcze) nie przesłuchałem. Do tego warto zaznaczyć, że w podsumowaniu skupiłem się na muzyce elektronicznej, którą też bardzo zainteresowałem się w tym roku. Jej słuchałem najwięcej i bez wahania mogę powiedzieć, że wciąż jest tam pełno miejsca dla innowacji i świeżości, a nowe, nie do końca nazwane nurty wciąż pojawiają się i przenikają.



Nosaj Thing - Drift - Nosaj Thing ze swoim debiutem udowadnia, że elektroniczna część Los Angeles trzyma się mocno; cała scena kwitnąca wokół klubu Low End Theory oraz grupy Brainfeeder (skupiającej takich artystów jak Ras G, the Gaslamp Killer czy wreszcie Flying Lotus) to kopalnia ciekawych, nowoczesnych brzmień. Na "Drift" muzyczna przestrzeń jest rozległa i nie do końca dokreślona: dźwięki są jakby zamglone, a ich głębokie wibracje i echa nieustannie meandrują w uszach. Sporo jest syntezatorowych plam i glitchowych kropel,
zabawy side-chainingiem i wlewania słuchacza w stroboskopowe, połyskujące tekstury muzyczne. O ile muzykę Flying Lotusa możnaby porównać do miażdżących efektów DMT, to ta od Nosaj Thinga znajduje się gdzieś w rejonach ketaminowego odrealnienia.

Demdike Stare - Symbiosis - chyba jedna z najbardziej "otwartych" gatunkowo płyt jakie słyszałem w tym roku. A przy tym jest to longplay konsekwentnie utrzymany w niepokojącym, nieco ezoterycznym klimacie. Stare, filmowe sample o orientalnej proweniencji, echa dark ambientowych mistrzów, dubowe pulsacje, plemienna transowość i metaliczny posmak industrialu - uczta.

Tim Hecker - An Imaginary Country - Hecker na "An Imaginary Country" wydaje się być jakby głośniejszy. Ale wciąż to ten sam Hecker, ze strukturą o miliardach warstw, nałożonych na siebie z intuicyjną perfekcją; dźwięki Heckera wrą, sprzęgając się i ocierając w chropowatej symfonii, by potem rozpuszczać się w onirycznym zamgleniu. Podróż przez krainę Kanadyjczyka przypomina odyseję przez sny; fascynuje i sprawia, że muzyczne drzazgi pozostają na długo po przebudzeniu.

FaltyDL - Love is a Liability - ciężko powiedzieć, gdzie dokładnie plasuje się brzmienie FaltyDL. Wielu muzyka Nowojorczyka może na pierwszy rzut ucha skojarzyć się z Burialem (wokale!), ale mniej tu melancholii; wszystko to jest bardziej rozpędzone, nowojorskie. Gęste, synkopowane, szybkie beaty spotykają się tu z syntezatorowymi pomrukami i idmową patyną, idealnie oddając nastrój tonącego w światłach miasta, które nigdy nie zasypia.

Paul White - The Strange Dreams Of Paul White - płytoteka tego Londyńczyka musi robić wrażenie. Jeśli chodzi o ilość i różnorodność sampli użytych jest to zdecydowany winner w tym roku. Przeplatają tu się lata osiemdziesiąte, siedemdziesiąte, klasyczny hip hop i rock progresywny, soul i muzyka orientalna, funk i muzyka filmowa... Dźwiękowa ekwilibrystyka na najwyższym poziomie, utrzymana w stylistyce instrumentalnego hip hopu o analogowym cieple. Madlib może już czuć na plecach gorący oddech Londyńczyka (a to dopiero debiut!).

Redshape - Dance Paradox - zakuty w czerwoną maskę producent powraca. "Dance Paradox" to techno najwyższej klasy, misternie ukształtowane na wzór najlepszych dokonań szkoły ze szkoły z detroit. Muzyczne formy Redshape'a są niemal organiczne; doskonale potrafi on zsynchronizować głębię beatów z odgłosami miasta czy nadgryzione zębem czasu loopy z majestatycznymi pasażami klawiszy. Przykład, że powroty do oldschoolu czasem potrafią wyjść na dobre.

King Cannibal - Drift - o tej płycie już zresztą pisałem. Udany mariaż masywnego dubstepu z breakcorem i drum'n'bassem, a to wszystko w klaustrofobicznej, podsycanej samplami z horrorów oprawie. Bezpośrednie i intensywne - jedno z najpotężniejszych około-dubstepowych wydawnictw jakie słyszałem w tym roku.

Robert Logan - Inscape - Robert Logan, młody Brytyjczyk węgierskiego pochodzenia, to jasno świecąca gwiazda na tamtejszym firmamencie: dwa lata temu wydał świetne "Cognessence", a w marcu tego roku spod jego ręki wyszło "Inscape", ugruntowujące jego pozycję jako artysty rozmiłowanego w eksperymentalnej elektronice. Bogactwo i kaliber środków, jakimi Logan kreuje atmosferę o filmowej gęstości, robi wrażenie. Aż chciałoby się zobaczyć jakiś futurystyczny thriller z muzyką Brytyjczyka jako głównym nośnikiem napięcia...

Current 93 - Aleph at Hallucinatory Mountain - gdy usłyszałem tę płytę, byłem zaskoczony. Current 93 z przesterowanymi, rzężącymi gitarami? Proszę bardzo. Profetyczny głos Tibeta i jego świetne teksty składają się na płytę, która apokaliptycznym nastrojem bez problemu zjada większość black metalowych hord. Jest w tej płycie coś niebezpiecznie niepokojącego i uzależniającego zarazem.

Natural Snow Buildings - Shadow Kingdom - najnowsze, dwupłytowe wydawnictwo NSB jest kolejnym potwierdzeniem wybitnych zdolności duetu, który płyty wypuszcza bardziej niż często. Francuzi eksperymentując gdzieś na pograniczu melancholijnego folku i drapiących dronów malują niezwykły pejzaż własnego muzycznego królestwa. Sporo tu nieostrości, sporo gry świateł i tytułowych cieni. Można tę muzykę chłonąć i wdychać; jest w niej jesienny deszcz, górski wiatr, zapach drewna i kleistej żywicy.



czytaj dalej »

czwartek, 12 listopada 2009

UNSOUND Festival 2009 - 23.10 - 25.10. Relacja



20, 21, 22... jest - 23! Odliczanie dni do tegorocznego Unsounda zakończone, w końcu, wreszcie! Dlatego gdy w noc z czwartku na piątek obudziłem się z gorączką wyrzuciłem z siebie obfity stek bluzgów; przez ostatnie pół roku byłem zupełnie nietykany przez choroby, a tutaj nagle przyszło centralne uderzenie z rejonów grypowych. Ale dobra, nie ma co się wycofywać, nie ma co się litować, jedziemy na Unsounda, by poczuć na własnej skórze najróżniejsze muzyczne formy: od arktycznych ambientów w stylu Biosphere po miażdżące z siłą armii walców drony spod znaku Sunn O))). 9.15, dworzec centralny w Warszawie, zaczynamy podróż.

Wkrótce po przyjeździe zostałem przez znajomych zaprowadzony do festiwalowego biura (?) które mieściło się w klubie Pauza. Biurem w zasadzie ciężko by to nazwać, bo wszystko miało kształt raczej undergroundowy: jakaś pani za stolikiem, stos ulotek i tego typu rzeczy - całość. Ulotki zresztą okazały się bardzo przydatne - oprócz informacji o koncertach i innych okołounsundowych eventach była też mapka, której potem wielokrotnie używałem by odnajdywać drogę, nie tylko zresztą do miejsc festiwalowych. O 14 dojechał no_nick, który to przez cały Unsound dzielnie sprawował pieczę nad fotografowaniem koncertów. Zatem, oszczędźmy opisów manewrów po krakowskim rynku i okolicach, spotykaniu znajomych z Warszawy w Empiku i przesiadywaniu w Cafe Philo - i przejdźmy do pierwszego koncertu, na jaki poszliśmy.

1) Biosphere i Stars of the Lid

Skierowaliśmy się pod kościół św. Katarzyny na Kazimierzu licząc na to, że będzie tam nieliczna grupka fanatyków... a tu proszę, ładne kilka setek ludzi. Znajomy stwierdził, że większość to i tak pozerzy, ale tak czy siak efekt zaskoczenia był. Trochę stania, w końcu weszliśmy do środka, no_nick zniknął mi gdzieś z zasięgu wzroku, usiadłem z tyłu, gdzie widać niewiele, ale chyba nie to się będzie liczyło. Z przodu, w okolicach ołtarza, ustawione coś na kształt stołu ze świecami - tam mieściła się "aparatura" dzięki której Biosphere wypełnił dźwiękami strzeliste wnętrze gotyckiego kościoła. Od początku koncertu chłonąłem muzykę Biosphere z zamkniętymi oczyma, zresztą, świece postawione obok norweskiego muzyka robiły za jedyne oświetlenie. Prawdziwe wizualizacje przesuwały się w mojej głowie, odpowiadając chropowatym teksturom, arktycznym szumom i echom z jakiś dalekich stacji badawczych; niemal czułem śnieg trzeszczący pod naporem moich stóp i krystaliczny wiatr chłoszczący moją twarz. Powietrze wydawało się czułe na każdą z dźwiękowych fal, każde z basowych drgań jakie płynęły z głośników. Niestety w czasie koncertu Norwega skoczyła mi temperatura, a zimno panujące w kościele odczuwałem bardzo dotkliwie. Przez to coraz ciężej było się skupiać na czarach, jakie odprawiał muzyk ukryty gdzieś daleko ode mnie za laptopem. Gdy występ dobiegł końca byłem zmęczony, ale w tym momencie nie można było się wycofywać.

Atmosfera stworzona przez Norwega nie zdążyła jeszcze rozproszyć się w powietrzu, gdy swój występ zaczęli Stars of the Lid z Sinfoniettą Cracovią. Parę słów wstępu i zaczęło się coś, co niełatwo ubrać w słowa: chyba po prostu trzeba powiedzieć, że koncert ten doskonale łączył harmonię i improwizację, szeroko pojętą "klasyczność" i eksperymentalizm, minimalizm i malarskie wręcz nasycenie. Muzycy wiedzieli, jak wywołać trans, jak bawić się delikatnymi niuansami, jak drążyć swoje instrumenty i wykrzesać z nich maksimum emocji. W pewnym momencie rozejrzałem się po bokach i zobaczyłem Johanna Johannsona siedzącego nieopodal. Widać było, że i jego zachwycają "koledzy po fachu". Genialne wizualizacje wyświetlane na ścianie prezbiterium - jedne z lepszych jakie zdarzyło mi się widzieć w życiu - tylko podkreślały charakter muzyki Stars of the Lid. Niestety, tak jak w przypadku Biosphere, a nawet bardziej, mój odbiór był zaburzony przez gorączkę. Tak bywa, ale i tak ciężko będzie zapomnieć koncertu duetu z Sinfoniettą: chociażby dla tych paru potężnych momentów, gdy muzyka scalała się z obrazem, tworząc jakąś meta-rzeczywistość, oddychającą i pulsującą w moich oczach, jak gdyby była prawdą.

Biosphere













Stars of the Lid (cienie Stars of the Lid)
















2) Soundproof 2 - Bass Mutations (Pavel Ambiont, 2562, Untold, Kode9 &
The Spaceape, Pole, Ikonika)


Kurwa. Zomby. Tak szedłem na koncert, bo oczekiwany przeze mnie Zomby nie przyleciał: nie wiadomo do końca dlaczego, tydzień czy dwa po Unsoundzie napisał na Twitterze, że złamał nogę i takie tam. Pachnie to mocno ściemą, a Zomby od dawna ma opinię strasznie niepewnego muzyka, który na własnych koncertach pojawia się rzadko. A szkoda, bo tak bardzo chciałem tego rave'u z "Where Were You In 92"... Na miejscu okazało się, że Manggha - czyli japońskie muzeum sztuki - jest faktycznie bardzo nowoczesnym miejscem. W materii dźwiękowej ciężko chyba byłoby znaleźć coś lepszego: sala była naprawdę fenomenalnie nagłośniona. Gdy wszedłem do Mangi (cudownie uzdrowiony za pomocą magicznego ziela) grał już pierwszy z artystów występujących tego wieczoru: Pavel Ambiont. Białorusin spełniał funkcję muzycznego tła - to co prezentował było przyjemne, ale niczym szczególnym nie zaskakujące. Być może to też kwestia pory, w jakiej przyszło mu grać. 2562 z Holandii grał jako następny. Osobiście jestem fanem tego człowieka i dla mnie jego nagrania świadczą o jego bogatej wrażliwości i wyobraźni muzycznej; prezentuje ciekawe połączenie techno i dubstepu, kładąc też akcent na wątki glitchowe czy ambientowe. Jednak set, który zaprezentował w Mandze był tylko delikatnie opleciony jego własną muzyką: szybko wyczuł, że coraz bardziej zapełniający się parkiet oczekuje czegoś bardziej tanecznego i zabrał się do rozgrzewania publiki. Było trochę minimalowo, konsekwentnie, meandrując pomiędzy kolejnymi winylami, wprowadzając co chwilę nowe motywy, aby tylko nuda nie zakradła się do sali. Przy tym wydawał się całkowicie sympatycznym facetem, który kocha, to co robi - i też dlatego był to dla mnie udany występ.

Po nim Untold. Rozgrzana już publika zawrzała jeszcze mocniej, bo zrobił to, czego po prostu było potrzeba: wkroczył na parkiet z kolejną dawką jadowitych basów i połamanych rytmów. To był jednak tylko przedsmak tego, co miało rozpocząć się zaraz... Kode9 & The Spaceape. Wszystkie oczy skierowały się na ten duet i tak naprawdę nie było wiadomo, kto jest ważniejszy; może po prostu panowie tworzą idealną symbiozę? Spaceape wkrótce wbił się z mikrofonem pomiędzy gęsty tłum i zaczęło się. Kode9 precyzyjnie aplikował swoje dźwięki i trzeba powiedzieć, że było widać w jego występie wielkie doświadczenie i umiejętność wyczucia publiczności. Raper podsycał szaleństwo, lawirując w tłumie i wystrzeliwując kolejne słowa jak z automatu. Jego niezwykła charyzma sprawiała, że parkiet z minuty na minutę coraz bardziej przypominał organizm oddychający równym, wyznaczonym przez niego rytmem. Ciężko będzie zapomnieć ogień, jaki rozpętał się na parkiecie, gdy rozbrzmiały pierwsze dźwięki "Nine Samurai", czyli jednego z utworów, które parę lat temu rozpoczęły dubstepowe szaleństwo. Niejednokrotnie stałem na przeciwko Brytyjczyka twarzą w twarz i obserwowałem pasję w jego oczach i ruchach. Inspirujące. Chwilami brakowało może głębokiej i ciężkiej atmosfery z płyt, ale i tak w funkcji rozrywkowej był to najlepszy Unsoundowy występ na jakim zdarzyło mi się być. Pod koniec prowadzenie przejął Kode9, który zrzucił na parkiet prawdziwą bombę: zabrzmiały utwory The Bug, Joker & Ginz, Joya Orbisona czy nawet Buriala, które w takich warunkach akustycznych brzmiały wprost fantastycznie. Gdy donośnie oklaskiwani panowie skończyli czułem się piekielnie zmęczony. Prawie cztery godziny tańczenia z niewielkimi przerwami na napicie się wody zrobiły swoje. Dlatego gdy przyszedł czas Pole'a najpierw poszliśmy na przystanek sprawdzić autobusy, a potem wróciliśmy i oglądaliśmy artystę zza parkietu. Porządne dub techno koiło nasze uszy po tylu chwilach spędzonych z dubstepowymi ciężarami. Ikonikę zobaczyliśmy tylko w jednym
utworze, bo po prostu byliśmy juz zbyt zmęczeni. I tak dzień Unsundowy dzień numer dwa dobiegł końca.


3) Sunn O)))

Przed samym koncertem parę momentów zdziwienia - dziwnie duża ochroniarzy uzbrojonych w pałki, zatyczki do uszu nie za darmo, jak zapowiadali organizatorzy... ale akurat nie to było najważniejsze. Weszliśmy do hali, gdzie stały już rzędy masywnych kolumn, które już wkrótce miały obciążyć słuchaczy prawdziwym dźwiękowym tsunami. W powietrzu mnóstwo dymu, który trochę gryzł w oczy. Tłum powoli kształtował się, nabierał rozmiarów i dość punktualnie na scenie pojawił się support panów z Sunn O))) - Eagle Twin. Niedźwiedziowaty bębniarz z wściekłą siłą atakujący talerze, gitarzysta i wokalista w jednym, wspierający swoje porykiwania stonerowo -dronowatym brzmieniem, które sprawnie rozgrzewało piece przed głównym występem. Niby intensywnie, ale mnie jakoś znudziło. Siła, która utrzymywała się przez cały występ Amerykanów szybko mi spowszedniała i tylko parę momentów mnie rozbudziło. Na uwagę zasługiwał pewien pan niedaleko ode mnie, dookoła którego szybko wytworzyło się kółeczko. Doznawał bowiem jak po spotkaniu z wiadrem ciężkich narkotyków i jakby to był mniej więcej trzy razy szybszy koncert... ale okej, warto się dobrze bawić, prawda? Wreszcie dochodzimy do kulminacji całego festiwalu: Sunn O))). Najpierw oczekiwanie w ciemnościach i gardłowe zaśpiewy wydobywające się z głośników oraz dym, ciągle wiszący nad sceną i uparcie wypuszczany przez maszynę. A potem zielone światło, mgła trochę słabnie, wychodzą zakapturzone postacie, dźwiękowi mnisi: Atilla Csihar, Greg Anderson i Stephen O'Malley. Już na pierwsze dotknięcia strun sala reaguje
drżeniem, ja poprawiam zatyczki i oglądam, czekając na to, jak rozwinie się ten spektakl. Na scenie dzieje się niewiele, panowie w końcu grają drone metal: to te drobne ruchy, te pojedyncze szarpnięcia mają największą siłę, rezonują przez kolejne sekundy odbijając się w głowach i kościach słuchaczy. Przez narastający ból pleców siadam, zamykam oczy. Na szczęście nie jestem sam, niektórzy nawet leżą. Częstotliwości rozbudzane przez mężczyzn są prawdziwym sonicznym masażem, działają zresztą nie tylko na każdy centymetr skóry, ale i na ubrania, które wydają się jakby rozbudzać przez tę symfonię wiercących basów. Potem Atilla styka się z mikrofonem i serwuje najróżniejsze, często teatralne dźwięki: śpiew gardłowy, skrzeki, operowy śpiew, płacz... czego tam nie było. Siedziałem do końca występu (co potem okazało się trochę głupim posunięciem, zważając na to w jakim przebraniu pojawił się w pewnym momencie Atilla), odrętwiały, trochę na przecięciu jakiegoś surrealistycznego snu i transu, ale trochę też zmęczony własnym fizycznym stanem, rozdarty. Potem nagle koniec, nagle ktoś odciął całą tę ceremonię od mojej skóry. Uczucie niedowierzania, trochę zawód, że to wszystko się skończyło, kiedy jeszcze nie zdążyłem całkowicie zapaść się w tę muzykę. Nie da się jednak określić tego inaczej niż jako rytuał. Rytuał, który ciężko było mi od razu przetrawić, dlatego po występie nie było u mnie
uczucia zachwytu, tylko swego rodzaju konsternacja. Dopiero z czasem coraz bardziej doceniam to, co panowie dokonali na scenie Teatru "Łaźnia Nowa", grając utwory ze świetnego "Monoliths and Dimensions" oraz Orakulum z poprzedzającej tę płytę EPki.

Eagle Twin












Sunn O)))





































Jak widać, Unsound oceniam jak najbardziej entuzjastycznie, choć nie udało mi się zobaczyć wszystkiego, co chciałem. Przeszkadzały mi także problemy ze zdrowiem, które trochę komplikują muzyczne doznawanie (naprawdę nikomu nie życzę takiego pecha). Doboru koncertów należy pogratulować organizatorom - można było zarówno wspaniale się zabawić, jak i po prostu wzruszyć, czy przeżyć muzyczny spektakl - jak w przypadku Sunn O))). Szeroka gama uznanych artystów, porządna organizacja (nie było prawie obsuw, a to się liczy w przypadku festiwali)... i apetyt na następny rok jest w moim przypadku ogromny. Oby do zobaczenia w 2010, Unsoundzie. Może na przykład Tim Hecker będzie w przyszłym line-upie...?

tekst: viljar
zdjęcia: no_nick

czytaj dalej »

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Jarboe + Naer Mataron - fotorelacja

Koncert odbył się 05.06.2009 w warszawskim klubie No Mercy.

































czytaj dalej »