środa, 30 grudnia 2009

Nowy album Misery Index



Pochodzący z Baltimore, w stanie Maryland, zespół zapowiedział, że zaraz w pierwszą w sobotę po Nowym Roku, czyli 2 stycznia, wchodzi do studia by nagrać swój nowy album, który będzie czwartym w karierze amerykańskiego kwartetu.

Nowy krążek będzie zatytułowany "Heirs To Thievery", a jego premiera zaplanowana została na maj przyszłego roku. Album ukaże się nakładem Relapse Records, z którą zespół współpracuje od czasu wydania drugiej płyty, tj. "Discordia". Nagrań zespół dokona w Wright Way Studios, a nad wszystkim będzie czuwał Steve Wright. Warto również wspomnieć, że na wiosnę zespół zaplanował trasę po Australii i Nowej Zelandii, w której będą mu towarzyszyć Decapitated, Psycroptic oraz Origin.

Tracklista:

1. Embracing Extinction
2. Fed To The Wolves
3. The Carrion Call
4. Heirs To Thievery
5. Spectator
6. The Seventh Cavalry
7. Illuminaught
8. Plague Of Objects
9. You Lose
10. Sleeping Giants

Zespół poinformował również o wzbogaceniu japońskiej edycji albumu o dodatkowy utwór.

czytaj dalej »

wtorek, 29 grudnia 2009

Powstanie dokumentalny film o Ministry



Nakładem niezależnej wytwórni filmowej Gigantic Pictures ukaże się dokumentalny film "Fix: The Ministry Movie" obrazujący karierę zespołu, która rozwijała się przez ostatnie blisko 30 lat. W internecie można obejrzeć zwiastun filmu.

Jak na razie, data wydania filmu nie jest znana. Wiemy natomiast, że w trakcie trwania filmu będzie można posłuchać wywiadów, których na temat zespołu udzielali Trent Reznor, Jonathan Davis, Maynard Keenan, Dave Navarro i wielu innych muzyków.

czytaj dalej »

Nowe wydawnictwo Isis


Do sprzedaży trafiła właśnie kolejna koncertówka Isis. Nosi ona tytuł "LIVE V - Oceanic Live In London" i jest już (jak sama nazwa wskazuje) piątym wydawnictwem tego typu w dyskografii zespołu.

Koncert zarejestrowany został 23 lipca 2006 roku w londyńskim klubie Koko.
Tracklista koncertu prezentuje się następująco:

1. The Beginning and The End
2. The Other
3. False Light
4. Carry
5. - / Maritime
6. Weight
7. From Sinking
8. Hym

Gościnnie w utworze "Weight" na gitarze zagrał Justin Broadrick, który znany jest z takich formacji jak Jesu czy Godflesh. Co ciekawe zajął się on także miksem materiału.

"LIVE V" jest drugim po "Wavering Radiant" wydawnictwem Isis, które ukazało się w mijającym 2009 roku.

czytaj dalej »

Batcheeba – Various Complications


Mroczne dźwięki prosto ze skutej lodem Norwegii. Jednoosobowy projekt penetrujący dogłębnie okolice mroku, pieszczący uczucie niepokoju i znajdujący jeszcze czas dla innych bardzo konkretnych głosów. A demiurgiem jest w tym wypadku wyjątkowo zapracowana kobieta.

Przez długi czas nie wiedziałem, jak zacząć pisać o tych dziesięciu utworach. Właściwie to nadal nie wiem. Mam powiedzieć, że pierwszy, „mother”, umiejscawia mnie już w jakimś regionie niepokoju, że jest tam dość rytmiczna elektronika, monotonna, mantryczna może i nieprzyjemne krzyki jakiejś kobiety? Poważna dawka niechęci, agresji w zestawieniu z tymi obojętnymi, ale żywymi, dźwiękami i głosem zza kadru. „Infection loves the child” swoim dudniącym brzmieniem i oddalonymi głosami podsyca coś nieprzyjemnego w uszach słuchacza. Jeśli dodać do tego, że autorka tej muzyki przez jakiś czas pracowała z autystycznymi dziećmi...robi się zimno. „Forward foetus” nie pozostawia złudzeń; mamy do czynienia z zupełnie wypaczonymi dźwiękami, dziwnym postrzeganiem świata. A zamykający album „are you afraid”, pytanie oczywiście dotyczy ciemności, sugeruje, że powinienem odpowiedzieć twierdząco. Jeszcze godzinę temu, bym się tego po sobie nie spodziewał.

Various Complications jest chyba zbiorem (co zresztą sam tytuł może przewrotnie sugerować) paru wcześniej publikowanych utworów i kilku nowych. Odsłuchując materiał zupełnie nie do wyłapania. Jest to album przemyślany i zrównoważony. Można byłoby nawet stwierdzić, że muzyka przebiega dwutorowo, z jednej strony plamy dźwięków, okołoambientowe czucie muzyki, przestrzeń i niespokojne rozmywające się pejzaże, z kolei z drugiej: wyraźnie naznaczony rytm, konkretna i czytelna struktura. Machina? Nie szaleńczo pędząca, ale wystarczająco, by porwać słuchacza i zmiażdżyć go w swoich niewidocznych trybikach. Nie jest więc monotonnie, to dobrze. Nawet bardzo. Podobnie dzieje się z głosem Batcheeby, który zestawiany jest z jakimiś cytatami niewiadomo pochodzenia.

(W tym przypadku zdecydowanie łatwiej jest słuchać niż pisać.) Mroczna podróż w głąb siebie? Może i tak. Nawet raczej na pewno. Jakbym miał się do czegoś odwołać, przyrównać, to zdecydowanie byłoby to nasze rodzime Sui Generis Umbra. Batcheeba wokalnie nie szaleje tak jak eLL, ale z pewnością ma wyrazisty pomysł na siebie. Gdzieś w okolicach pierwszej i drugiej płyty polskiego duetu mógłbym śmiało Various Complications postawić.
Osobiście uważam to za bardzo dobrą rekomendację.

Ucieszyło mnie, że w norweskich ciemnościach kryje się taka postać, oryginalna i nad wyraz płodna. Warto rozejrzeć się za jej innymi projektami, a jeśli ktoś miałby ochotę na ten materiał, to zapraszam tu.

czytaj dalej »

niedziela, 27 grudnia 2009

Nowy album FlyLo!



Jego ostatnie "Los Angeles" zrobiło niemałe zamieszanie na scenie eksperymentalnej elektroniki. Wydany w 2008 roku krążek, już niedługo doczeka się swego następcy, który podobnie jak poprzedni ukaże się nakładem Warp Records.

Nowy album FlyLo zatytułowany będzie "Cosmogramma", a jego premiera zaplanowana jest na 20 kwietnia przyszłego roku. Więcej szczegółów na temat nowego materiału pojawi się wkrótce. Póki co, możemy posłuchać wydawnictwa (udostępnionego za darmo), które jest efektem producenckiej współpracy z The Gaslamp Killer, w którego skład wchodzą nigdy nie wydane nagrania FlyLo.

czytaj dalej »

piątek, 25 grudnia 2009

Slash o nowej płycie


Fani znanego z Guns N'Roses i Velvet Revolwer gitarzysty, niedługo będą mieli okazję sprawdzić w jakiej formie jest ich idol.

Oto co do powiedzenia na temat zbliżającej się premiery nowego wydawnictwa ma jego autor: Mastering mojego solowego albumu został ukończony. Zajął się nim George Martino, który jest najlepszym specjalistą z jakim miałem okazję kiedykolwiek pracować. Jestem podekscytowany wynikami naszej pracy. - podkreślił artysta. - Aktualnie jesteśmy na etapie miksowania specjalnych bonusowych utworów, które zostaną ukończone już w przyszłym tygodniu. Następnie zajmiemy się masterigiem tych kawałków i to będzie już ostatni etap do otrzymania gotowej płyty.

Slash wyda swój debiutancki, solowy album latem przyszłego roku. Za dystrybucję krążka w Europie, odpowiedzialna będzie wytwórnia Roadrunner Records. Wydawnictwo ma ukazać się pod zaskakującym tytułem Slash już 23 lipca 2010 roku.

czytaj dalej »

Moonspell pracuje nad nowym albumem



Lider zespołu, w wywiadzie dla zagranicznego portalu Blabbermouth poinformował, że zespół rozpoczął prace nad pisaniem nowego materiału. Ostatnim krążkiem Portugalczyków był "Night Eternal" wydany w maju poprzedniego roku.

Jak mówił Fernando: "Ricardo przez ostatnie pół roku był bardzo płodny muzycznie i mój iPod jest pełen prawdziwych diamentów, które wspólnie z Pedro i Waldemarem Sorychtą będziemy szlifować na etapie przedprodukcyjnym".

Zdradził również, że został już wybrany tytuł nowego krążka jak i również przygotowano koncept mu przyświecający. Muzycznie będzie to podobno wszystko co, to co do tej pory zawierali w swojej twórczości, czyli: "melodie, mrok i ciężar".

czytaj dalej »

czwartek, 24 grudnia 2009

Kolejna odsłona "Heligoland"



Jakiś czas temu w sieci pojawił się zwiastun nowego materiału w postaci utworu "Paradise Circus". Zespół postanowił rąbka tajemnicy uchylić jeszcze bardziej i tym zaprezentowali w ramach audycji Morning Becomes Eclectic w radiu KCRW utwór "Girl I Love You", w którym wokalnie udziela się wieloletni współpracownik Massive Attack - Horace Andy.

Przypomnijmy, że premiera płyty została zapowiedziana na 8 lutego przyszłego roku. "Heligoland" będzie piątym albumem Brytyjczyków. Album poprzedziła wydana 4 października EP zatytułowana "Splitting Atom", na której znalazły się dwa utwory pochodzące z nadchodzącego albumu. Jak podają źródła, "Girl I Love You" to nowa wersja piosenki Andy'ego, która pojawiła się na jego albumie "Skylarking" z początku lat 70.

"Girl I Love You" w serwisie YouTube.com

czytaj dalej »

Wywiad z Proghma-C



Jeszcze jakiś czas temu o Proghma-C słyszała jedynie garstka ludzi. Dziś po wydaniu ich debiutanckiego "Bar-do Travel" o zespole zrobiło się głośno, a wszystko co najlepsze jeszcze przed nimi, między innymi udział w ProgPower Europe. O Feelu, nowym albumie i współpracy z wytwórnią rozmawiałem z perkusistą zespołu, Łukaszem Kumańskim vel Kuman.

Na początku chciałem szczerze pogratulować krążka, wyszedł Wam wyśmienicie.

Dzięki bardzo. Naprawdę miło to słyszeć.

Wiadomo, że "Bar-do Travel" nie jest Waszym pierwszym śladem jaki udało Wam się zostawić na muzycznej mapie. W 2005 roku nagraliście demo zatytułowane „Down In a Spiral”. Powiedz, dlaczego nie zostało oficjalnie wydane?

Tak naprawdę to nagraliśmy ten materiał raczej dla siebie. Żeby zobaczyć jak nam idzie praca w studio, jak zabrzmią te numery. Nie pamiętam już czy „Down In a spiral” rozsyłaliśmy po wytwórniach tudzież zinach. Jednym z powodów dlaczego tak się działo było na pewno niezbyt dobre brzmienie tego materiału. Raczej nie było się w tej sferze czym chwalić. Wiedzieliśmy że w odpowiednim miejscu i z odpowiednim człowiekiem możemy dużo lepiej zabrzmieć co udowodniliśmy nagrywając „Bar-do Travel” właśnie w Olsztynie. Aczkolwiek demko do tej pory „wisi” sobie w sieci i cały czas o dziwo zbiera pochlebne recenzje (śmiech).

Z tego co udało mi się ustalić, tytuł Waszego albumu nawiązuje do buddyzmu. Mógłbyś odrobinę szerzej przybliżyć co Was skłoniło do zastosowania takiej nomenklatury w tytule i jakie przesłanie się dokładnie za tym kryje?


W tej sprawie więcej mógłby powiedzieć nasz wokalista Bob, autor tytułu płyty i większości tekstów. Zarówno teksty jak i tytuł są symboliczne. Mówią o bardzo poważnych tematach jak życie, cierpienie. Można je odbierać w dowolny sposób. Nie jest to na pewno typowy koncept album. Słowo „Bardo” określa pewien etap przejścia. Chcieliśmy znaleźć tytuł, który w jakimś stopniu odda to co się z nami w tamtym okresie działo. Zamknięcie pewnego etapu i podróż dalej. Słowo "travel" dodaliśmy sami, to daje pole do interpretacji i słuchaczowi i nam samym, bo w sumie każdy z nas inaczej rozumie pojęcie "Bar-do Travel".

Co sądzicie o ostatnio dość intensywnej eksploatacji matematycznego, eksperymentalnego grania? Nie macie wrażenia, że powoli ów gałąź muzyczna ulega zmęczeniu i wyczerpaniu materiału?

Hmm, nie do końca mam pojęcie o jakich kapelach mowa i co tak naprawdę rozumiesz pod pojęciem „matematycznego” grania. W sumie to każdą kapelę można tak nazwać. Matematyka jest nieodłącznym elementem muzyki, każdy utwór ma przecież swoje metrum i chociażby tempo które określamy właśnie za pomocą liczb (śmiech). Chyba że chodzi ci o zespoły które wykorzystują te elementy trochę mniej pospolicie. Jest kilka takich które grają świetną muzę opartą bardzo często na nieregularnych groove’ach jak chociażby Meshuggah, The Dillinger Escape Plan czy chociażby The Mars Volta, natomiast nigdy w życiu nie określiłbym tych kapel jako „bezduszne”, „matematyczne” i nie bójmy się użyć tego słowa – „techniczne”(śmiech). Takie omijam szerokim łukiem.

Tak pół-żartem, pół-serio, lubicie Feela? Pytam, bo czytałem Wasz zeszłoroczny wywiad i wspominacie tam o uznaniu dla produkcji ich płyty.

Aaarrrgggghhh!!! Tym pytaniem zrujnowałeś właśnie naszą karierę (śmiech). Najprawdopodobniej wtedy konkurencja dosypała nam czegoś do piwa.
A pamiętasz może który z nas wygłaszał takie rewelacje??? Natychmiast zostaną wyciągnięte konsekwencje (śmiech).

"Bar-do Travel" powstawał pod czujnym okiem Szymona Czecha znanego między innymi z zespołu Nyia. Wiadomo wszem i wobec, że jeśli szukać producenta do eksperymentalnej muzyki, to tylko jego, odwalił kawał dobrej roboty jeśli chodzi o polską scenę metalową i należy mu się za to pomnik. Jesteście podobnego zdania? Jak oceniacie to co dla Was zrobił? Dobrze Wam się współpracowało?

Z Szymkiem pracowało się po prostu masakrycznie zajebiście. Jak już wspominałem – odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. W sumie tego się spodziewaliśmy. Podczas sesji złapaliśmy naprawdę dobry kontakt dzięki czemu w trakcie nagrań byliśmy totalnie wyluzowani. To naprawdę bardzo ważne. Ponadto Szymon jako jedyny miał jasną wizję tego jak płyta ma zabrzmieć i wiedział w jaki sposób to zrealizować. Jeżeli chodzi o kolejny materiał to raczej wybór studia jest już z powyższych powodów przesądzony.

W gatunku jaki uprawiacie zdążyło już powstać kilka solidnych marek, które często przywoływane są jeśli pojawia się temat eksperymentalnego grania. Kto Was głównie inspiruje? Na czym się wychowaliście?


Kiedyś słuchałem dużo Death czy Black Metalu. Potem moje muzyczne zainteresowania diametralnie się zmieniły i zmieniają cały czas. Praktycznie co kilka dni mam lot na coś innego. Dużo zależy od samopoczucia. Jeśli mają już paść jakieś nazwy to ostatnio katuję rzeczy takie jak Archive, The Mars Volta czy Radiohead. Jak mam ochotę rano czymś konkretnie zmiażdżyć czaszkę zarzucam Rammstein, Gojira czy Gorefest. Pozytywnie nastrajające tematy na resztę dnia (śmiech). Jeśli zadałbyś mi to samo pytanie miesiąc temu odpowiedź pewnie była by zupełnie inna.

Przyznam, że nie jestem w stanie dosłuchać się z Waszej muzyce Toola w przeciwieństwie do Waszego wydawcy. Nie macie wrażenia, że wielu recenzentów czy słuchaczy Waszego krążka opiera się na informacji samego wydawcy, a nie stara się samemu wyciągać wniosków?

Jeśli chodzi o Tool to niektóre partie Bobera faktycznie mogą nasuwać takie skojarzenia. Muzycznie raczej nie mamy wiele wspólnego. Natomiast wydawca musi w kilku słowach przybliżyć potencjalnemu nabywcy z czym to się je i stąd biorą się takie porównania, to normalne. Dużo większa odpowiedzialność leży w rękach recenzentów którzy powinni bardziej wnikliwie słuchać płyt które opisują. Nie chciałbym nikogo urazić ale nieraz odnoszę wrażenie że w wielu przypadkach idą po prostu na łatwiznę. Z drugiej strony ciężko na swoją twórczość spojrzeć obiektywnie i zdaję sobie sprawę że niektóre momenty na naszej płycie mogą kojarzyć się z dokonaniami innych kapel. Nie da się od tego uciec i jakby nikt od tego nie ucieka (śmiech). Nie ma rzeczy w 100% oryginalnych.

Skąd pomysł na własną wizję utworu Björk? Przyznam szczerze, że gdybym nie wiedział, że jest to cover, potraktowałbym ten numer jako Wasz autorski, brzmi bardzo „po waszemu”.

Taki z resztą mieliśmy zamysł. Wersja jaką zagraliśmy na płycie chodziła za mną od dawna i po prostu na 2 dni przed rozpoczęciem nagrywek zaczęliśmy przearanżowywać ten kawałek po swojemu. Jak się okazuje pomysł był trafiony. Zajebiście też gra nam się ten numer na koncertach.

Kto odpowiada za szatę graficzną krążka? Ktoś od Was z ekipy czy postawiliście raczej na kogoś z zewnątrz?

Okładka jest wynikiem naszych pomysłów i pomysłów naszej znajomej Kasi która również odpowiada za jej wykonanie. Może w środku książeczki jest lekki chaos twórczy, co nie zmienia faktu iż efekt nam się podoba. Zainteresowanych odsyłam na stronę http://www.katarzynasojka.pl gdzie można sobie pooglądać więcej prac Kasi.

W jaki sposób doszło do Waszej współpracy z Mystic Production? Która ze stron pierwsza wyszła z inicjatywą? Jak układa się Wam współpraca?

W okolicach kwietnia wysłaliśmy do Michała skończoną płytkę i po jakimś czasie zadzwonił do nas z propozycją współpracy. Póki co wszystko układa się zajebiście. W największych magazynach muzycznych, portalach itp. ukazują się reklamy, recenzje i wywiady z nami. 15- go lutego płyta ukaże się w całej Europie i z tego co się zapowiada będzie to poparte niezłą akcją promocyjną. Z ludźmi z firmy jest fajny, luźny kontakt. Naprawdę nie mamy powodów by narzekać.

Jak wspominacie Wasze ostatnie koncerty? Co prawda publiczność miała już kilka okazji, żeby wcześniej Was poznać, ale nie przy okazji nowego materiału. Jak reagują na zawartość krążka?

Reakcję są w zdecydowanej większości pozytywne. Z każdym kolejnym gigiem czujemy się coraz lepiej na scenie. Zdarza się nam zagrać koncerty wyjątkowe na których znajdujesz niesamowite pokłady energii tak jak to miało miejsce np. w Olsztynie wraz z Tides From Cebula i Organoleptic Trio. Jest to zasługa właśnie publiczności. Jeśli wśród niej nie ma przypadkowych osób energia przekazywana jest w obie strony. Niesamowite uczucie.

Jak kształtują się Wasze przyszłe plany koncertowe? Jesteście zorientowani póki co na rodzimą scenę czy planujcie zagraniczne wypady?


Póki co potwierdzamy daty koncertów które odbędą się w Polsce na początku przyszłego roku, około dziesięciu sztuk. Po wakacjach chcemy zorganizować kolejną trasę. Wtedy najprawdopodobniej uda nam się opuścić granice kraju. W październiku 2010 zagramy na pewno na fajnym festiwalu w Holandii który nazywa się ProgPower. Dużo promo packów zostało przez wytwórnię wysłanych do zachodnich agencji koncertowych także mamy nadzieję że coś się z tego urodzi.

Przy okazji zagranicy. Jest jakiś odzew z zagranicznych portali, blogów, zinów? Próbowaliście tam swoich sił?


Zaczynają nieśmiało pojawiać się na zagranicznych portalach recenzje czy wywiady. Dużo ludzi koresponduje z nami poprzez myspace czy lastfm. Odbiór jest naprawdę świetny. W tej kwestii na pewno jeszcze wiele się zmieni jak już debiut ukaże się na zachodzie.

Co później, myślicie już o drugim krążku?

Absolutnie. Mamy już zarysy kilku kompozycji. Nowy materiał zapowiada się ciekawie. Chociaż proces twórczy nigdy nie przebiegał u nas jakoś specjalnie sprawnie to mamy nadzieję że niedługo zaczniemy nowe rzeczy sprawdzać w warunkach koncertowych.

Chcielibyście przekazać naszym czytelnikom kilka słów od siebie na koniec?

Oczywiście że tak. Stay Brutal! (śmiech)


czytaj dalej »

środa, 23 grudnia 2009

Nosaj Thing - Drift



Oj, na początku ciężko było się nam zapoznać z panem Nosaj Thing. Czułem to „coś” co siedzi w jego debiucie i czułem że to „coś” jest wyjątkowo interesujące, ale nie wiedziałem jak to ugryźć. Jednak jak to bywa z dobrymi płytami, po którymś odsłuchu, tajemniczy producent z Los Angeles, skromnie otworzył mi drzwi do swojego muzycznego świata.

Nosaj Thing jest muzykiem i to określenie najlepiej do niego pasuje. W jego dźwiękach wybrzmiewa specyficzna połamana elektronika, która ostatnio bardzo ciekawie rozwija się w LA, łączy się ona momentami z ambientowymi przestrzeniami, zamgloną melancholią z okolic Boards of Canada i hip hopowymi bitami. Nosaj Thing, mimo tych odwołań, nie stosuje ani jednej kalki, to jego autorska wizja muzyki – od pierwszej do ostatniej minuty tego krótkiego albumu.

„Drift” to album miejski, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Raz poruszamy się po opustoszałej metropolii, która ma odcień błękitu i jest mokra od deszczu, potem idziemy nocą po „rozbudzonej” ulicy, napakowani jakimiś dragami, a intensywnie świecące i migające neony układają się w jakiś psychodeliczny kolaż. Natomiast takie utwory jak: „Caves”; „Light 1” idealnie ukazują typowy wielkomiejski pęd.

Zawyrokowałbym jedną rzecz, choć nie wiem czy nie jest jeszcze za wcześnie na taką tezę, ale czuję jakieś duchowe powinowactwo między Nosaj Thing i innymi oryginalnym twórcami elektroniki z Los Angeles, takimi jak Flying Lotus czy Gaslamp Killer, a klasykami jazzowymi, takimi jak Miles Davis czy John Coltrane. Wydaje mi się, że muzyce tych twórców, mimo że istnieją na zupełnie innej płaszczyźnie stylistycznej, przyświeca podobna idea - ukazanie szybkiego życia miasta, gdzie, pozornie, nie ma miejsca na odczucia jednostki. Jednocześnie potrafią odnaleźć w tych miejscach jakąś szczyptę melancholii, spokoju i indywidualizmu jednostki otoczonej tysiącem innych osób. Ukazują miasto, które nienawidzimy i kochamy zarazem.

Oczywiście „Drift” ma sporą część znamion debiutu. Czasem, odbiorca żałuje, że autor nie wziął w dłoń nożyczek i nie skrócił w niektórych miejscach swojego i tak krótkiego albumu. Bo kilka utworów trochę się dłuży, co źle wpływa na interesujący muzyczny koncept całości. Ale mało kto, jako debiutant, nagrywa dzieło wybitne. A „Drift” zwiastuje nadejście naprawdę fascynującej muzycznej osobowości. Ja już osobiście wyczekuję z wielkimi nadziejami kolejnego albumu Nosaj Thing.

czytaj dalej »

Antigama bez wokalisty




Warszawska formacja Antigama pożegnała się z wokalistą Patrykiem Zwolińskim (Blindead, Times New Roman). Zastąpił on w 2008 roku Łukasza Myszkowskiego, który związany był z zespołem od 2000 roku. Zwolińskiego mogliśmy słyszeć na ostatnim krążku Antigamy "Warning" wydanym przez amerykański Relapse Records w marcu tego roku.

O to oświadczenie wokalisty odnośnie odejścia:

"Jestem zmuszony do rezygnacji z dalszej współpracy z zespołem Antigama. Ogólny brak czasu związany z życiem prywatnym, jak i poważne zaangażowanie w pozostałe zespoły muzyczne srogo absorbują mój czas i nie jestem w stanie dać 100% jakie wymaga ode mnie bycie Antigamowcem. Ostatnie występy z Times New Roman oraz Blindead i plany na przyszłość związane z nowymi albumami oraz trasami koncertowymi nie pozwalają mi na bycie członkiem trzech zespołów na raz. Musialem wybrac to co mi najblizsze i najwazniejsze. Pozdrawiam wszystkich maniakow grindcore'a!!!" - napisał Nick w oświadczeniu dla portalu MusicNews.

Informacja nie została jeszcze potwierdzona na stronie, czy też na myspace Antigamy.



czytaj dalej »

wtorek, 22 grudnia 2009

Bohren & der Club Of Gore - Dolores



Nie cierpię niemieckiego. W szkole szło mi całkiem nieźle, ale robiłem po prostu dobrą minę do złej gry, no cóż, czasami trzeba. Ale już wyjaśniam, to tylko „rasizm językowy”, o ile takowy istnieje, do samej narodowości nie trawię żadnej urazy, a już na pewno nie do panów z Bohren & der Club of Gore. Mam jedynie do nich żal za ostatni "Dolores", który mam nadzieję był tylko fatalną pomyłką przy pracy.

Nie pamiętam już dokładnie, od której płyty zacząłem znajomość z Bohren & der Club Of Gore, ale doskonale pamiętam, że zostałem zwalony z nóg. Tak jak stojący z wrażenia siadają, tak chyba ja będąc wtedy w pozycji siedzącej, powinienem był się położyć. "Czegoś takiego szukałem" pomyślałem i zacząłem eksplorować malowany ciemnym barwami świat Niemców. Trzeba przyznać, że kwartet nie ma zbyt dużej konkurencji na muzycznym terytorium jakie wyznaczyli. Nietuzinkowa hybryda ambientu, jazzu i doom metalowej motoryki nie znalazła zbyt wielu naśladowców. Natchniony poprzednimi dokonaniami, kolejnego krążka wyczekiwałem bardzo intensywnie. No i chyba niepotrzebnie tak bardzo się nastawiałem, bo "Dolores" strasznie mnie rozczarowało, nie tego oczekiwałem od sąsiadów zza zachodniej granicy, po dość namiętnym wyczekiwaniu.

Żeby policzyć momenty, które przykuły moją uwagę na tym krążku, nawet jedna dłoń będzie zbyt dużym polem manewru. Jestem mocno zawiedziony, tym że nie dostałem kolejnej dawki przytłaczającej i ponurej, night music, a jedynie mało ciekawe i zwyczajnie w świecie nudne smęcenie, które obok atmosfery zawartej na wcześniejszych albumach niestety nawet nie przemknęło. Co z tego, że zasada budowania atmosfery jest podobna, skoro ta nuta kompletnie nie chwyta? Instrumentarium się nie zmieniło, nadal słychać sunący przy ziemi, głęboki bas, saksofon czy rhodes, ale w tej odsłonie wszystko to jakoś niespecjalnie jest w stanie mnie poruszyć. Nie wiem, może zbyt zakorzeniłem się w ponurej, depresyjnej aurze poprzednich dokonań i ten lekko romantyzujący jazz nie jest w stanie mnie zachwycić. Dałem sobie czas i poczytałem opinię na temat krążka w sieci. Rozbawiło mnie sformułowanie w jednej recenzji o tym, że "Dolores" nie różni się od poprzednich albumów; że jeszcze więcej w niej tęsknoty i depresyjnej melancholii. Trzeba być głuchym, żeby tego nie słyszeć. Chyba nie wypadało inaczej napisać stąd przesadna do bólu przychylność.

Co by nie było aż nader dramatycznie, całkiem nieźle wypada plamisty "Schwarze Biene (Black Maja)" i to też w sumie tylko fragmentami, oraz wieńczący album "Welten". Reszta? Są momenty, ale całościowo to się zwyczajnie w świecie nie broni. Przykro mi to mówić, ale ten krążek po prostu nudzi i ma się nieodpartą ochotę, żeby już się skończył. Zdecydowanie wolę wrócić do poprzednich albumów. "Dolores" to chyba najsłabsza pozycja w dorobku Bohren & der Club Of Gore. Ale cóż, wybaczam im tą wpadkę i póki co, będę pocieszał się wcześniejszymi albumami bo do tego wątpię, żebym jeszcze z własnej woli powrócił.


czytaj dalej »

Bohren & der Club Of Gore - Mitleid Lady



Punktem wyjścia w momencie tworzenia muzyki jest jeden podstawowy dźwięk, który staje się kluczem do pozostałych. Jeden akord, który sprawia, że cała reszta zaczyna na naszych oczach mimowolnie powstawać. Z małego, pozornie nic nie znaczącego dźwiękowego zarysu, zaczyna kiełkować zwarta konstrukcja o pokaźnych rozmiarach. Nuta będąca idealnym spoiwem dla pomysłów tkwiących w głowach muzyków, a ich możliwościami zaklętymi w instrumentach. Dokładnie takim, jest właśnie dźwięk otwierający EP Niemców.

W sieci doczytałem, że tej EP nie należy rozpatrywać jako część oficjalnej dyskografii Bohrem & der Club Of Gore. "Mitleid Lady" to element projektu o nazwie "Latitudes", który zrodził się z inicjatywy wytwórni Southern Records i zrzesza wielu artystów. Projekt powstał, by oddać hołd znanemu brytyjskiemu dziennikarzowi muzycznemu, który podczas swojej 40-letniej kariery trudnił się promowaniem brzmień nowatorskich. Materiał na EP został nagrany już jakieś 2 lata temu między sesjami nagraniowymi do "Geisterfaust" i "Dolores", ale wydany został dopiero w tym roku.

Za pierwszym razem, gdy osłuchiwałem się z tym mini-albumem, podszedłem do niego bardzo sceptycznie. Wydał mi się nudny, mało ciekawy, krótko mówiąc, poszedł w odstawkę. Kilka dni temu postanowiłem dać mu jeszcze jedną szansę, spróbować po raz kolejny. Tym razem efekt był piorunujący i o 180 stopni zmienił moje zdanie. Jeden utwór, jedno minimalistyczne, oszczędne uderzenie w bliżej nieokreślony instrument (za cholerę nie wiem na czym to jest zagranie, ale brzmi genialnie), wygenerowało niepowtarzalny klimat, który unosi się przez cały czas trwania utworu i w różnych wariacjach po drodze jeszcze się pojawia. Sporadycznie słychać saksofon znany ze starszych dokonań czy zdawkowe uderzenia w charakterystyczne pianino Rhodesa. Całość spowita gęstą mgłą niskich i powolnych tonów basu, którego dźwięk zdaje się ciągnąć w nieskończoność. Powtarzalność i minimalizm, w tym przypadku to cechy przemawiające jak najbardziej na korzyść.

Mimo wszystko, atmosfera "Mitleid Lady" jest daleka od tego, do czego przyzwyczajeni byliśmy takimi płytami jak "Sunset Mission" czy "Black Earth". Jazzu tu jest jak na lekarstwo, ale czy to źle? Wszystko zręcznie oprawione w ramy monumentalnego ambientu, który snuje się leniwie i ociężale. Tym razem Bohreni zawędrowali w nieco inne rejony, aura nocnego, oświetlonego, opustoszałego miasta uleciała. W tej odsłonie spacerujemy po piaszczystych pustkowiach, gęste krzewy turlają się po ziemi, a wiatr ciska ziarnka piasku w nasze policzki


czytaj dalej »

Cult of Luna - "Recluse" dostępny na myspace



Szwedzka formacja Cult of Luna umieściła na swoim profilu myspace cover utworu "Recluse" grupy Unbroken. Kawałek został nagrany podczas sesji do "Somewhere Along the Highway" i został wydany na limitowanym winylu wraz z coverem "Bodies" grupy Smashing Pumpkins.

Przypomnijmy, że aktualnie zespół pracuje nad audiobookiem pt. "Eviga Riket", który rozwinie wątek Holgera Nilssona i Wiecznego Królestwa. Wydawnictwo będzie miało swoją premierę na początku przyszłego roku.

Dyskografię zespołu zamyka wydany w 2008 roku krążek "Eternal Kingdom".

czytaj dalej »

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Wieści na temat nowego albumu High on Fire


Zespół High on Fire ukończył właśnie prace nad długo oczekiwanym, piątym albumem pt. "Snakes for the Divine". Album ukaże się 21 stycznia 2010 roku nakładem E1 Music. Tymczasem ujawniona została pełna tracklista nadchodzącej płyty.

Tracklista "Snakes for the Divine" prezentuje się następująco:

01. Snakes for the Divine
02. Frost Hammer
03. Bastard Samurai
04. Ghost Neck
05. Fire, Flood & Plague
06. How Dark We Pray
07. Holy Flames of the Fire Spitter
08. Mystery of Helm

W serwisie youtube.com znaleźć można nagranie z koncertu, podczas którego prezentowany jest utwór "Frost Hammer".



Poprzedni album grupy pt. "Death Is This Communion" ujrzał światło dzienne w 2007 roku.

czytaj dalej »

niedziela, 20 grudnia 2009

Redaktorskie podsumowanie roku 2009

Zleciało jak z bicza strzelił. Zanim się wszyscy obejrzeliśmy i zdążyliśmy nacieszyć wydawnictwami roku poprzedniego, minął kolejny i to w dodatku całkiem niezły. Poniżej prezentujemy Wam drodzy czytelnicy, 5 autorskich podsumowań zawierających zestawienie 10 płyt. Nie brakuje słów zachwytu i pochwał, ale niektórym się oberwało, po prostu im się należało.


Epid: Muzycznie był to zdecydowanie udany rok. Zaskakująco nawet, bo ilość płytowych premier, które popieściły mój paskudnie wybredny gust, okazuje się być naprawdę pokaźna, szczególnie w porównaniu do poprzednich lat. Oto dycha najważniejszych dla mnie krążków tego roku



Them Crooked Vultures - Them Crooked Vultures - 13 genialnych piosenek, każda z nich osobno jest moim prywatnym hiciorem! Album roku.

Antony and the Johnsons
- The Crying Light - Bóg nie dał biednej pani Hegarty kobiecego ciała, za to podarował absolutnie piękny głos. Gorzej dla Antony’ego, lepiej dla nas.

Agoraphobic Nosebleed - Agorapocalypse - najlepszy grindcore tego roku! Bo rozpierdala energią, aranżami oraz laską na wokalu.

Mastodon - Crack The Skye - podoba mi się droga rozwoju tej kapeli. Ja jestem z tych co wolą Mastodona jeno „rockowego” od „Leviathana”.

Kapela Ze Wsi Warszawa - Infinity - a tam Behemoth! Na światowej scenie folkowej Polacy też mają prawdziwą superstar.

Antigama - Warning - jestem im wierny od „Intellect made us blind”, dlatego ta płyta musiała mi się spodobać i musiała się tu znaleźć. Nawet, jeśli do końca nie przekonałem się do wokali Nicka.

Converge - Axe to Fall - narzekano, że Converge nagrał płytę słabszą. A guzik! Rozwinął swój styl i wcale, a wcale nie zaniżył lotów.

Crippled Black Phoenix - The Resurrectionists/Night Raider - muzyczny eklektyzm Brytyjczyków nie jest tym razem może aż tak zjawiskowy jak na debiucie, acz wciąż porywa.

Bob Dylan - Together Through Life - zabluźnię, ale współczesne dokonania Dylana należą do moich ulubionych i podobają mi się bardziej, niż albumy z lat 60-tych.

Brutal Truth
- Evolution Through Revolution - na koniec zostawiłem sobie największe rozczarowanie roku, czyli album reaktywowanego Brutal Truth. Moim zdaniem bez Brenta McCarthy’ego w składzie, ta kapela nie ma prawa bytu i ta płyta to potwierdza!


Masterton: Mając świadomość tego, ile solidnych marek zapowiedziało nowy materiał na rok 2009, byłem przekonany, że ów rok mówiąc kolokwialnie, po prostu zmiażdży. Jak się okazuje, nie było wcale tak rewelacyjnie, ale źle również nie. Wielu potwierdziło swoją klasę, czasami nawet przeskakując i tak wysoko wiszącą już poprzeczkę, pojawili się również debiutanci, którzy wypadli bardzo obiecująco, ale nie zabrakło również niemiłych akcentów jak zniżka forma czy zjadanie własnego ogona.



BlindeadImpulse – ostatnią Autoscopią pozamiatali doszczętnie na krajowej scenie. Impulse przeniosło ich w nieco inny wymiar, który mi jak najbardziej odpowiada. Odważna eksploracja ambientowych rejonów może przynieść bardzo pozytywne efekty na kolejnym krążku, o ile nie zmienią kierunku jazdy.

AntigamaWarning – „Warning” przynosi zmiany w postaci nowego wokalisty, którym został Nick znany z Blindead. Powierzone mu zadanie wykonał perfekcyjnie. „Warning” to dawka kontrolowanego szaleństwa, niekiedy miażdżących blastów i szalonej awangardy zaklętej w połamanych strukturach. Bardzo mocna pozycja zarówno na krajowym jak i światowym podwórku.

Proghma – CBar-do-Travel – zdecydowanie jedna z mocniejszych pozycji muzycznych na polskim rynku. Eksperymentalne granie rośnie u nas w siłę i nie pozostaje nam nic innego jak tylko się z tego faktu cieszyć. „Bar-do-Travel” to świetnie zaaranżowany, zagrany z pomysłem i odpowiednim wyczuciem krążek, bez zbędnej przesady i natłoku dźwięków.

Echoes Of YulEchoes Of Yul – kto by pomyślał, że doczekamy się rodzimych przedstawicieli klimatów około drone’owych? A jednak. Dwie artystyczne dusze pochodzące z Opola nieźle namieszały na rodzimy poletku tworząc album nietuzinkowy i ze wszystkich oryginalny, bo czegoś takiego jeszcze u nas nie było. Zawrzało na polskich portalach, ale i również za granica nie pozostała obojętna na debiut Echoes Of Yul.

GreymachineDisconnected"Disconnected" to jedna, wielka, monumentalna ściana harmonicznego hałasu, stworzonego w przemyślany sposób. Momentami ciężko jest cokolwiek odczytać z tej mieszaniny hałaśliwego transu wpadającego w posępny drone, który drąży nasz mózg niczym wiertło usilnie starające się przebić przez ścianę. Mam nadzieję, że na jednej płycie nie poprzestaną.

Alice In ChainsBlack Gives Way To Blue – nie dołączę do grona nadwornych maruderów, którzy nie dopuszczają do siebie myśli, że Alicja może funkcjonować bez Layne’a na stanowisku wokalisty. Wbrew wszystkim narzekaniom i wątpliwościom, DuVall wypadł bardzo przyzwoicie. Czuć powiew świeżości i jednocześnie unoszącego się nad wszystkim ducha starszych lat. Alice In Chains powrócili w dobrym stylu!

Devin Townsend Project – nagrywając zarówno "Ki" jak i "Addicted" Devin po raz kolejny pokazał, że jest muzykiem wszechstronnym i jest w stanie odnaleźć się w każdej stylistyce. Wszystkich zawziętym metalowcom szczęki opadły jak usłyszeli wysublimowane „Ki”, na którym metalowych momentów jest jak na lekarstwo. Jest za dużo więcej czystej gitary, ambientowej przestrzeni i nietypowych aranżacji. Jego „clean” na tej płycie brzmi wprost wyśmienicie. „Addicted” z kolei jest już płytą mocniejszą, zorientowaną na chwytliwe riffy co z resztą potwierdziło się z wcześniejszymi zapowiedziami. Wpadające w ucho wokale autorstwa między innymi Anneke van Giersbergen robią niemałe wrażenie. Pozostaje jedynie czekać na dwa kolejne wcielenia Devin Townsend Project.

KatatoniaNight Is The New Day – bardzo dobra kontynuacja muzycznej drogi rozpoczętej na poprzednim krążku. Za to co zrobił Jonas na TGCD, należy mu się pomnik, na tym krążku poziom jest niewiele gorszy. Solidny materiał, do którego z pewnością nie raz powrócę.

Minsk - With Echoes in the Movement of Stone – nie będę chyba oryginalny jeśli wskażę ten krążek jako jedno z największych rozczarowań roku. Po „The Rituals…” oczekiwania były spore, ale wyszło jak wyszło. Amerykanie nagrali album bardzo przeciętny i dużo słabszy od poprzedniczki.

IsisWavering Radiant – pomimo tego, że nie jest to taki tragiczny album jakim wydawał mi się na początku, jestem jednak rozczarowany. Osobiście nie mam nic przeciwko wygładzonemu stylowi Izydy, i o ile ITAOT uwielbiam, to niestety WR nie przemawia do mnie wystarczająco. Podobnie jak Minsk, płyta dużo słabsza niż poprzednia.



No_Nick: Rok 2009 był dość przeciętny. Było sporo zawodów, choćby płyt wydane przez Isis, Minsk czy Anaal Nathrakh. Ale też parę interesujących debiutów, szczególnie w kategorii elektroniki. Powstało też parę albumów, które wybitnymi nie są, ale słychać, że ich twórcy poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Pisanie takiego podsumowania jest wyjątkowo stresujące, bo zawsze coś się pominie i czegoś nie doceni. Już teraz mam świadomość, że mój ranking za parę tygodni prawdopodobnie wyglądał by inaczej. Ale żeby dalej nie narzekać na trudny pisania tego tekstu zapraszam do mojego mocno schizofrenicznego pod względem doboru dzieł płytowego podsumowania roku.



Tim Hecker - An Imaginary Country - Hecker, jak zwykle mnie nie zaskoczył i nagrał album wybitny. Widać ten człowiek inaczej nie potrafi. „An Imaginary Country” działa na mnie, uspakająco, ale paradoksalnie atakuje też bardzo intensywnymi i ciężkimi do opisania emocjami. Więc zamiast rozwijać ten króciutki opis, zalecam wam zapoznanie się z najlepszym albumem tego roku.

Rome - "Flowers From Exile" - „Flowers From Exile” ma zapach żywicy, zadymionej staromodnej drewnianej knajpki, ale także siłę potężnego wiatru i atmosferę nocy spędzonej przy ognisku. Jest tu coś z Leonarda Cohena, Toma Waitsa i neofolku, a niesamowity klimat podsyca pojawiające się co pewien czas gitarowe flamenco. Ta płyta trafia prosto w moje serce i rośnie w siłę z każdym odsłuchem.

Greymachine - Disconnected - „Disconnected” to atmosfera szarego zdezelowanego blokowiska z brudnymi betonowymi podwórkami. To wyalienowani, niestabilni psychicznie, brudni mentalnie ludzie. To także prawdopodobnie najbardziej nihilistyczna płyta roku.

Sunn O))) - Monoliths & Dimensions - nowa płyta mnichów, to jakiś dziwny, pierwotny i niezwykle intensywny rytuał. W którym, gdy tylko odpalamy ten album, chcąc nie chcąc zaczynamy uczestniczyć. To także, najbardziej chyba eksperymentująca, przystępna i spójna płyta Sunn O))).

Throbbing Gristle - The Third Mind Movements - Throbbing Gristle wciąż brzmi świeżo i awangardowo. Jednak płyta ta jest zdecydowanie bardziej przystępna od wczesnych albumów zespołu. „The Third Mind Movements” to mechaniczny, ciemny i niepokojący muzyczny trans, który zostawia dziwne wrażenie w umyśle na bardzo długo, po jej końcu.

Om - God Is Good - orientalne motywy i zaśpiewy przyprawiają o ciary na plecach. Zespołowi udaje się połączyć orient z dusznymi i gęstymi jak smoła riffami gitarowymi i wychodzi im to perfekcyjnie. Poza tym Om jest chyba jednym z nielicznych zespołów zahaczających o metalowe klimaty, przy którym hasło „muzyka medytacyjna” nie brzmi śmiesznie.

Current 93 - Aleph At Hallucinatory Mountain - jasne, że do czołówki albumów które wyszły spod ręki pan Tibeta ta płyta się nie zalicza. Ale pod szyldem Current 93 wychodzą „przynajmniej” bardzo dobre płyty. A „Aleph At Hallucinatory Mountai” budzi grozę i niepokój jak mało co. Tibet wciąż eksperymentuje i ten album, już tradycyjnie był dla mnie zaskoczeniem.

HEALTH - Get Color - ta płyta pokazuje, co się dzieje, gdy do wielkiej zmechanizowanej fabryki, gdzie nie ma miejsca na człowieczeństwo, wpuści się romantyków. Według mnie to jeden z najbardziej obiecujących młodych zespołów noise rockowych.

The Flaming Lips - Embryonic - nie najmłodszym już panom z the Flaming Lips tworzenie muzyki musi sprawiać ogromną frajdę, która przenosi się na słuchacza. Dla mnie ten album to przede wszystkim świetna rozrywka przy poznawaniu tego dziełka. Obok pokombinowanych i połamanych utworów są tu kawałki, które z przyjemnością sobie nucę.

James Blackshaw - The Glass Bead Game - z dźwięków, które tworzy na tej płycie Blackshaw bije smutek i melancholia. Na mnie jednak ten album działa wyjątkowo kojąco. Podążamy z muzykiem boso, przez mokrą od rosy trawę, widzimy wschód słońca i czujemy zapach wilgotnego wiosennego powietrza, a minimalizm tej płyty, w żaden sposób nie nudzi.



Szxymon: Rok 2009 zapisany miałem pod hasłem "obfity". Oczekiwałem wielu ciekawych płyt, patrząc z ustęsknieniem w stronę czy to Isis, czy Pelicana. Liczyłem na sporą dawkę solidnch dżwięków, które długo nie opuszczą mojego odtwarzacza. Poniżej przedstawiam top10 płyt, którym poświęciłem najwięcej uwagi. Niestety, nie wszystkie były godne zatrzymania się przy ich dźwiękach na choćby krótką chwilę.



Converge - Axe To Fall - chłopaki wymęczyli nas oczekiwaniem na nową płytę. Spekulacje i odliczanie dni na różnistych portalach internetowych, przerosły najśmielsze wyobrażenia. Sama płyta nieco rozczarowała, będąc jedynie dobrą, w chwili kiedy wszyscy nastawili się na dzieło epokowe.

MastodonCrack The Skye - po świetnym Blood Mountain podchodziłem sceptycznie do nowej produkcji chłopaków z Mastodon. Myślałem, że nie przeskoczą ustawionej ostatnim krążkiem poprzeczki. I faktycznie - miałem rację, ponieważ... na “Crack The Skye” została obrana inna droga muzyczna! Jest bardzo melodyjnie, wręcz popowo, ale przyjemnie się tego słucha. Fani rozczarowani nie będą, nowi słuchacze powinni zwolnić nieco kroku już przy pierwszych dźwiękach.

Baroness - Blue Record - to już trzeci zespół, którego ostatnia produkcja sprawiła zamieszanie w światku muzycznym. Niebieski Album niestety nie sprostał obrazowi "widma przeszłości" i wyszło coś na kształt "śpiącego Mastodona" (tak jakby Oblivion zmiksować z Just 5). Trochę się rozczarowałem. Posłuchać można, ale bez większych fajerwerków.

The Devin Townsend Project - Ki - geniusz. Świetna płyta, przemyślana, różnorodna, bardzo ciekawa. Jedna z tych, których słucha się kilkanaście razy z rzędu, wyłapując poszczególne smaczki. No, no, panie Devinie, widać, żeś pan w formie. Oby tak dalej.

Woody Alien - Microgod - zostałem przez nich po raz kolejny sponiewierany muzycznie. Jako zagorzały fan bębnów, znowu biję peany nad kunsztem garowego z WA. Na pewno jedna z polskich płyt roku - polecam z całego zepsutego serca.

Fall Of Efrafa - Inle - szkoda, że chłopaki kończą karierę, bo na ostatnim albumie naprawdę rozwinęli skrzydła. Jest mniej crustowo, za to bardziej sludge'owo i klimatycznie. Można złapać się na tym, że kiwa się głową w takt poszczególnych utworów. Spore prawdopodobieństwo hipnozy - bardzo dobra płyta.

Isis - Wavering Radiant - tu się nie będę rozpisywał. Wystarczy chyba zaznaczyć, że gdyby to nie było dzieło Aarona Turnera i spółki, prawdopodobnie odsłuchałbym raz czy dwa i więcej do niego nie wrócił. Szkoda.

Minsk - With Echoes In The Movement Of Stone - dwa lata panowie z Minsk mieli na to, żeby pobić, albo przynajmniej dorównać świetnemu The Ritual Fires of Abandonment. Dwa lata nie starczyły. Wychodzi na to, że albo poprzedni, fenomenalny album był wypadkiem przy pracy (a panowie z Minsk grać nie potrafią), albo po prostu zabrakło im pieniędzy na piwo i wydali zbyt szybko kolejną płytę, na której zamieścili odrzuty z sesji nagraniowej do TRFoA.

Pelican
- What We All Come To Need - zostałem zmasakrowany. Takiej nudy nie słyszałem już dawno. Płyta naprawdę potrafi zmęczyć. Podziwiam wytrwałych, którzy dobrnęli do końca ostatniego dziełka panów z Pelican. Szczerze odradzam.

Indukti - Idmen - no i nadszedł czas na polskie rozczarowanie. Kartonowe bębny, smętne wokale (SIC!), a wszystko rozwleczone jak rozgotowany makaron. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Pozycja tylko dla zagorzałych fanów; współczuję tym, dla których rzeczony krążek będzie pierwszym spotkaniem z zespołem.




viljar: Zanim przejdę do podsumowania, chciałbym jeszcze powiedzieć najważniejsze: rok 2009 to rok bardzo udany muzycznie. Poniższa lista tylko częściowo oddaje tę opinię, bo świetnych płyt przesłuchałem zdecydowanie więcej niż dziesięć... i pewnie równie wielu dobrych płyt z tego roku (jeszcze) nie przesłuchałem. Do tego warto zaznaczyć, że w podsumowaniu skupiłem się na muzyce elektronicznej, którą też bardzo zainteresowałem się w tym roku. Jej słuchałem najwięcej i bez wahania mogę powiedzieć, że wciąż jest tam pełno miejsca dla innowacji i świeżości, a nowe, nie do końca nazwane nurty wciąż pojawiają się i przenikają.



Nosaj Thing - Drift - Nosaj Thing ze swoim debiutem udowadnia, że elektroniczna część Los Angeles trzyma się mocno; cała scena kwitnąca wokół klubu Low End Theory oraz grupy Brainfeeder (skupiającej takich artystów jak Ras G, the Gaslamp Killer czy wreszcie Flying Lotus) to kopalnia ciekawych, nowoczesnych brzmień. Na "Drift" muzyczna przestrzeń jest rozległa i nie do końca dokreślona: dźwięki są jakby zamglone, a ich głębokie wibracje i echa nieustannie meandrują w uszach. Sporo jest syntezatorowych plam i glitchowych kropel,
zabawy side-chainingiem i wlewania słuchacza w stroboskopowe, połyskujące tekstury muzyczne. O ile muzykę Flying Lotusa możnaby porównać do miażdżących efektów DMT, to ta od Nosaj Thinga znajduje się gdzieś w rejonach ketaminowego odrealnienia.

Demdike Stare - Symbiosis - chyba jedna z najbardziej "otwartych" gatunkowo płyt jakie słyszałem w tym roku. A przy tym jest to longplay konsekwentnie utrzymany w niepokojącym, nieco ezoterycznym klimacie. Stare, filmowe sample o orientalnej proweniencji, echa dark ambientowych mistrzów, dubowe pulsacje, plemienna transowość i metaliczny posmak industrialu - uczta.

Tim Hecker - An Imaginary Country - Hecker na "An Imaginary Country" wydaje się być jakby głośniejszy. Ale wciąż to ten sam Hecker, ze strukturą o miliardach warstw, nałożonych na siebie z intuicyjną perfekcją; dźwięki Heckera wrą, sprzęgając się i ocierając w chropowatej symfonii, by potem rozpuszczać się w onirycznym zamgleniu. Podróż przez krainę Kanadyjczyka przypomina odyseję przez sny; fascynuje i sprawia, że muzyczne drzazgi pozostają na długo po przebudzeniu.

FaltyDL - Love is a Liability - ciężko powiedzieć, gdzie dokładnie plasuje się brzmienie FaltyDL. Wielu muzyka Nowojorczyka może na pierwszy rzut ucha skojarzyć się z Burialem (wokale!), ale mniej tu melancholii; wszystko to jest bardziej rozpędzone, nowojorskie. Gęste, synkopowane, szybkie beaty spotykają się tu z syntezatorowymi pomrukami i idmową patyną, idealnie oddając nastrój tonącego w światłach miasta, które nigdy nie zasypia.

Paul White - The Strange Dreams Of Paul White - płytoteka tego Londyńczyka musi robić wrażenie. Jeśli chodzi o ilość i różnorodność sampli użytych jest to zdecydowany winner w tym roku. Przeplatają tu się lata osiemdziesiąte, siedemdziesiąte, klasyczny hip hop i rock progresywny, soul i muzyka orientalna, funk i muzyka filmowa... Dźwiękowa ekwilibrystyka na najwyższym poziomie, utrzymana w stylistyce instrumentalnego hip hopu o analogowym cieple. Madlib może już czuć na plecach gorący oddech Londyńczyka (a to dopiero debiut!).

Redshape - Dance Paradox - zakuty w czerwoną maskę producent powraca. "Dance Paradox" to techno najwyższej klasy, misternie ukształtowane na wzór najlepszych dokonań szkoły ze szkoły z detroit. Muzyczne formy Redshape'a są niemal organiczne; doskonale potrafi on zsynchronizować głębię beatów z odgłosami miasta czy nadgryzione zębem czasu loopy z majestatycznymi pasażami klawiszy. Przykład, że powroty do oldschoolu czasem potrafią wyjść na dobre.

King Cannibal - Drift - o tej płycie już zresztą pisałem. Udany mariaż masywnego dubstepu z breakcorem i drum'n'bassem, a to wszystko w klaustrofobicznej, podsycanej samplami z horrorów oprawie. Bezpośrednie i intensywne - jedno z najpotężniejszych około-dubstepowych wydawnictw jakie słyszałem w tym roku.

Robert Logan - Inscape - Robert Logan, młody Brytyjczyk węgierskiego pochodzenia, to jasno świecąca gwiazda na tamtejszym firmamencie: dwa lata temu wydał świetne "Cognessence", a w marcu tego roku spod jego ręki wyszło "Inscape", ugruntowujące jego pozycję jako artysty rozmiłowanego w eksperymentalnej elektronice. Bogactwo i kaliber środków, jakimi Logan kreuje atmosferę o filmowej gęstości, robi wrażenie. Aż chciałoby się zobaczyć jakiś futurystyczny thriller z muzyką Brytyjczyka jako głównym nośnikiem napięcia...

Current 93 - Aleph at Hallucinatory Mountain - gdy usłyszałem tę płytę, byłem zaskoczony. Current 93 z przesterowanymi, rzężącymi gitarami? Proszę bardzo. Profetyczny głos Tibeta i jego świetne teksty składają się na płytę, która apokaliptycznym nastrojem bez problemu zjada większość black metalowych hord. Jest w tej płycie coś niebezpiecznie niepokojącego i uzależniającego zarazem.

Natural Snow Buildings - Shadow Kingdom - najnowsze, dwupłytowe wydawnictwo NSB jest kolejnym potwierdzeniem wybitnych zdolności duetu, który płyty wypuszcza bardziej niż często. Francuzi eksperymentując gdzieś na pograniczu melancholijnego folku i drapiących dronów malują niezwykły pejzaż własnego muzycznego królestwa. Sporo tu nieostrości, sporo gry świateł i tytułowych cieni. Można tę muzykę chłonąć i wdychać; jest w niej jesienny deszcz, górski wiatr, zapach drewna i kleistej żywicy.



czytaj dalej »

sobota, 19 grudnia 2009

Asymetryczny Breakcore


Rok 2009 dobiega końca, na dworze piździ, wszędzie gdzie pójdziesz grad uroczych kolęd. Radio, telewizja, Pani Goździkowa, wszyscy przypominają Ci o zbliżających się świętach – oj jak miło i przyjemnie. Najwyższy czas by odciąć się od świata, poddać się błogiemu nic nierobieniu i pomyśleć o postanowieniach noworocznych...

Nad jedną rzeczą szczególnie ubolewam myśląc o kończącym się roku, jest nią moja nieobecność na festiwalu Asymmetry. Jako smakosz wszelakich elektronicznych hałasów nie mogę odżałować sobie występu Venetian Snares. Rzadko mamy okazje gościć w naszym kraju czołowych przedstawicieli gatunku breakcore, a szkoda, bo to niedoceniony odłam ciężkiego grania.

Ostatnie wieści od organizatorów II edycji Asymmetry podziałały na mnie jak wymarzony prezent gwiazdkowy, a ściślej jak dwa wymarzone prezenty - są nimi występy Bong-Ra oraz Drumcorps. Przyznam, że lepszego doboru artystów nie mogli dokonać. Stanowią oni bowiem ogniwo łączące dwa odległe od siebie nurty muzyczne. Zarówno Jason Kohnen (Bong-Ra) jak i Aaron Spectre (Drumcorps) mistrzowsko przemycają dorobek sceny rockowej i metalowej w swoich laptopowych produkcjach. Patrząc na specyfikę festiwalu i listę zaproszonych artystów, spodziewam się usłyszeć materiał z płyt Bong-Ra „Full Metal Racket” i Drumcorps "Grist", ta pierwsza może być znana fanom thrash metalu za spłodzenie utworów opierających się na utworach Slayer’a, Bolt Thrower i innych, same koncertowe killery, tutaj jeden z nich. Aż trudno uwierzyć, że tego samego wieczoru będzie można zobaczyć Jasona w roli basisty The Mount Fuji Doomjazz Corporation, jazzowo ambientowej formacji. Występ ma być muzyczną wersją do filmu "Elephant Man" Davida Lyncha. Bong-Ra będzie raczej towarzyszyć duch filmu "Lost Highway".

Mam jednak przeczucie, że czarnym koniem festiwalu może stać się Drumcorps. Znany jest on ze swoich żywiołowych występów, w których często chwyta za wiosło. Koło takich występów nie można przejść obojętnie. Na dodatek słuchy chodzą, że Aaron jest w trakcie tworzenia materiału na nową płytę, którą już promuje na koncertach. Wspomnieć trzeba, że za swoją wcześniejszą produkcję „Grist” zgarnął nagrodę Award of Distinction na Prix Ars Electronica w 2007r. Jest więc na co czekać. Moje postanowienie noworoczne? Zabić w sobie leniwca i ruszyć zad na majówkę Asymmetry II.

czytaj dalej »

Monkeypriest - Defending the Tree


Hiszpanie też potrafią! – chciałem wykrzyknąć, jak tylko to zobaczyłem. Arriba España! albo Viva España! – już w zależności od poglądów politycznych. Czyli podszedłem bardzo entuzjastycznie do tego nagrania. Ten optymizm nieco zmalał po pierwszym przesłuchaniu, lecz na pewno została zdecydowana sympatia.

Moneypriest to debiut płytowy młodego zespołu prosto z Sevilli. Féretro Records tak reklamuje ten album: Vicious, corrosive and primate sludge in the vein of grief, eyehategod, moho... Może. Sam zespół o sobie mówi, że chodzi im o naturę, ratowanie jej przed ludzką destrukcyjną działalnością, która bezlitośnie rozporządza otoczeniem. Jest to apel o ochronę naszego dziedzictwa, gdzie to, co prymitywne jest nad wyraz istotne w zestawieniu z niekontrolowanym rozwojem. Czyli plus od zielonych i podobnych sympatyków natury.
(W tym momencie przyszła mi do głowy taka refleksja, na ile różni się polska ekologia od chociażby hiszpańskiej. Pomijam oczywiście ogólnoświatowe akcje, w które włączają się ochotnicy z różnych krajów. Mam na myśli takie miejscowe działanie. Jak to wygląda w jedynym europejskim kraju, który posiada geograficzną, prawdziwą pustynię? W kraju, który przez ostatnie lata nękany był poważnymi suszami. W którym zakręcano wodę dla licznych fontann i zabraniano właścicielom prywatnych basenów napełniania ich.)

Epka ta składa się z czterech utworów o następujących tytułach: „the march of the monkey”, „defending the tree”, „war for the throne” i „doomsday”. Nie trzeba być geniuszem, żeby dostrzec, że tworzy to w pewną prostą i sugestywną historyjkę. Muzyka zresztą sama to potwierdza. Całość rozpoczyna się w sposób marszowy i nieco hipnotyczny, szykuje się wojna, to oczywiste. Ten instrumentalny wstęp przechodzi od razu w walkę o drzewo. Nie jest to może okrutnie wyszukana muzyka, jakiś sludge, nieco doom, stoner pobrzmiewa, ale mieszankę tę słucha się całkiem przyjemnie. I hardcore też. A skojarzenia niczego sobie: Black Sabbath, odrobina Kyussa lub Electric Wizard, może gdzieś tam Slayer mi mignął. Najbardziej zaskoczył mnie najdłuższy, trzeci utwór, prawie dziesięć minut, w którym pan wokalista brzmiał niemalże jak Vorphalack w okolicach Blood Ritual (1992). Nawet ten riff nieco podchodził mi pod „after the sepulture”. Takich skojarzeń oczywiście może być więcej, ale chyba nie ma sensu bym tutaj wszystkie przytaczał. Nie traktuję ich przecież jako zarzut.

Utwory nie nudzą, są różnorodne i pomysłowe. Można by się odrobinę czepić produkcji, nie jest zbyt klarowna, powiedziałbym, że niezdecydowana. Ani nie poszła stricte w brudne brzmienie, ani nie wbija słuchacza w fotel. Jest taka trochę zawieszona, ze znakiem zapytania nad głową. Ale to, co słyszę, każe mi wierzyć, że Hiszpanie mogą wypadać smakowicie na koncertach. Może mój następny pobyt w na Półwyspie Iberyjskim spróbuję zgrać z jakimś ich występem?

Najbardziej zakręcony utwór, „doomsday” zaczyna się od hiszpańskiego dubbingu z Planet of the apes: Esta en juego la supervivencia de los simios; Ademas, el hombre es inútil; Cuanto antes sea exterminado tanto mejor. W wolnym tłumaczeniu: Stawką jest przeżycie małp; poza tym człowiek jest bezużyteczny; im szybciej zostanie eksterminowany, tym lepiej.
I cóż tu dodać? Moja miłość do gatunku ludzkiego cierpi.

Debiut debiutem, rządzi się swoimi sprawami. Poza tym nie wiem, jak wygląda ich scena muzyczna, co tam się wyprawia, więc nie sposób ocenić w szerszej perspektywie. Jednak powodów do narzekań specjalnych nie widzę, wręcz bardzo mi się podoba i uważam, że brzmi to obiecująco. Ale – właśnie, jedno „ale” – wolałby, by ludzie zaangażowani w ratowanie przyrody słuchali i śpiewali Lennona niż Monkeypriest. Jeszcze przez przypadek stanąłbym im gdzieś na drodze i marnie widzę mój żywot. Tak czy inaczej – polecam, może nic mi się nie stanie.

czytaj dalej »

DVD Riverside już za miesiąc!



Riverside przebyli długą i krętą drogę, ale w końcu się udało, 11 stycznia 2010 roku ukaże się ich pierwsze DVD zatytułowane Reality Dream. Wydawnictwo było planowane już dużo, dużo wcześniej, ale rozmaite problemy natury technicznej, z którymi zespół się zmagał, uniemożliwiły jego premierę.

W maju 2008 roku zespół udał się na mini trasę koncertową, która miała podsumować całą trylogię wydawniczą zespołu. Najważniejszym koncertem, był występ w łódzkiej hali wytwórni filmowej Toya, gdzie zarejestrowano materiał, który ukazał się na koncertowej płycie zatytułowanej "Reality Dream" jedynie w formie audio i dostępnej w limitowanej edycji podczas "Reality Dream Tour" w 2008 roku. Aktualnie, koncert ukazuje się jako pierwsze oficjalne DVD po tym samym tytułem.

DVD "Reality Dream" prócz występu w Łodzi, będzie zawierać także wybrane występy, które zostały zarejestrowane w Niemczech, Holandii i Kanadzie. Dodatkowo dostępny będzie także dokumentalny film pt. "Behind The Curtain" autorstwa Johna Visa.

DVD 1:
01. Intro
02. The Same River
03. Out Of Myself
04. Volte - Face
05. Rainbow Box
06. 02 Panic Room
07. Reality Dream III
08. I Turned You Down
09. Dance With The Shadow
10. Parasomnia
11. Second Life Syndrome
12. The Curtain Falls

DVD 2:
Bisy:
01. Before
02. Ultimate Trip

Wybrane występy:
03. Beyond The Eyelids (Unna, Germany 2007)
04. Loose Heart (Unna, Germany 2007)
05. Back To The River (Montreal, Canada 2008)
06. Conceiving You (Montreal, Canada 2008)
07. I Believe (Aschaffenburg, Germany 2007)
08. Lucid Dream IV (Fulda, Germany 2008)
09. Reality Dream II (Baarlo, Holland 2006)

Bonus:
Behind The Curtain - film autorstwa Johna Visa
Galeria zdjęć

czytaj dalej »

piątek, 18 grudnia 2009

Tides from Nebula - wywiad


Powstały w 2008 roku zespół Tides from Nebula pokazuje iż można w Polsce stworzyć post-rocka na światowym poziomie. Ich pierwszy album „Aura” zdobył uznanie recenzentów zarówno w kraju, jak i za granicą. Pomimo tego, ze zespół istnieje od bardzo niedawna ma za sobą już swoją pierwszą europejską trasę koncertową oraz liczne występy w Polsce. W styczniu panowie rozpoczynają pisanie materiału na drugi album. Przed wami Tomasz Stołowski – perkusista Tides from Nebula.

Witam! Jak wrażenia po niedawno zakończonej europejskiej trasie koncertowej? Jak zostaliście odebrani poza granicami naszego kraju?

Wrażenia są bardzo pozytywne, można powiedzieć, że spełniło się jedno z naszych marzeń. Największym zaskoczeniem było dla nas to, że na każdym koncercie spotykaliśmy ludzi, którzy bardzo dobrze znali naszą płytę i przejeżdżali czasem wiele kilometrów żeby nas zobaczyć. Z tego powodu zawsze staraliśmy się dać z siebie wszystko na koncercie. Skutkowało to bardzo pozytywnymi reakcjami ludzi po i na koncercie. Mimo, że frekwencja nie zawsze była wysoka, to jesteśmy zadowoleni z tego jak się wszystko udało.

Na początku grudnia rozpoczyna się polska trasa razem z Blindead oraz Broken Betty. Jakie nastroje i oczekiwania przed startem?

Nie możemy się doczekać, to nasi kumple, będzie bosko.

Zapewne takie pytanie pada w każdym z wywiadów, ale dlaczego w waszej muzyce nie uświadczymy wokaliz? Może na nadchodzącej płycie w kilku utworach wystąpi gościnnie jakiś wokalista? Wyobrażacie sobie w ogóle jak miałby wyglądać wokal w muzyce Tides from Nebula?


Granie instrumentalnie było naszym świadomym wyborem. W pierwszym miesiącu naszego istnienia myśleliśmy o wokaliście, jednak szybko stwierdziliśmy, że we czterech damy sobie radę i będziemy się z tym lepiej czuli. Nie wykluczamy, że na naszych płytach kiedykolwiek pojawi się jakiś ludzki głos, czy to w postaci tradycyjnego wokalu, czy ambientowych wokaliz, bo nie chcemy się ograniczać. Na razie tego nie potrzebujemy, jednak jeśli kiedyś taką potrzebę poczujemy to wtedy pomyślimy. Jeśli chodzi o trzecią część pytania, to można wyobrażać sobie różne rzeczy, jednak najlepiej jest wtedy, kiedy wyjdzie coś oryginalnego/nowego co nie zawsze można sobie tak łatwo wyobrazić. Gdybyśmy znaleźli takie zastosowanie wokalu to możliwe, że wtedy byśmy skorzystali.

W jednym z wywiadów wspominaliście, że jednym z waszych marzeń jest możliwość zagrania przed Oceansize, jakiś czas temu to marzenie spełniło się. Czujecie się usatysfakcjonowani?

Nawet nie wiesz jak, słysząc podziękowania z ust Mike’a Vennarta ze sceny dla „Times from nebula” byliśmy bardzo szczęśliwi, a sam koncert bardzo się udał.

Na pewno są jakieś zespoły które w pewnym stopniu wypłynęły na kształt waszej muzyki. Jakie to zespoły i dlaczego akurat one?

Jasne, wymienić tu można np. Pelican, Caspian, Red Sparowes, Isis, Cult Of Luna, pg.lost itp., którzy bezpośrednio zainspirowali nas do grania takiej muzyki. Jednak słuchamy i słuchaliśmy również innych „klasycznych” zespołów, które w ciągu tych lat nauki gry na instrumentach oddziaływały w jakiś sposób na nas. Można tu wymienić np. Tool, Queens of the stone age, Faith no more, Dredg, Radiohead, Porcupine tree, Smashing pumpkins, Pink Floyd, U2, Oceansize, Deftones i wiele innych. Nie planowaliśmy jaką muzykę będziemy grać. Po prostu na próbach robiliśmy to, co w danej chwili czuliśmy i tak będzie dalej. Z tego powodu nie wiadomo jak dalej potoczą się nasze losy :)

Skąd się wziął pomysł na utwór "Tragedy of Joseph Merrick"? Chodzi mi głównie o tematykę człowieka-słonia. O ile dobrze pamiętam na płycie "Leviathan" Mastodon również poruszył ten temat.

Zawsze na początku powstaje muzyka. Nie tworzyliśmy tego utworu z zamiarem oddania emocji jakie niesie ze sobą tragedia człowieka-słonia. Długo myśleliśmy nad tą nazwą, ale kiedy w końcu Adam zaproponował taki tytuł, od razu stwierdziliśmy, że to jest to. Znaliśmy wcześniej historię Merricka, która w naszym odczuciu pasuje do klimatu naszego kawałka, dlatego pomysł od razu chwycił.

Czy zwycięstwo w konkursie Neuro Music pomogło Wam osiągnąć to do czego doszliście teraz?

Na pewno, dzięki wygraniu w konkursie Neuro, ale również i Knock Out, mogło o nas usłyszeć i zobaczyć na żywo spore grono osób. Była to dla nas duża szansa na promocję i zdobycie nowych słuchaczy. Spotkaliśmy tam również kilka ciekawych zespołów z którymi się zaprzyjaźniliśmy i trzymamy kontakt do dzisiaj.

Czy planujecie i czy w ogóle chcielibyście nagrać teledysk? Jeżeli tak to do jakiego utworu z "Aury" chcielibyście go nagrać?


Do „Aury” nie planujemy nagrywać teledysków. Jeśli już to pomyślimy nad tym przy nowym albumie. Nagranie teledysku wiąże się z dużymi kosztami, których sami byśmy nie udźwignęli. Można oczywiście próbować zrobić to z małym budżetem, jednak często rezultaty są dalekie od tego co chciało się osiągnąć. W tej chwili skupiamy się na muzyce, bo jest ona najważniejsza.

Niestety nie miałem okazji widzieć was na żywo, ale czy zdarza wam się podczas koncertów improwizować?

Nie, nie improwizujemy na koncertach. Zdarza się nam zagrać inaczej jakiś krótki motyw na gitarze, czy zagrywkę na perkusji, jednak pewnie nie o to chodziło ci w pytaniu. Improwizujemy na próbach przy komponowaniu nowych utworów, a na koncertach gramy to co mamy przygotowane.

Według waszego profilu na myspace od stycznia zaczynacie pisanie materiału na drugą płytę. Macie już jakieś zarysy utworów czy też może ogólne wyobrażenie na temat tego albumu?

Do tej pory zrobiony jest jeden kawałek, który zresztą graliśmy w czasie ostatnich koncertów i część drugiego. Chęć poszukania nowych pomysłów i inspiracji, jak również duża ilość koncertów uniemożliwiły nam zrobienie większej ilości materiału. Teraz jednak bierzemy się do pracy, a co z tego wyjdzie, to na razie my sami nie wiemy :)

Dziękuję za rozmowę, jak zwykle ostatnie słowa należą do Was.

Dziękujemy również i życzymy wszystkim czytelnikom wesołych świąt i udanego kolejnego roku. Trzymajcie za nas kciuki !

czytaj dalej »

Starsplanesandcircles - Structures


Nie macie wrażenia, że jeśli powiem o wielości dobrodziejstw jakie pojawiły się ostatnio w naszej muzycznej piaskownicy, to będę monotematyczny? Oczywiście, że będę, ale co zrobić skoro na każdym kroku potykam się o coś interesującego. Większość to zdecydowanie projekty z klasycznym, gitarowym instrumentarium, ale pojawił się na horyzoncie godny większej uwagi projekt z kręgu muzyki ilustracyjnej. Udział w projekcie brali ludzie związani z takimi zespołami jak Neuma, Ketha, Kostas New Progrram i innymi przedstawicielami prezentujących własne muzyczne wizje odbiegające od schematów. Mój muzyczny patriotyzm po raz kolejny dał o sobie znać i czym prędzej postanowiłem się temu bliżej przyjrzeć.

"Structures" to jedna wielka przestrzeń, której elementami składowymi jest pięć struktur, każda na swój sposób inna, odrębna, ale pasujące do siebie na tyle, aby wszystko można było złączyć w jeden funkcjonujący organizm. Twór, którego materia całkowicie nas pochłania, niczym gęsta maź wciąga w zupełnie inny, alternatywny wymiar. Staje się pryzmatem, przez który zaczynamy postrzegać rzeczywistość i dostrzegać wiele rzeczy nie widzianych wcześniej. Dźwiękowe struktury to konstrukcje bardzo wymagające, trudne do błyskawicznego rozszyfrowania i zrozumienia. Trzeba czasu, skupienia i poświęcenia, aby odnaleźć się w świecie kreowanym przez ów projekt. Dźwięki, które daje się umiejscowić w otaczającej Cię rzeczywistości to podstawowe założenie projektu. Muzyka ilustracyjna to chyba najlepsze określenie na muzyczną inkarnację projektu. Nawet ciężko jest nazwać to muzyką, ponieważ wszystko brzmi bardzo realistycznie, jakby rozgrywało się wokół nas, to raczej dźwięki rzeczywistości przepuszczone przez filtr nieograniczonych możliwości wyobraźni autorów.

Szmery, zgrzyty, kroki, stukanie, zbliżający i oddalający się hałas, przypominający nocny, miejski zgiełk, w którym uczestniczysz. Obserwując świecące neony napotkanych barów, sklepów czy wielkich diodowych ekranów pełnych zmieniających się reklam przemierzasz zaludnione chodniki. Ulice przepełnione są samochodami, pod których kołami pojawiają się i znikają parujące studzienki kanalizacyjne. Zatrzymujesz się przy starym klubie, z okien umieszczonych poniżej parteru dobiegają dźwięku saksofonu i trąbki, od zaplecza ktoś wychodzi na papierosa. Z czasem ulice pustoszeją, wszystkie dźwięki zdają się być ostrzejsze, o wiele bardziej wyraziste i klarowne niż wcześniej. Nagle ktoś zdaje się krzyczeć. Nie jest to zwykły krzyk, raczej przeraźliwy, kliniczny, upośledzony wrzask. Chwila zwątpienia, spojrzenie za siebie, może tylko Ci się wydawało?

Osobiście, jest to dla mnie krążek z cyklu - "nie do końca zrozumiałe, ale jednocześnie fascynujące". Mam nieodpartą potrzebę ciągłego powtarzania całego spektaklu, ponownego doszukiwania się szczegółów, odnajdywania toku myślenia autora jak np. zaburzona kolejność poszczególnych struktur, czy to wszystko byłoby aż tak proste, że trzeba to po prostu ustawić po kolei? Zarówno w odwróconej kolejności jak i zgodnie z nią, całość pasuje do siebie na tyle, aby nie zburzyć atmosfery. Urzeczywistnione koszmary, syntetyczna sterylność dźwięków, chłód, ale i zarazem lekka nuta groteskowych obrazów rodem z narkotycznych bad tripów. Czuć klaustrofobiczne wnętrze, do którego kontrastem staje się eteryczna przestrzeń, niekiedy bardzo rzeczywista, a momentami totalnie odrealniona.


czytaj dalej »

środa, 16 grudnia 2009

Female – Female


To dopiero dziwny album. Albo raczej ep lub coś jeszcze mniejszego. Zaledwie dwa utwory, jedenaście minut muzyki (szeroko rozumianej). A cała historia wydaje się być opowiedziana na okładce. Tak, pali się, a my jesteśmy w środku. Podejrzanie spokojny jest jednak ten pożar, może już leżymy na ziemi w przedpokoju częściowo pozbawieni przytomności? Albo jeszcze inaczej... Gorzej.

Zasady postępowania podczas pożaru są dość oczywiste i wpajane nam od dziecka: spieprzać, nie otwierać drzwi, za którymi jest gorąco, leźć blisko ziemi, by się nie nawdychać, mieć czym się przykryć, nie lać na urządzenia elektryczne, rolować się, gdy zajmiemy się ogniem, a w razie odcięcia drogi ewakuacyjnej, skorzystać z okna. I ten, dzwonić na strażaków. Wracając jednak do ostatniej myśli z poprzedniego akapitu – słuchając tego nagrania łatwo rozpoznać, że nie jest to już szalejący ogień (jak na okładce). Raczej dogasający. W tej perspektywie jesteśmy więc tylko krzywą masą zwęglonego ciała. Niczego się w dzieciństwie nie nauczyliśmy. To może wyjaśniać inne dźwięki „nie z tego świata” i ezoteryczną atmosferę.

O autorze (autorce?) wiadomo niewiele, poza tym, że to jednoosobowy projekt. Może i lepiej, niech tak pozostanie. Wśród dziwnych rzeczy ambientowych czy noiseowych, które w życiu słyszałem, Female (2009) jest absolutną perełką. Nawet jeśli nie jest to ambient ani noise. (A czemu utwory zostały zatytułowane „bitch 1” i „bitch 2”? Nie wiem.) Słucha się tego przyjemnie, z niepokojem pod skórą, segregując dźwięki na wytłumaczalne i niewytłumaczalne. Widać taki romantyczny dualizm postrzegania nic nie stracił ze swojej atrakcyjności. Można żałować, że trwa to tak krótko. (Luźne blackmetalowe skojarzenia wywołane okładką, są tylko bardzo luźnymi skojarzeniami.)

TheeBradMiller, który odkrył i udostępnił to nagranie, zasługuje na jak najniższe pokłony i szczerą wdzięczność. Ktoś ma ochotę parę minut pobyć poza ciałem z raczej nieprzyjemnymi (zimnymi) perspektywami na przyszłość? Zapraszam.

czytaj dalej »

Hardcore Łódź


Szykuje się wielki fest dla fanów soczystego hardcore. 11 marca w łódzkim klubie Dekompresja, wystąpią dwie ikony gatunku - Madball i Terror.

Oprócz rzeczonych zespołów, tłum pod sceną rozkręcą takie bandy jak Death Before Dishonor i Cruel Hand.

Znane są już ceny biletów - 60zł (przedsprzedaż), 75zł (dzień koncertu).

czytaj dalej »

King Midas Sound - Waiting For You



Znowu to zrobił. Po raz kolejny pokazał, że można stworzyć nową jakość nie popadając w rutynę. Mowa tu o najnowszym wcieleniu Kevina Martina - King Midas Sound. Dla osób, które śledzą jego twórczość, powstanie nowego projektu nie jest wielkim zaskoczeniem. Zdążył już zrobić kisiel z mózgu słuchaczom przy projektach The Bug, Techno Animal, GOD czy chociażby ICE.

Tym razem do współpracy zaprosił Rogera Robinsona, wokaliste z bogatym doświadczeniem literackim. Chociaż określenie wokalista może być w tym przypadku lekkim nadużyciem. Problemu nie zauważałem przy słuchaniu, poprzedzających album, EP’ek. Spokojny, stonowany wokal idealnie wpasował się w mroczne dubowe podkłady Kevina. Stworzyli niepowtarzalny nastrój, przy którym można było się zrelaksować, zebrać myśli, odpłynąć. Narobili niezłego apetytu na długo przed wydaniem pełnego albumu, dodatkowo ich utwory można było znaleźć na kompilacjach „5 Years Of Hyperdub „ oraz „Box Of Dub” w towarzystwie artystów takich jak Kode9 & Spaceape, Burial, Flying Lotus i wielu innych. Niestety „Waiting For You” nie broni się jako całość. Monotonny wokal Rogera wywołuje skutki uboczne u słuchacza w miarę trwania albumu. Kolejna płyta, której nie należy słuchać w nocy prowadząc samochód. A przecież można by pozostawić kilka utworów w wersji instrumentalnej eksponując perełki takie jak „Earth A Kill Ya”, „Lost”, „Meltdown” czy „Cool Out”. A może dać większe pole do popisu gościnnie udzielającej się Hitomi? Jej wokal doskonale kontrastuje z głosem Rogera, co można usłyszeć w krótkiej autoprezentacji KMS, poniżej.

Już teraz jestem ciekaw kolejnej odsłony King Midas Sound. Pozostało tylko czekać. I’m waiting for you.




czytaj dalej »

Kodiak & Nadja (split)


Kolejny split od Nadja, tym razem z niejakim Kodiak. Spodziewałem się różnych rzeczy, lecz nie przewidziałem, że bliżej nieznany zespół wypadnie lepiej od osławionego duetu z Toronto. Z drugiej strony to dobrze, że takie zaskoczenia czasem się zdarzają.

Pod nazwą Kodiak ukrywa się tercet: gitara (Seppo), bas (Tommy) i perkusja niekiedy z wokalami (Mark). Dość skromnie. Warto pewnie dodać, że demo pojawiło się w roku 2008. Z kolei w lutym bieżącego Anno Domini wydali pierwszy oficjalny LP, który zresztą zawiera ten sam materiał co demo. Zatytułowane to zostało po prostu Kodiak, nie miałem jeszcze okazji zaznajomić się z nim. Jak rozumiem ich wspólne wydawnictwo z Nadja jest trzecim dziełem panów z okolic Gelsenkirchen i Oberhausen. To gdzieś na zachodzie Niemiec. Swego czasu (nie wiem, jak to wygląda aktualnie) Aidan Baker wraz z Leah Buckareff przenieśli się do Berlina, co zresztą sobie bardzo cenili. Można więc mniemać, że to wydawnictwo jest pokłosiem tamtejszych kontaktów.

Utwór zaprezentowany przez Kodiak zwie się „MCCCXLIX the rising end”. Przyznaję się, że nie do końca wiem, co oznacza ta data w tytule. Może rok, w którym spalono siedemset żydów, rzekomych sprawców epidemii dżumy? To akurat w Bazylei było. Zdecydowanie bliżej niemieckich terenów wydaje się być kwestia pojawienia się niejakiego antykróla – Günthera Schwarzburga, który zresztą w tym samym roku, po wniesieniu się na tron, umiera. To już prędzej. Nie sądzę, żeby panowie tą nazwą składali hołd zespołowi blackmetalowemu z Oslo. Tak czy inaczej, Kodiak zaprezentował się z bardzo dobrej strony. Muzyka (jakiś postmetal i drone), którą zaproponowali brzmi jak...skomplikowana operacja na pogruchotanej ręce, ze szczególnym uwzględnieniem łokcia. W nocy. Na ulicy. Pod parasolem, bo akurat pada deszcz, co lekarzom nie ułatwia z pewnością sprawy. Czuć, że muzycy odrobili pracę domową i dobrze znają dorobek Kanadyjczyków, nawet to pianino pod koniec nasuwające skojarzenie z moim ukochanym „absorbed in you” z 2005 roku (split z Methadrone).

„Kitsune fox drone” to z kolei utwór zaprezentowany przez Nadja. Nieszczęsne „kitsune” z japońskiego się wywodzi i oznacza po prostu lisa. W mitologii tamtejszej: zwierzę tajemnicze, magiczne, mogące przybierać ludzką postać. Skoro tak... Jeśli miałbym tę część opisać w równie obrazowy sposób, stwierdziłbym, że ten utwór to takie...zaleganie na tylnym siedzeniu samochodu. Patrzenie w noc. Pada śnieg. Monotonna i nieprzyjemna jazda przez las. Nagle wyczuwalna nierówność pod kołami. Ewentualnie stłumiony pisk. I tyle widziano lisa. Utwór ten tonie w przesadnym szumie, coś się pod nim dzieje, ale po pewnym czasie szkoda siły, by się do tego przedzierać. Przysłuchiwałem mu się parę razy i ciągle napada mnie to samo zmęczenie i zniechęcenie. Magia się ulotniła. Utwierdzam się w przekonaniu, że z Nadją ostatnio najlepiej nie jest.

Split jak split. Dwa utwory po dwadzieścia minut. Może warto do tego zajrzeć, by zapoznać się z dobrze wykonaną robotą przez Niemców. Bez specjalnych fajerwerków, ale na pewno przyzwoitą. I chwilę zadumać się nad brakiem pomysłu na siebie kanadyjskiego duetu. Kryzys, jak widać, każdego może dopaść.

czytaj dalej »

wtorek, 15 grudnia 2009

Neurosis - The Eye of Every Storm



Jak to zawsze bywa w grudniu zastanawiam się jak będzie wyglądał mój ranking najlepszych a.d. 2009. Ten rok jest jednak szczególny, ponieważ zamyka także dekadę (w zasadzie to dekada kończy się za rok, ale Amerykanie z Decibel chyba tego nie wiedzą i już podsumowanie dziesięciolecia zrobili). Wobec tego i ja o taki mój osobisty ranking pewnie w niedługiej przyszłości się postaram, a na pewno znajdzie się na nim płyta wybitnej formacji Neurosis - The Eye of Every Storm.

Dla niektórych Neurosis to kult i jeden z najważniejszych zespołów w historii, z kolei innych zastanawia ich fenomen i nie widzą w tych dźwiękach nic wybitnego. Mnie długo zajęło poznanie ich obszernej dyskografii, ale omawiany krążek stawiam chyba najwyżej. Z drugiej strony obok Through Silver In Blood jest to płyta najbardziej wymagająca, trudna w odbiorze na samym początku, a przy tym najbardziej frapująca i wciągająca.

Kto zna Neurosis, wie że jest to grupa, która z każdym kolejnym albumem ewoluuje, żadna z płyt zespołu nie jest taka sama. Ich dokonania od początku (nie wliczając pierwszych dwóch płyt) cechuje odważne podejście do własnej twórczości. Słuchając The Eye of Every Storm faktycznie czujemy się jak w oku cyklonu. Album może z początku odrzucać swoim trudnym, dość przygnębiającym klimatem, jednak koniecznie należy dać mu szansę. Tutaj wszystko ze sobą współgra i tworzy jedną, wspaniałą całość. W dyskografii zespołu, jest to chyba najbardziej spójny album, o jednostajnym klimacie. Im więcej go słucham tym bardziej widzę w tej muzyce czystą sztukę, nieskazitelne piękno każdego dźwięku wypływającego z głośników. Aż chcę się za każdym razem mocniej i uważniej w nią wsłuchiwać i czerpać z niej tyle ile się da. Nie potrafię jej włączyć i przejść obojętnie myśląc o czymś zupełnie innym lub o tym co włączę jako następne. Nie ma tu nic co bym zmienił, żadnego momentu który nie pasuję do reszty.

The Eye of Every Storm hipnotyzuje, wprawia w niepokój, lęk, a jednocześnie sprawia że za każdym razem gdy słucham tej płyty odkrywam w niej coś nowego. Właśnie takie płyty najbardziej cenię, ale nie zamierzam jej nikomu rekomendować. Jest to dzieło wymagające od słuchacza skupienia i zaangażowania się w słuchanie. Najlepiej odkryć ją samemu i delektować się jej wybitnością. Ten ociekający pustką i powagą album, wbrew swej ponurości sprawia, że moje serce się raduje słuchając jednej z najlepszych płyt tej dekady i w historii muzyki w ogóle.


czytaj dalej »