środa, 30 września 2009

Wrocław Industrial Festiwal



Zbliża się ósma edycja Wrocław Industrial Festiwal, która odbędzie się we wrocławskiej Sali Gotyckiej przy ulicy Purkyniego 1 i potrwa 4 dni, począwszy od 4 listopada. Festiwal jest jedną z największych imprez w tej części Europy zorientowanych na industrial, dark ambient, neofolk i wszelkie inne przejawy muzycznej awangardy.

W poprzednich edycjach udział wzięli między innymi Steven Stapleton ze swoim Nurse With Wound, legenda neofolku Sol Invictus oraz japoński kompozytor i twórca noise'u Merzbow, którego prawdziwe nazwisko to Masami Akita. W tym roku headlinerem będzie grupa Psychic TV, którą po rozpadzie Throbbing Gristle założył Genesis P-Orridge. Pojawią się również Soisong, projekt Petera Christophersona z Coil, legenda eksperymentalnego rocka Savage Republic, a także Brighter Death Now, Knifeladder, Za Siódmą Górą i wielu innych artystów. Bilety na imprezę można nabywać pod tym adresem. Dostępne są karnety w limitowanej ilości do 100 sztuk w cenie 160 zł.

Program:

4.11.
19.00 - BWA, Wita Stwosza 32
RAPOON
STUPOR
wstęp - 20 zł

5.11.
18.00 - Entropia, Rzeźnicza 4
ZA SIODMA GORA
wstęp wolny

6.11.
19.00 - Sala Gotycka, ul. Purkyniego 1
SOISONG
BRIGHTER DEATH NOW
SAVAGE REPUBLIC
ILUSSION OF SAFETY
NAEVUS
GERCHTIGKEITS LIGA
AKIMBO
wstęp - 80/90 zł

7.11
19.00 - Sala Gotycka, ul. Purkyniego 1
PSYCHIC TV
KNIFELADDER
SUTCLIFFE JUGEND
FLINT GLASS
MONA MUR & EN ESCH
PRAWATT
NIHILISTA
wstęp - 80/90 zł

8.11. 19.00 - CRK, ul. Jagiellończyka 10c/d
INFAMIS
KOTEL#26
YARRDESH
KREW Z KONTAKTU
wstęp - 15 zł


czytaj dalej »

wtorek, 29 września 2009

Marilyn Manson – The High End of Low


Marilyn Manson… Patrzę, nie czuję. Temu panu już dawno podziękowałem. Jedynie utwierdzam się w mojej decyzji słysząc coraz to nowsze wypociny. Niestety, Jeordie White (vel. Twiggy Ramirez) nie pomógł swoim powrotem do zespołu. Może nawet okazał się być gwoździem do trumny?

Przyglądam się Mansonowi i widzę cień dawnego człowieka. Kiedyś był bezczelnym, ale piekielnie inteligentnym facetem. Dziś wydaje się nieco ociężałym umysłowo człowiekiem, któremu życie prywatne się sypie, a artystycznie się wypalił już dawno. Karykatura samego siebie. Powrót pana White`a (po romansie z A Perfect Circle i NIN) mógł teoretycznie Brianowi Warnerowi dodać skrzydeł, sprawić, że przez chwilę poczuje się jak za dawnych czasów, tj. za czasów świetności. Porobili sobie trochę zdjęć wspólnie, Manson kurczowo trzymał Ramireza za rękę, czasami łapał go za jaja... Zgoda po latach. No, niech będzie.

Nowa płyta trwa trochę ponad 70 minut. To dużo, nawet bardzo dużo, jeśli ma się mało do przekazania. W nowym Mansonie uderza mnie zupełny brak pazura. Takie kawałki jak „pretty as a swastika”, „blank and white”, „wight spider”, „we’re from america” są ciągnięte na siłę, bez pomysły i nawet nie mają tego kopa. A jak rozumiem to one miały być tu najagresywniejsze. Część jest nieokreślona, a większość smętna i okołoakustyczna. To jeszcze nic, jakby się uprzeć to utwory te w dużej mierze brzmią jak zmieszane ze sobą „man that you fear”, „coma white” i jeszcze jakiś dawniejszy smut. Ale zupełnie bez żadnego polotu, tego czegoś. Singlowy „arma-goddamn-motherfuckin-geddon” (ale tytuł) pobrzmiewa mi takim starodawnym „dope hat”. Jeśli w ogóle ktoś pamięta jeszcze taki utwór. „WOW” (kolejny ciekawy tytuł) przypomina „I don`t like the drugs (but the drugs like me)”, ale nie jest to bezpośrednie skojarzenie.

Jedno Mansonowi trzeba oddać. Całe życie powtarzał, że jest niezrozumiany, że jest gorszy, że dla takich jak on nie ma miejsca w społeczeństwie, itd. Udało mu się, faktycznie. Kiedyś jak śpiewał you were from a perfect world, the world that threw me away, to aż się chciało coś wziąć i rozwalić. A teraz może jęczeć, skręcać się, wić, rozdrapywać rany (takie „running to the edge of the world”, „into the fire” – tytuły mówią same za siebie) i nie sądzę, by to trafiało do ludzi.

Nieco łaskawiej patrzę „I want to kill you like they do in the movies”. Też jakby fragmentarycznie już to gdzieś było, ale czuję potencjał. Niewykorzystany. Ktoś kiedyś powiedział, że Manson ma kompleksy, że chciałby być taki jak Corgan lub Reznor. Pewnie miał rację...

Nie będę kopał leżącego. (A każdy recenzent mógłby zabić.) Płyty nie polecam, nie da jej się porównać z dawnymi wydawnictwami. Może gdyby ją skrócić znacznie, popracować nad paroma utworami, nagrać je od nowa... Może. A Manson chyba naprawdę się pogubił. Przeżywa kryzys, upadek na wielu płaszczyznach. I mimo wszystko nie wierzę, by kiedyś zaskoczył jeszcze czymś dobrym.

czytaj dalej »

poniedziałek, 28 września 2009

Marilyn Manson w Polsce


17. listopada w warszawskiej Stodole zagra Marilyn Manson. Będzie to trzecia wizyta kontrowersyjnego (jeszcze?) artysty w Polsce; w 2001 roku zagrał w Warszawie na Torwarze, dwa lata później w poznańskiej Arenie.

Taką informację o koncercie można wyczytać na stronie klubu:

Marilyn Manson to niewątpliwie postać, której przedstawiać nie trzeba. Warto jednak podkreślić, iż koncerty z jego udziałem to prawdziwe spektakle, w których nie ma miejsca na utarte szablony. Perfekcjonizm Mansona jest zatem gwarancją nie tylko świetnej muzyki, ale także dopracowanego w każdym detalu show. Wolne od stereotypów kompozycje nabierają dodatkowej mocy dzięki aktorstwu i rockowym stylizacjom, a Manson nieustannie pozostaje królem efektu zaskoczenia, zapewniając największe emocje wszystkim fanom zgromadzonym podczas koncertów na żywo.

Ceny biletów w przedsprzedaży: 176zł.

Przypomnijmy, że do niedawna Mansona wspomagał Wes Borland (Limp Bizkit). Między panami jednak doszło do konfliktu, współpraca się skończyła i gitarzysta wrócił do swojej reaktywowanej macierzystej kapeli. Oto jak sami zainteresowani komentują to wydarzenie:

MM: That is what I find myself asking when I urinate sometimes. He said he would never go back. If the reason is money, then I'd rather roll up a $5 note and shove it up my urethra. I'd rather set my dick on fire than join something that I hated.

WS: I wrote nine songs to be submitted to the Manson record and none of them made it. I was really in hired gun land there, but was sort of being told that I wasn't. So when I figured that whole thing out, I knew I was never going to get an inch into that band. "I love Manson. He's definitely one of the wildest personalities I've ever been around and one of the smartest people I've ever met but it's the Marilyn Manson show over there — Limp Bizkit is more of a band.

22. maja trafił do sklepów najnowszy album artysty, The High End Of Low.

czytaj dalej »

niedziela, 27 września 2009

Portishead nagrywa


Zdaje się, że fani Portishead mogą odetchnąć z ulgą. Wszystko wskazuje na to, że muzycy nie każą im czekać na nowy album kolejną dekadę (a dokładnie 11 lat).

Geoff Barrow potwierdził w wywiadzie, że zespół pracuje już nad nowymi utworami. Wstępnie przewidują wydanie płyty pod koniec 2010 roku. Poza nowym brzmieniem szukają również nowego wydawcy. Poszukiwania w toku.

Trasa koncertowa promująca Third (2008) nie była zbyt oszałamiająca. Parę koncertów w Europie, też nie we wszystkich państwach. Co ciekawe, nie doszło w ogóle do żadnych występów w Stanach Zjednoczonych. Oto co sam zespół miał do powiedzenia na ten temat:

We seem to do everything in a way to make life difficult for ourselves. We could play the festivals this summer and not have to worry about the mortgage for a while. But we're not! It's always the reverse of what we should be doing really. I'm sure our agent is going nuts, and the record company's going, But how are you going to sell the record through the summer?' I don't know, we'll do what we always do really: take the difficult route.

Ponadto 16. września Adrian Utley zadebiutował przedstawieniem Music for Massed Guitars. Więcej informacji tutaj, poniżej plakat z imprezy.


czytaj dalej »

sobota, 26 września 2009

Paradise Lost – Faith Divides Us – Death Unites Us


Z Paradise Lost urwał mi się kontakt po Symbol of Life (2002). Gdy zespół zaczął mówić o powrocie do korzeni – niedowierzałem, trochę pokpiwałem. Nie tego oczekiwałem od kapeli, którą akceptowałem w każdej odsłonie. Nawet powszechnie znienawidzone Host (1999) słuchałem z przyjemnością. Gdy na jakimś zdjęciu zobaczyłem u Nicka Holmesa i Grega Mackintosha długie włosy, zakwalifikowałem to jako kryzys wieku średniego.

Po tym wszystkim twórczość Paradise Lost dzielę na dwa okresy. Drugi rozpoczął się w 2005 płytą Paradise Lost. Nowy początek. Nie byłoby w tym sumie nic dziwnego, nic złego, może nawet fajnie, że chłopaki dołożyli trochę ciężaru do swojego grania. Ale brakowało mi w tym jakiejś szczerości, sam nie wiem, wydawało mi się, że robione to jest na siłę. W końcu nie wytrzymali, skończyły im się pomysły, trudno powiedzieć i zdecydowali się na powrót do „dawnych klimatów”. Określenie jest trochę na wyrost, nie zagrają przecież drugiego Shades of God (1992) czy Icon (1993). Zaczęli robić jakiś metal, z jakimiś naleciałościami, momentami zżynając sporo z własnej twórczości (niekoniecznie tej najstarszej), ale z fajnymi melodiami i ogólnie dość przyjemne to było. Oczywiście, jeśli podejść bez uprzedzeń, bez roszczeń.

I tu wysuwam największy zarzut wobec nowego Paradise Lost. Porównując trzy ostatnie płyty Brytyjczyków z trzema dowolnymi (sąsiadującymi ze sobą) z poprzedniego etapu twórczości, wyłania się następujący wniosek – zespół już nie ma takiego ciśnienia na ciągle przeobrażanie się, szukanie nowych dróg. Aktualna tendencja polega na tym, że z płyty na płytę jest odrobinę ciężej i właściwie nic ponad to.

No, ale parę słów o albumie. Jakieś znaczące zmiany w składzie? Jeno nowy perkusista; Jeffa Singera zastąpił Adrian Erlandsson. Znać go możemy chociażby z gry w Brujeria, At the Gates lub Cradle of Filth.

„As the horizons end” – niby ciężki riff na początku, Nick nieco odcharknął, ciekawe instrumentalne wyciszenie wplecione, ale bardzo błyskotliwe to nie jest. „I remain” jakby potwierdzało tę chęć ciężkiego grania. Zespół jednak na zmianę podaje te mięsiste riffy, które teoretycznie powinny zadowolić część dawniejszych słuchaczy, z partiami bardziej przestrzennymi, doomowymi wręcz. Dobrze to widać na przykładzie wokalisty – trochę growlu, trochę krzyku, trochę czystego śpiewu. I mamy niejednorodną mieszankę, ale w miarę funkcjonalną. „Frailty” jest jedną z szybszych kompozycji zespołu, może nawet niezłą, ale blednie przy patetycznym, ciężkim, na swój sposób typowym utworze tytułowym. „The rise of denial” i „living with scars” to przykłady dość ciężkiego grania, z riffami nie mającymi raczej analogii we wcześniejszych dokonaniach panów. Trochę dzieje się w ramach tych kompozycji; zmiany tempa, nastroju. Z kolei takie „universal dream” nawet nie stara się ukrywać, że znaczną część czerpie z Shades of God.

Faktycznie robi się coraz ciężej. Nie jestem przekonany, czy coraz ciekawiej. Na pewno nie jest to płyta zła, ale przy pierwszym odsłuchu nie miałem za bardzo punktu zaczepienia. Słychać, że to Paradise Lost, słychać, kiedy czerpią z siebie, a kiedy wysilają się na coś zupełnie nowego. Nad wszystkim góruje rozpoznawalne granie Mackintosha. Po tym materiale będę znów uważniej przyglądał się Brytyjczykom, mimo że zabrakło jakiejś iskierki bożej.

czytaj dalej »

czwartek, 24 września 2009

Koniec NIN?


Długo się o tym mówiło, aż w końcu stało się faktem. Kurz opadł i można z całą stanowczością stwierdzić, że Reznor na czas nieokreślony zawiesił działalność swojego macierzystego zespołu. Na szczęście nie złożył broni. Coraz głośniej jest o nowych projektach i pomysłach.

Ostatnie koncerty pod szyldem Nine Inch Nails odbyły się w Nowym Jorku, Chicago i Los Angeles, na przełomie sierpnia i września. Przedsięwzięcie nazwane zostało: Wave Goodbye. Wśród powodów rezygnacji z grania tras koncertowych znalazła się chciwość wytwórni muzycznych, chęć uniknięcia uciążliwego obowiązku promowania nowych płyt i fakt, że starszy pan, jakim jest już Reznor, woli inaczej spędzać czas niż w busie.

Prawdopodobne jest jeszcze wydanie płyty zbliżonej do Ghosts (2008). Czyli kolejny zbiór instrumentalnych impresji.

Jednak najgłośniej mówi się o współpracy Trenta Reznora z Gary Numanem, który wspomagał go na kilku ostatnich koncertach. Panowie przypadli sobie do gustu i pod koniec roku lub na początku przyszłego planują razem wejść do studia. Oto, co miał Numan do powiedzenia po jednym z koncertów:

Trent on the last night stopped it at one point and went to the mic and did this really lovely little speech about me and how important I was and I was just standing there trying not to... you don’t want to be really really humble, because it looks as if you don’t appreciate it, and you don’t want to be going 'oh yes' because it looks like your full of yourself. It was really awkward.

Wspomina się również o możliwym projekcie Reznora z narzeczoną - Mariqueen Maandig (West Indian Girl).

Przypomnijmy, że 8. czerwca tego roku Reznor otrzymał Webby Award w kategorii Artysty Roku. Nagroda wręczana jest przez International Academy of Digital Arts and Sciences.


czytaj dalej »

środa, 23 września 2009

Bathory - In Memory of Quorthon


3. czerwca 2004 roku odeszła jedna z ciekawszych, ważniejszych, wybitniejszych postaci metalu. Mimo upływu pięciu lat, brak Quorthona jest zauważalny i wyczuwalny. Zresztą podobnie jak z Chuckiem Schuldinerem czy Dimebagiem Darrellem. Strasznie trywialnie brzmi w tym momencie stwierdzenie, że pozostała po nich muzyka.

12 płyt studyjnych jako Bathory, cztery kompilacje, jakieś dema, bootlegi i dwa tytuły solowe – to dorobek działalności rozpoczętej w 1983 roku. Jeszcze warto wspomnieć o takim szczególe jak A Tribute to Bathory (1998), w którym to pokłonili się: Marduk, Ophthalamia, Gehennah, Dark Funeral, Emperor, Lord Belial, The Abyss, Nifelheim, Necrophobic, Sacramentum, Unanimated, Satyricon i War.

Nie chcę tu analizować utworów, które znalazły się na trzech płytach wchodzących w skład tego boxu. Wybór jest dobry, niezły, słuszny; starzy fani, jak i ci, którzy chcą dopiero poznać Bathory, nie powinni być zawiedzieni. Piosenki zostały zremasterowane, brzmią dobrze i świeżo. Wyboru dokonał „Boss”, który towarzyszył Quorthonowi od początku i uchodzi nawet za jego ojca (najbardziej zainteresowani temu zaprzeczali).

Pomijając dvd z teledyskiem do „One Rode to Asa Bay”, wywiadem z MTV oraz fragmentami spotkań Quorthona z fanami (i plakat), najwięcej przyjemności zrobiły mi wcześniej nieznane utwory – covery. I tu zaczyna się dość pokrętny temat. Quorthon najprawdopodobniej nagrywał znacznie więcej niż wydawał, urosła potężna legenda wokół jego zbiorów domowych, na które rzecz jasna każdy fan miałby ochotę. Niekiedy przy kolejnych kompilacjach Bathory jakieś pojedyncze utwory były udostępniane, jak chociażby „satan my master” czy rewelacyjne „in nomine satanas” w Jubileum Vol. III (1998). Ale to kropla w rzekomym morzu. Weźmy taki album jak Blood on Ice (1996), Quorthon nigdy nie ukrywał, że to stary materiał sięgający końca lat 80tych oraz że takich płyt mógłby wydać kilka, nawet stricte blackowych. Co zrobić? Czekać. Liczyć na to, że Black Marked Productions kiedyś udostępni te nagrania.

Jakie więc covery znalazły się na tym wydawnictwie? „God save the queen” Sex Pistols, „war pigs” Black Sabbath – zagrane poprawnie, z czego pierwszy utwór może wręcz mylić się z oryginałem. „Ace of spades” Motörhead, już dalsze od pierwotnej wersji, charakterystyczny riff zupełnie rozłożony, całość rozciągnięta do pięciu minut, z wyraźnymi epickimi naleciałościami (chórki i te sprawy). Ciekawa hybryda. „Black diamond” Kiss, jak na moje ucho bardziej strawne od oryginału; zagrane mocniej, z jajem. Również drugi cover Kiss „deuce”, ale znany on już jest od lat, z cieszącego się złą sławą (czemu?) albumu Octagon (1995). Wszystko pięknie, wszystko ładnie, ale największym zaskoczeniem musi być utwór The Beatles. A jakże, „I`m only sleeping” z Revolver (1966). Zawsze mam problem, gdy ktoś podejmuje się zagrania czegoś z repertuaru kultowej czwórki z Liverpoolu. W tym wypadku moje osądy są surowe i bezlitosne. Nawet najlepsi muzycy się wykładają, a udane interpretacje mogę policzyć na palcach jednej ręki i jeszcze nie wykorzystam do tego wszystkich. Wersja ta za bardzo nie odstaje od oryginału, wokalnie bardzo trudno zbliżyć się do Lennona, na szczęście Quorthon tego nie próbuje robić. Udowadnia po prostu, że to czuje, że jest wystarczająco świadomym muzykiem, by nie przedobrzyć i dodać trochę siebie. Just like that.

Co jeszcze tu mamy? Na koniec: akustyczne „you just got to live”, przypominające mi nieco granie Smashing Pumpkins, „silverwing” – utwór z repertuaru Jennie Tebler (rzekomo siostra Quorthona) oraz „song to hall up high” z panią Tebler na wokalu. Na szczęście ten ostatni utwór umieszczony został również w wersji oryginalnej.

Prawie cztery godziny muzyki. Dla tych, którzy chcą rozpocząć przygodę z Bathory albo powspominać. A jest co. Varg Virkenes (Burzum) mówił o Quorthonie jako o dawnym bogu. I pewnie słusznie, w końcu jest ojcem (albo ojcem chrzestnym, jeśli ktoś woli) black metalu oraz epickiego metalu (ew. viking metal). A żeby już nie mówić o ciężarze ziemi, pustce w świecie muzycznym, takiej czy innej Valhalli dla zmarłego, dodam tylko klasyczne: Hail Quorthon!


czytaj dalej »

wtorek, 22 września 2009

Popowy projekt Jourgensena



Ministry się skończyło, ale nikt chyba nie podejrzewał, że Al Jourgensen włoży ciepłe kapcie, zrobi sobie drinka, usiądzie w fotelu i włączy telewizor. No i słusznie, bo lider Ministry w jednym z wywiadów udzielanych dla serwisu Vampire Freaks zdradził, że pracuje nad swoim solowym albumem, który ma być utrzymany w konwencji pop. Padło również kilka słów o pobocznych projektach, na których zebrał się już kurz i gruba warstwa pajęczyny.

Fragment wywiadu:

Tak, dokładnie. To wspaniała rzecz. Pracuję właśnie nad solowym album... ale czy od początku do końca będzie to solowe dzieło okaże się na końcu. To pieprzony pop. Nie ma tu żadnego metalu, żadnej polityki, to całkowicie popowy materiał.

Na pytanie jak będzie brzmiał nowy projekt? Al odpowiada:

Okej, oto wskazówka. Pamiętasz The The? To będzie bardzo podobne właśnie do tego. Byłem wielkim fanem muzyki Matta Johnsona, to będzie hołd dla okresu jego działalności. (...) Fad Gadget to kolejny przykład na to, jak może brzmieć mój nowy projekt.

Dodatkowo Jourgensen potwierdził, że nowe materiały pobocznych projektów, w których się udziela, czyli Lard, Pailhead i Buck Satan są aktualnie przygotowywane.

czytaj dalej »

Teledysk Time to Burn



Kto by się spodziewał, że francuzi, którzy zdają się trzymać raczej obok zakrojonej na szeroką skalę medialnej promocji w postaci teledysków nakręcą właśnie klip. Na całe szczęście nie jest to zwyczajny obraz jakich dzisiaj pełno. Klip powstał do utworu "Nayeli" z ostatniego albumu "Is.Land".

Odpowiedzialnymi za ten niekonwencjonalny obraz jest kolektyw Radius Labs, o których możemy zasięgnąć informacji z ich oficjalnej strony internetowej. Zespół udostępnił także nowe zdjęcia, które można zobaczyć pod tym adresem.

Jak na razie, zespół milczy na temat nowego albumu, zapowiadają jedynie, że powrócą niedługo z nowym materiałem. Gwoli przypomnienia, na drugiej edycji Asymmetry Festival 2010, która odbędzie się w okresie 29.04 - 02.05, będziemy mogli zobaczyć zespół na żywo.

Dyskografię francuzów zamyka "Is.Land" wydany w październiku 2007 roku.

czytaj dalej »

poniedziałek, 21 września 2009

Queen Adreena - Djin


Będę brutalny. Courtney Love niewiele w swoim życiu zrobiła. Trafnie wyszła za mąż, pokazała parę razy cycki na koncercie, spasła się, miała parcie na skandale, pomogła wypłynąć jednej utalentowanej basistce i kompozytorce, dotknęła do żywego Reznora i została uznana za królową ciężkiego rocka. Otóż nie. Królowa jest gdzie indziej.

Fala grunge`u i tego typu ciężkiego grania dotarła do Wielkiej Brytanii ze zrozumiałym opóźnieniem. Był sobie zespół, który namieszał – Daisy Chainsaw. Grupka młodych, nieco dziwnych ludzi podążających za zupełnie zwariowaną wokalistką, niejaką Katie Jane Garside. W skrócie ujmując – zespół nagrał bardzo dobrą płytę (Eleventeen, 1992), było głośno, szczęście nie trwało długo, drogi panów z wokalistką się rozeszły, nagrali drugą płytę z inną osobą za mikrofonem (For They Know Not What They Do, 1994). Zespół niedługo potem się rozpadł. Gitarzysta i główny kompozytor, Crispin Gray szukał swojej drogi w różnych składach, w końcu dogadał się znowu z panią Garside i w 2000 roku wydali rewelacyjne Taxidermy pod szyldem Queen Adreena. Było trochę problemów ze składem, ale Gray i Garside stali się nierozłączną parą, nawet jeśli ona okładała kolegę pięściami, kopała, przewracała, wyrywała włosy na scenie.

W dziesiątą rocznicę założenia Queen Adreena zespół wydaje długo oczekiwany album – Djin. Skład wydaje się najmocniejszy od lat. Już chyba na dobre za perkusją zadomowił się Pete Howard, który miał przyjemność załapać się w 1983 jeszcze do kultowego The Clash. Jest już trochę wiekowy, ale w niczym to nie przeszkadza. A na basie młoda i ponętna Nomi Leonard, która jeszcze parę lat temu dowodziła ekscentryczną załogą popaprańców z Wendykurk.

Tyle jeśli chodzi o kwestie zapoznawcze. Co można powiedzieć o płycie? Rewelacyjna. Świetna. Do postawienia obok genialnego Drink Me (2002). Już od pierwszych dźwięków słychać, że Crispin wrócił do swoich ciężkich, mięsistych riffów na dziwnie nastrojonej gitarze. Nie żeby The Butcher and the Butterfly (2005) było płytą złą; owszem inną, ciekawą, poszukującą, ale... Ten czad... Trudno opisać. Wokale pani Garside również jak zwykle świetne, aż dziw bierze, że tak drobna kobieta potrafi w ten sposób ryknąć i zaraz potem śpiewać zupełnie czysto. Sekcja rytmiczna niczego sobie, bardzo pasuje mi granie panny Leonard (co ciekawe w Wendykurk działała na gitarze). Basu jest dużo, jest głośny, charczący, przyjemny. W ogóle Gray i Leonard wydają się doskonale rozumieć muzycznie, objawia się to w ich pobocznym projekcie - The Dogbones (w zespole oni i dwóch perkusistów).

Otwierający album „year (of you)” brzmi potężnie, majestatycznie, z pewnością rozbudza apetyt, chyba chodziło o stworzenie podobnego wrażenia jak w utworze „suck” z poprzedniej płyty. „Angel” i „killer (tits)” rozpędzone, nośne, wpadające w ucho. „Night curse” pierwszy spokojniejszy utwór, akustyczny, dużo lepszy od podobnym propozycji z poprzedniej płyty. Lubię sobie nucić obok pani Garside refren: no i don’t know what to do / do you know what to do / i don’t know what to do / you do? do you? „You (don’t love me)” utwór stworzony właściwie wokół basu i głosu pani Garside, głosu, który wydaje się nie starzeć. Te jęki, szepty; niesamowite wyuzdanie głosowe. Zamykający płytę „come down” z kolei potraktowany został bardziej jako żart.

Queen Adreena pozostaje względnie mało znana. Głównie ich popularność opiera się na Wyspach, Francji i Japonii. Nie wiem, czy to dobrze, zasłużyli na znacznie więcej, ale pasuje im taka postawa outsiderów. Aż się chce spakować i pojechać do Londynu na koncert. Trudno mi ich sobie wyobrazić grających gdzieś w Polsce. Po prostu. Djin uważam za cholernie udaną płytę. Może nieco jej brakuje do Drink Me, które było albumem absolutnym i natchnionym, ale powodów do czepiania też nie ma. Kierunek rozwoju w zupełności mi odpowiada. Nawiązując do pierwszego akapitu – królową tego typu grania i okolic jest właśnie Katie Jane Garside, która do nieszczęsnej Love bywa niekiedy porównywana, nawet jeśli tamten etap muzyczny mają dawno za sobą. Cóż.

now i`m lying here
must not flicker or move
write it down every time it happens to you
punch drunk brain dead down on the floor
back on my knees
you got me begging for more


czytaj dalej »

niedziela, 20 września 2009

The Dillinger Escape Plan o nowej płycie


Pojawiają się kolejne wiadomości dotyczące nowego wydawnictwa mathcore'owej formacji. Niecierpliwi fani będą mieli możliwość na bieżąco śledzenia postępów pracy nad nadchodzącą płytą Dillingerów.

Premiera Option Paralysis (bo taki tytuł będzie mieć kolejna produkcja zespołu) przewidziana jest na 2010 rok; członkowie zespołu postanowili umożliwić fanom wspomnianą obserwację produkcji krążka poprzez informacje zamieszczane na video blogu -

- Co tydzień będziemy zamieszczać wideo blogi ze studia. W każdy poniedziałek lub we wtorek rano, jak się zrobi za późno. - stwierdzili członkowie zespołu.

Option Paralysis będzie czwartym długograjem zespołu, w tym trzecim, na którym udziela się charyzmatyczny frontman kapeli - Greg Puciato (zastąpił Dimitria Minakakisa, który zakończył przygodę z zespołem w 2001 roku).

Jak dotąd ostatnim wydawnictwem Dillingerów jest płyta nosząca tytuł Ire Works, która na półki sklepowe trafiła w 2007 roku.

czytaj dalej »

sobota, 19 września 2009

Whisper Room - Birch White


Kolejny side project znanego skądinąd Aidana Bakera. Poza nim zespół ten współtworzą: Jacob Thiesen (perkusja) znany szerzej chociażby z gry na płycie Desire in Uneasiness (2008) zespołu Nadja. Oraz (najpewniej mózg projektu) Neil Wiernik (bas i elektronika).

Płyta składa się z ośmiu nienazwanych utworów; a gdybym miał się pokusić o wskazanie, który z muzyków wywarł największy wpływ – miałbym problem. Muzycznie plasuje się to gdzieś między znanymi mi dokonaniami Wiernika i solowymi płytami Bakera. Idealna harmonia? Może. Nie zdziwiłbym się.

Muzycy z Toronto eksplorują tym razem rejony dźwięków eksperymentalnych, elektronicznych, psychodelicznych, ambientu, płynnych melodii, rytmów i improwizacji wynikających ze spokoju. Czemu brzoza? Biała, okazuje się, że są też czarne, niech będzie. Brzozy cieszą się dobrą opinią, również jako rośliny lecznicze (gwoli ścisłości: przeciwreumatycznie, moczopędnie, na lepszą przemianę materii, itd.; zawierają jakieś cukry i minerały podobno korzystne dla zdrowia). Niektórzy też mówią o przytulaniu się do tego drzewa, co skutkuje lepszym samopoczuciem. Niech będzie...

Dla mnie właśnie ten album jest czymś, co regularnie poprawia mi samopoczucie i sprawia, że czuję się zdrowiej. Słucham go niemal codziennie i nie potrafię się nim znudzić. Ujmuje mnie pewna jego nieuchwytność i subtelność. Pojawiające motywy, które w pokrętny sposób wymykają się. Zespół ujawnia pomysły, ale jakby nigdy ich nie doprowadza do końca; pozostawia niedomówienia. Na przykład trzeci utwór – absolutna prostota, instrumenty wygrywające łatwe motywy, powoli narastająca elektronika, teoretycznie nic wielkiego, a jednak nie tak trudno odpłynąć. Całość pulsuje, to chyba dobre określenie, żyje własnym, nieco kosmicznym, optymistycznym (mimo mrocznej okładki) życiem. Piąty utwór – nie potrafię przy nim się nie uśmiechnąć; bardzo ładnie skonstruowany z przyjemną solówką jako punkt kulminacyjny. Szósty – pod koniec zdaje się dziać nieco więcej, głośniej, jakiś większy harmider, nawet coś na kształt krzyków, a jednak nie burzą one kontemplacyjno-optymistycznego nastroju.

Bardzo dobra współpraca ciekawych muzyków. Kolejna perełka prosto z Kanady.

czytaj dalej »

Maynard James Keenan śpiewa King Crimson


Gratką dla fanów Maynarda Jamesa Keenana (Tool, Puscifer), będzie zapewne singiel, który niedawno ujrzał światło dzienne.

Mowa tu o projekcie The Human Experimente, który w składzie: Maynard James Keenan (wokale), Jeff Fayman oraz Robert Fripp (gitara) postanowili odświeżyć kawałek King Crimson - 21st Century Schizoid Man.

Sam pomysł wygląda naprawdę ciekawie, zważywszy na to, że fani KC będą mieli okazję posłuchać innej wersji 40-letniego już utworu.

Singla można odsłuchać na oficjalnej stronie - The Human Experimente, gdzie istnieje również możliwość jego zakupu.

czytaj dalej »

piątek, 18 września 2009

Akerfeldt akustycznie



Kiedyś przychodzi taki moment w życiu muzyka, który przez cały czas realizuje się w kolektywie, aby wreszcie wcielić w życie swoje własne pomysły, chowane gdzieś głęboko w szufladzie i czekające na odpowiedni moment. Wszystko wskazuje na to, że w życiu Mikaela Akerfeldta nadszedł właśnie ten moment. Lider Opeth ma w planach nagranie solowego albumu w całości utrzymanego w akustycznej konwencji.

W wywiadzie dla holenderskiego portalu FaceCulture.nl muzyk opowiedział o kierującej nim motywacji.

Zawsze chciałem zrobić coś takiego. Mam kilka cudownych gitar akustycznych, których chciałbym użyć w większym stopniu. I chociaż Opeth pewnie mógłby nagrać taki album, chcę to zrobić sam.

Moje horyzonty poszerzyły się. Odkąd odkryłem twórczość Nicka Drake'a, zaczęła mnie interesować prosta muzyka. Taka, której potrzebne są naprawdę mocne kompozycje, żeby można było je zagrać przy użyciu minimalnych środków. Chciałbym uprościć wszystko jak najbardziej, tylko akordy gitarowe i może trochę gry palcami, żebym mógł grać te utwory nie ruszając się ze stołka. Bez nadmiaru melodii i gitarowych nakładek.

czytaj dalej »

czwartek, 17 września 2009

Mumia powraca!



Po dwuletniej przerwie, amerykańskie trio znów daje o sobie znać. Karl Sanders i spółka mają za sobą już 5 albumów, a "Those Whom The Gods Detest", będzie szóstym. Premiera krążka zaplanowana jest na 3 listopada.

Płyta, tak jak poprzednia, ukaże się nakładem Nuclear Blast. Nad brzmieniem albumu czuwał Neil Kernon znany ze współpracy z m.in Nevermore, Cannibal Corpse czy Queensryche. Dodatkowo przy produkcji bębnów towarzyszył mu Erik Rutan, który może być kojarzony ze współpracy z Vital Remains i Goatwhore. Okładka została przygotowana przez Michala "Xaay" Loranca, z którym Sanders miał okazję już pracować przy okazji tworzenia szaty graficznej na swój drugi, solowy album "Saurian Exorcisms".

W wywiadzie dla magazynu Revolver, Sanders powiedział, że będzie to najbardziej eklektyczny materiał jaki do tej pory nagrali. Mówił, że słuchał sporo nietuzinkowej muzyki, w tym irańskiej, hinduskiej i wszystkiego co definitywnie różni się od dzisiejszych, nowoczesnych piosenek. Czyli zapowiada się kolejna spora dawka wschodnich wpływów.


Tracklista:

1. Kafir!
2. Hittite Dung Incantation
3. Utterances Of The Crawling Dead
4. Those Whom The Gods Detest
5. 4th Arra Of Dagon
6. Permitting The Noble Dead To Descend To The Underworld
7. Yezd Desert Ghul Ritual In The Abandoned Towers Of Silence
8. Kem Khefa Kheshef
9. The Eye Of Ra
10. Iskander D'hul Karnon

Dyskografię Nile zamyka album "Ithyphallic" z 2007 roku. Był to pierwszy album Nile, który został wydany nakładem Nuclear Blast Records.

czytaj dalej »

Kolejne próbki "Axe to Fall"



Następca "No Heroes" wydanego przed trzema laty, niedługo trafi na sklepowe półki. Znamy już prawie wszystko co dotyczy nowego albumu: wytwórnię, datę premiery, tracklistę, okładkę i strzępy muzyki. Przyszła pora na kolejną, przedpremierową dawkę ekstremalnej nuty.

Ekipa zza wielkiej wody nie pozwoliła swoim fanom długo czekać z wywieszonymi jęzorami i udostępniła kolejny numer z nadchodzącego, ósmego krążka. Utwór nosi dokładnie taki sam tytuł jak album, czyli "Axe to Fall", którego w całości możemy wysłuchać na profilu myspace zespołu. Dodatkowo znajdziemy tam udostępniony już wcześniej, "Dark Horse".

Przypomnijmy, że album będzie miał swą premierę 20 października i ukaże się nakładem Epitaph Records. Dla zapominalskich poniżej również tracklista.

1. Dark Horse
2. Reap What You Sow
3. Axe To Fall
4. Effigy
5. Worms Will Feed
6. Wishing Well
7. Damages
8. Losing Battle
9. Dead Beat
10. Cutter
11. Slave Driver
12. Cruel Bloom
13. Wretched World

czytaj dalej »

Rammstein powraca


16. października bieżącego roku ukaże się nowa płyta Rammstein, pt. Liebe ist für alle da. Od jutra dostępny będzie w sprzedaży pierwszy singiel - Pussy. A kontrowersyjny (śmieszny?) teledysk można już teraz obejrzeć w sieci.

Szósty album zespołu składać się będzie z 11 utworów. Znane są tytuły:
1. Rammlied
2. Ich Tu Dir Weh
3. Waidmann's Heil
4. Haifisch
5. B******
6. Fruehling In Paris
7. Weiner Blut
8. Pussy
9. Liebe Ist Fur Alle Da
10. Mehr
11. Roter Sand

Nad produkcją nowego materiału czuwał, współpracujący z zespołem od początku, Jacob Hellner.

Teledysk tylko dla dorosłych.

27. listopada Rammstein zagra w katowickim Spodku.

czytaj dalej »

środa, 16 września 2009

Okładka "World Painted Blood"



Znamy już okładkę, która będzie zdobiła 10 płytę w dorobku legendy thrash metalu zatytułowaną "World Painted Blood". Z małym opóźnieniem płyta ukaże się 2 listopada nakładem American Recordings. Według zapowiedzi, ma to być ostatni album Slayer.

Na stronie internetowej Slayer.net, została udostępniona animacja, która przedstawia nową okładkę. Nad brzmieniem materiału czuwali Greg Fidelman oraz Rick Rubin.

Kilka słów o nowej płycie rzucił Dave Lombardo: Jesteśmy bardzo podekscytowani. Zaplanowaliśmy specjalne opakowanie tej płyty, udało nam się doprowadzić do realizacji naprawdę świetne pomysły. Trochę to trwało, w dodatku przez całe lato przewodziliśmy trasie Mayhem Tour, więc długo nie mogliśmy się poświęcić tej płycie w takim stopniu, w jakim chcieliśmy. Nagrywanie tej płyty było jednym z najwspanialszych przeżyć, jakich kiedykolwiek doznaliśmy. Mamy nadzieję, że fani to zauważą. W procesie powstawania "World Painted Blood" uczestniczyliśmy jako zespół bardziej, niż przy poprzednich płytach. Pomysły wszystkich zostały wysłuchane, sprawdzone i – jak sami usłyszycie – było to tylko z pożytkiem dla muzyki.

Przypominamy tracklistę:

1. World Painted Blood
2. Unit 731
3. Snuff
4. Beauty Through Order
5. Hate Worldwide
6. Public Display Of Dismemberment
7. Human Strain
8. Americon
9. Psychopathy Red
10. Playing With Dolls
11. Not Of This God"

Dyskografię amerykanów zamyka wydany w 2006 roku "Christ Illusion".

czytaj dalej »

"Night Is The New Day" coraz bliżej!



Premiera nowej płyty Szwedów coraz bliżej. Zespół stopniowo odsłania karty z nowego rozdania sprytnie zaostrzając apetyt wszystkich fanów, którzy z wypiekami na twarzy i przygotowanymi portfelami czekają aż wreszcie płyta pojawi się na sklepowych półkach.

Ruszyła mini-strona zapowiadająca "Night Is The New Day", na której możemy znaleźć wiele rarytasów w postaci teasera albumu, zdjęć z nowej sesji oraz szaty graficznej, wywiadów, w których muzycy opowiadają poniekąd o nowym krążku oraz masy innych, ciekawych rzeczy związanych nie tyle z nowym albumem co z samym zespołem. Pojawiła się już również tracklista, która przedstawia się w sposób następujący:

1. Forsaker
2. The Longest Year
3. Idle Blood
4. Onward Into Battle
5. Liberation
6. The Promise Of Deceit
7. Nephilim
8. New Night
9. Inheritance
10. Day & Then The Shade
11. Ashen [Swedish bonus]
12. Departer

Gwoli przypomnienia. Krążek ukaże się nakładem brytyjskiej wytwórni Peaceville Records. 2 listopada będzie miała miejsce premiera w Europie, natomiast 10 listopada w Stanach Zjednoczonych. "Night Is The New Day" będzie 8 albumem w karierze zespołu.


czytaj dalej »

niedziela, 13 września 2009

Nadja po raz kolejny


Jeden z najbardziej płodnych muzycznie zespołów, "zaskoczył" fanów kolejnym już w tym roku wydawnictwem. Następcą świetnego Belles Bêtes jest płyta nosząca tytuł Under The Jaguar Sun.

Okładkę płyty można podziwiać w grafice; ciekawostką jest opinia muzyków o własnym dziele:

This is kinda like boris - dronevil final, intended to play them both at once but you can also listen to them solo. if you want to mix them into one track - the easiest and free way would be audacity.

Sama płyta podzielona jest na dwie części; każda z nich posiada osobny tytuł (odpowiednio Tezcatlipoca i Quetzalcoatl). Łatwo jest się domyślić, że myślą przewodnią i inspiracją zawartej na krążku muzyki, jest kultura Azteków.

Oto jak przedstawia się tracklista:

Płyta 1 : Tezcatlipoca (Darkness)
SUNjaguar (9:24)
SUN2windstorm (14:42)
SUN3fieryrain (6:06)
SUN4flood (14:22)
SUN5earthquake (15:26)

Płyta 2 : Quetzalcoatl (Wind)
Ocelotonatiuh (9:24)
Ehecatonatiuh (14:42)
Quiuhtonatiuh (6:06)
Atonatiuh (14:22)
Nahui-ollin (15:25)



czytaj dalej »

Muse – The Resistance


Z Muse mam kontakt od czasów Showbiz (1999). Już dziesięć lat... Płyta nie była rewelacyjna, ale posiadała parę świetnych utworów. Po Origin of Symmetry (2001), którą oceniam najwyżej, zaczęło się kręcenie nosem. Singlowe utwory może i były dobre lub bardzo dobre – świetne, ale płyty w całości już nie przekonywały. Najnowszy album Muse tę sytuację zmienia.

Czułem pewien niepokój myśląc o nowej płycie, można nawet powiedzieć, że byłem jej niechętny. Do ostatniej, Black Holes and Revelation (2006), już prawie w ogóle nie wracałem. Spore więc było moje zaskoczenie po pierwszym odsłuchu nowego materiału. Mieszało się we mnie niedowierzanie, zadowolenie, miejscami nawet zachwyt i zaczęła rodzić się myśl, że to najlepszy materiał grupy od Origin of Symmetry. Nie ma tu drastycznego zerwania z dotychczasowym wizerunkiem zespołu, raczej rozwinięcie wcześniejszych patentów, podanie ich w formie o wiele lepszej niż miało to miejsce na dwóch ostatnich albumach.

Najważniejszą rzeczą jest tu spójność całego materiału. Absolution (2003), jak i następny krążek, nie trzymały się przysłowiowej kupy, sprawiały wrażenie zlepku przypadkowych utworów. A tu – wszystko jest na swoim miejscu, wszelkie dźwięki ze sobą współgrają. Można szukać podobieństw do utworów w przeszłości, że to brzmi jak to...tamto jak tamto...ale nie jest to autoplagiat.

Otwierający album „uprising” mógłby znaleźć się na poprzednim wydawnictwie zespołu. Nośny – to najlepsze określenie chyba. Dość prosty utwór, melodyjny z wysuniętym basem oraz różnymi dodatkami przyjemnymi dla ucha. Tytułowy „resistance” brzmi odrobinę banalnie w refrenie. To samo (w kwestii tego banału) dzieje się w „MK ultra”. „Undisclosed desires” jest przyjemnie soulujący, kunsztowny. „United states of eurasia” mocne, z momentami orientalizującymi i pod koniec z Chopinem w interpretacji Bellamy`ego. Pojawia się tu zarzut naśladowania Queena, ale nie byłbym zbyt ostry, może pewna pompatyczność charakteryzująca Muse`a, popycha ich w takie rejony. Jeśli jednak dobrze się wsłuchać w album da się również odnaleźć wpływy późnych Beatlesów. To przecież dobre wzorce. „Unnatural selection” i „MK ultra” odpowiadają na tej płycie za tak zwany czad.

Pytanie najważniejsze dotyczy symfonii. Zostawię to jako kwestię otwartą. Bellamy wspominał, że marzą mu się tego typu utwory. W końcu tego dokonał. I efekt jest co najmniej ciekawy. Moim zdaniem zmusza do patrzenia na ten zespół jako na garstkę ludzi, którzy mają relatywnie poważną wiedzę o muzyce i jej komponowaniu. Do tego wiedzą, co chcą osiągnąć.

Chciałem tu podziękować koledze Bugmanowi – pomógł mi podejść do tej płyty bez uprzedzeń. To naprawdę bardzo dobry album. Dojrzały, w jakiś sposób pełny. Po prostu polecam. I życzę Muse wszystkiego najlepszego. Chciałbym trafić w sedno, jak każda osoba pisząca o muzyce... Nieważne. Niech muzyka sama o sobie świadczy.

czytaj dalej »

czwartek, 10 września 2009

Nowy album A Storm Of Light



Nowojorska formacja zakończyła niedawno prace nad swoim drugim albumem zatytułowanym "Forgive Us Our Trespasses", którego data premiery planowana jest na 22 września i podobnie jak debiut zostanie wydany nakładem Neurot Recordings.

Przy tworzeniu materiału, zespół wspomagali tacy goście jak: wokalistka Nerissa Campbell (Primitive North), Jarboe (Swans, World Of Skin, J2), Lydia Lunch, Carla Kihlstedt (Book of Knots, Sleepytime Gorilla Museum, 2 Foot Yard) i Marika Hughes (2 Foot Yard). Muzycznie zespół ma kontynuować drogę obraną na poprzednim krążku "And We Wept The Black Ocean Within"

Na jesień zespól zaplanował wspólną trasę koncertową z zespołem Minsk.

czytaj dalej »

Gnaw - This Face


Lubię takie granie. Ciężkie lub bardzo ciężkie, pozornie chaotyczne, nietypowe, na swój sposób szalone, różnorodne, przed, na lub za granicą hałasu i ładnie wyprodukowane. Gdzie muzycy są pewni siebie, wiedzą, czego chcą i potrafią kolektywnie lub każdy z osobna (w tym samym czasie), to osiągnąć. Takiej płyty było mi trzeba.

Gnaw to: Alan Dubin na wokalu (wcześniej Khanate i OLD), Jamie Sykes na bębnach (Burning Witch, Atavist), Jun Mizumachi (Ike Yard) – sonic making, Brian Beatrice – soundwave mutilator. Takowy skład pojawił się w 2006 roku, a nieco później znaleźli się w nim również: Carter Thornton (Enos Slaughter) znany też z robienia własnych instrumentów oraz Eric Neuser, któremu zostały wdzięcznie przypisane drums & smash.

Myślę, że powyższy skład jest całkiem zgrabny i obiecujący, a pierwsze dźwięki nie pozostawiają złudzeń. Zespół w tym natłoku dźwięków ma na siebie jakiś pomysł, mimo połamanych rytmów, trudnych do wyczucia praw rządzących utworami, zawsze znajdzie miejsce dla jakichś ciekawych dźwięków. W otwierającym album „haven vault” bardzo przyjemne; subtelne, rozstrojone klawisze w tle. Niby niewiele wnoszą, a jednak jak bardzo wzbogacają kompozycję w momentach gitarowego przestoju. Podobnie dzieje się w „ghosted”, lecz tam już z gitarą klasyczną. „Vacant” – absolutna perełka, rozjeżdżający się ciężki riff, równo grająca perkusja, podejrzane dźwięki oraz świetnie wpasowujący się Dubin. Bardzo motoryczny utwór, podobnie jak następny – „talking mirrors”. Jeszcze ciężej, a do tego wysunięty nieprzyzwoicie i rozbujany bas. Kojarzy mi się to z rozpędzonym walcem, który przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę, trochę zabawna wizja, ale utwór jak najbardziej jeden z lepszych na płycie.

Noise, drone, opętańcze krzyki; wszystko w odpowiednich proporcjach. Co wpłynęło na zespół? Powołam się znowu na ich stronę – głowy na palach. Czy wymaga to komentarza?

Miło, że jeszcze uprzedzili: Dubin's lyrics will mentally rape you. Tak czy inaczej opowiadam się po stronie sympatyków drażniącej wokalnej maniery Alana Dubina, chociaż na tej płycie wbrew pozorom nie zawsze się drze. „Watcher” traktuję jako popis jego niestarannej, niezbyt pięknej deklamacji.

Chaos. Chaos powstały z nagromadzenia kolejnych warstw dźwięków, aż całość zaczyna nabierać życia. Niby ma to być płyta brzydka, agresywna, okrutna i odpychająca, ale mnie urzeka za każdym razem, kiedy do niej wracam. Trzymam kciuki za zespół. Polecam.

czytaj dalej »

wtorek, 8 września 2009

Mothra: Dyes


Jakiś czas temu miałem przyjemność pisać recenzję bardzo dobrej płyty wydanej pod szyldem zespołu Woody Alien. Nie szło nie rozpływać się tam nad świetną perkusją, która faktycznie przecież stanowiła połowiczną "muzyczną siłę" kapeli, łamiąc przy tym wszelkie konwenanse dotyczące tego instrumentu, który zwykle kojarzy się z pukającym gdzieś z tyłu metronomem. Tym razem "spotkałem się" z rzeczonym bębniarzem, przy okazji nowej płyty core'owej formacji - Mothra.

Dyes to drugi longplay tego oryginalnego zespołu, który moim skromnym zdaniem, gromadzi w sobie zabójczy potencjał. Uwagę od razu zwracają wspomniane już, świetne bębny Daniela Szweda, który z każdym uderzeniem udowadnia, że niewątpliwie stanowi czołówkę "garowego grania" na naszej, szerokiej i bogatej przecież, scenie.

O tym, co będzie nas czekać na płycie, można przekonać się po utworze, który otwiera całość kompozycji. Squant to czysty wulkan energii, który miecie wszystko co stanie na jego drodze. Paranoiczny growl Piotra Koryzmy, szalone riffy Pawła Rosiaka, które świetnie współgrają z ciężarem basu Andrzeja Burzyńskiego i opiewaną już przeze mnie perkusją Szweda, tworzą brutalną, ale wcale nie chaotyczną, barierę dźwięku.

Im dalej, tym ciężej, tym bardziej "math". Miód dla uszu. Hooloovoo to już nie tylko przytłaczająca moc. To też cholerne tempo, które zapewne na koncertach jest powodem do rozkręcenia zabójczego moshu. A to chyba najlepsza rekomendacja dla core'owego grania.

Octarine to czas na zwolnienie. Słuchając tego kawałka, miałem wrażenie, że panowie z Blindead cofnęli się o parę lat, zrezygnowali zupełnie z drone'owego eksperymentowania, stawiając na brudny, chropowaty sludgecore, bijąc pokłony dla takich ikon rzeczonej muzyki jak EyeHateGod. Szczerze mówiąc, nie miałbym nic na przeciwko, gdyby chłopaki z Mothry poszli kiedyś w tym kierunku. Trzecia pozycja na płycie jest jak dla mnie najmocniejszą, mimo, że całkiem inną od tonu, w którym został utrzymany album.

Żeby nie było za wolno, kolejny utwór - Grue - powoli rozkręca utraconą gdzieś prędkość, choć ma się wrażenie, że to jeszcze nie to, a poszczególne instrumenty dopiero łapią parę. Końcówka to już soczysty mathcore, pomieszany z hardcore'ową energią i świetnym growlem. Znowu mógłbym się rozpływać nad blastami Szweda, z tym, że mogłoby zrobić się zbyt słodko.

I na koniec - Bleen, Fullgin A i Fullgin B. Szczerze mówiąc, te trzy kawałki stanowią o klasie płyty, są swoistym podsumowaniem całego długograja. Choć nie powiem. Płyta ma jedną, bardzo poważną wadę, za którą chłopaki z Mothry mają u mnie wielkiego minusa - ja pytam - dlaczego tak krótko?! Niespełna 30 min takiego grania, to zdecydowanie zbyt mało. Chciałbym w tym miejscu wylać słoik ze słodkościami, masę pochwał i zachwytów nad płytą, ale zamiast tego po prostu włączę ją jeszcze raz. A potem kolejny. Lepszej rekomendacji chyba nie znajdę w swoim worku z napisem polecam z całego, zepsutego serca.

czytaj dalej »

Alice In Chains znowu w Polsce


Najwidoczniej legendarna formacja ze Seattle polubiła nasz kraj - panowie z Alice In Chains będą bowiem po raz kolejny gościć w Polsce, tym razem w ramach promocji nowego krążka.

Długo oczekiwany longplay, który ukaże się pod tytułem Black Gives Way to Blue, będzie jednocześnie furtką, która ponownie poprowadzi zespół na wielkie, światowe sceny, po tym jak formacja zawiesiła działalność po tragicznej śmierci frontmana - Layne'a Staley'a w 2002 roku.

Miejsce zmarłego wokalisty zastąpi charyzmatyczny William DuVall, który bardzo ciepło wypowiadał się o naszym kraju po występie w 2006 roku.

Znane są już ceny biletów na koncert, który tym razem odbędzie się w warszawskiej Stodole. Wstępnie mówi się o kwocie 143 zł. Dokładniejszych informacji należy doszukiwać się na stronie Livenation.pl.

czytaj dalej »

Monkey: Journey to the West


Damon Albarn, co tu dużo mówić. Niektórym może się wydawać, że wiedzą w czym rzecz, zdążyli tego pana trochę poznać, odpowiednio zaszufladkować i na tym koniec. Niestety to nie takie proste, tą płytą po raz kolejny Albarn udowadnia, że traktowanie go wyłącznie jako twórcę miłych dla ucha piosenek mija się z rzeczywistością.

Jedna z twarzy britpopu, dla wielu nastolatek w latach 90-tych symbol seksu, odpowiedzialny za muzykę kontrowersyjnego i wizjonerskiego Gorillaz, główna postać supergrupy The Good, the bad & the queen. Oczywiście też lider nieodżałowanego Blur, miotającego się znowu między sceną a nieporozumieniami. Dziś, po drastycznej zmianie wizerunku, tryska pomysłami, udziela się społecznie i aktywnie wspiera muzyków afrykańskich. Warto pamiętać o jego głośnej krytyce Live 8, za co oberwało mu się od znacznej części światka muzycznego.

Tym razem Albarn sięgnął po...operę. Journey to the west jest klasyczną chińską powieścią napisaną przez niejakiego Wu Cheng`en. Adaptacją tekstu i reżyserią zajął się Chen Shi-zheng. Muzyką, jak łatwo się domyśleć, Damon Albarn, zaś kwestiami wizualnymi (filmiki i stroje) drugi twórca Gorillaz, Jammie Hewlett. Całość jest sporym przedsięwzięciem; samych akrobatów i innych speców od sztuk walk jest ponad 70-ciu. Premiera przedstawienia miała miejsce w 2007 roku podczas Manchester International Festival w tamtejszym Palace Theatre. W tej sytuacji pozostało jeszcze podbicie publiczności w paru miejscach na świecie: Londyn, Paryż, Berlin i również za oceanem, w Charleston (South Carolina). Soundtrack ukazał się w 2008 roku.

(Nie będę wchodził w szczegóły historii, powiem tylko, że na wstępie ze sporego kamiennego jaja wykluwa się małpa.)

Dla Albarna nie jest to pierwszy egzotyczny album. W 2002 roku wydał Mali Music nagrane z Afelem Bocoum i Toumanim Diabeté w Mali. Tam jednak koncepcja była nieco inna – zeuropeizowanie miejscowej muzyki przy zachowaniu jej typowych cech. Dla Monkey na pewno bliższe będzie tu nawiązanie do „chińskiej” piosenki Gorillaz, „Hong Kong”.

Muzyka zaprezentowana na recenzowanym albumie jest...niby chińska, ale mocno unowocześniona. Trudno wymagać od Albarna, by miał w małym palcu tamtejszą obszerną tradycję grania, na pewno jednak poświęcił temu trochę czasu. Przefiltrował nabytą wiedzę, rozbił ją, poskładał na nowo ze swoim niezawodnym popowym wyczuciem. Elementów rockowych prawie nie uświadczy (gdzieś tam coś pod koniec, bardzo ładnie wplecione), czasem wkradnie się nieco z europejskiej tradycji muzyki poważnej, co raczej nie może dziwić. Po prostu zagłębianie się w meandry tych dźwięków jest czystą rozkoszą.

Dzieje się na tej płycie dużo, dużo szalonych rzeczy. Już same piosenki są wciągającą historią. Świeżość, żywiołowość, oryginalność, pasja, most międzykulturowy. Wypada mi jeszcze za przyjacielem-muzykiem powtórzyć, że takiej płyty nie powstydziłby się sam Frank Zappa.

czytaj dalej »

poniedziałek, 7 września 2009

L.U.C - 39/89 Zrozumieć Polskę


Łukasz Rostowski, znany szerzej jako L.U.C, awangardowy muzyk, ekspert od dźwiękowego misz-maszu, już 17 września uraczy swoich fanów nową płytą. Będzie to album o tyle nietypowy, o ile jego forma zawrze się w koncepcji słuchowiska, które będzie obejmowało tematyką okresy II Wojny Światowej i upadku komunizmu, o czym może świadczyć tytuł dzieła - 39/89 Zrozumieć Polskę.

Muzyk, który już wcześniej na swoich płytach nawiązywał do tzw. Soviet Mentalu, poprzez tę produkcję chce oddać swoisty hołd historii, a przy okazji dać lekcję tejże, zwłaszcza, że w dzisiejszych czasach jest ona często wypaczana.

Na płycie możemy spodziewać się charakterystycznych dla L.U.C'a brzmień - od nu jazzowych klimatów, poprzez elektronikę do kameralnej, filmowej muzyki, w którą to wplecione zostaną autentyczne przemówienia najważniejszych postaci okresu, do którego nawiązywać będzie dzieło - od Stefana Starzyńskiego poprzez czołowych partyjnych dygnitarzy, po Jana Pawła II i Lecha Wałęsę.

Ciekawostką może być fakt, iż tym razem Rostowski nie stanie za mikrofonem, udzielając głosu historii.

– Nadszedł czas, by pochwalić się naszą historią w duchu możliwości XXI wieku. Przełomowe dla Europy, pokojowe zwycięstwo 89 r. powinno być obok wódki i oscypka naszą dumą narodową i towarem eksportowym na świat - opowiada o powodach powstania swojego dzieła L.U.C .

Partnerem strategicznym projektu jest Europejskie Centrum Solidarności. Patronem honorowym zaś Instytut Pamięci Narodowej i Polskie Radio.

Znana jest już tracklista nowej płyty:

01 Polski Honor
02 Sześć Milionów Morderstw
03 A Więc Wojna
04 Trubyte to Stefana Starzyński
05 Pamiętnik Niezliczonych Zbrodni
06 Płonie Forte Chopina
07 Pyrrusowa Klęska
08 Radosna Katastrofa 1948
09 Pięćdziesiat Tysięcy Morderstw
10 Do Roboty Juz Bez IQ
11 Everest Hipokryzi
12 Odmóżdzanie Adypinowe
13 Gadające Mordy 1968-1970
14 Wizerunek Firmy PRL
15 Przebudzenie Boga 1978
16 Kilkadziesiat Morderstw Do Wolności 1981
17 Bitwa na Słowa - Okrągłe Zwycięstwo
18 Tribute To Lecha Wałęsa

Ostatnim solowym dokonaniem artysty, znanego również z Kanału Audytywnego, jest płyta nosząca tytuł Planet LUC, która na półki sklepów trafiła 11 listopada 2008 roku.

czytaj dalej »

ADHD Tour: 44 koncerty!



Za blisko 2 tygodnie rusza, największa jak dotąd w karierze Riverside, trasa promująca wydany niedawno czwarty krążek zatytułowany "Anno Domini High Defintition".

Trasa do końca roku obejmie 44 koncerty w kraju i za granicą. Repertuar z ADHD będzie można usłyszeć na 20 koncertach w Polsce. Bilety od jakiegoś czasu są już dostępne i można nabywać je w klubach oraz u organizatorów koncertów. Na krajowej trasie będziemy mogli zobaczyć u boku Riverside takie zespoły jak Division By Zero, Iluzjon oraz Disperse. Natomiast trasa europejska przyniesie supporty w postaci Pineapple Thief, Harvest, Moongarden, Prisma, Knight Area, Adamantra oraz Ageness.

23.09.09 – BIAŁYSTOK - klub „GWINT”
25.09.09 – EŁK - klub "E.C.K." + Disperse
26.09.09 – OLSZTYN - klub "C.E.I.K." + Disperse
27.09.09 – GDAŃSK – klub „PARLAMENT”
28.09.09 – GDYNIA – klub „UCHO”
29.09.09 – TORUŃ – klub „OD NOWA” + Division by Zero
01.10.09 – POZNAŃ – klub „ESCULAP” + Division by Zero
02.10.09 – SZCZECIN – klub „SŁOWIANIN” + Division by Zero
03.10.09 – BYDGOSZCZ – klub „ESTRADA”
04.10.09 – ZIELONA GÓRA – klub "KAWON" + Division by Zero
06.10.09 – WROCŁAW – klub „WZ” + Division by Zero
07.10.09 – OPOLE - klub – "M.O.K." + Division by Zero
09.10.09 – KRAKÓW – klub „ROTUNDA” + Disperse
10.10.09 – BIELSKO BIAŁA – klub „RUDE BOY” + Disperse
11.10.09 – KATOWICE – klub „MEGA klub”
13.10.09 – RZESZÓW – klub "POD PALMĄ" + Disperse
14.10.09 – LUBLIN – klub „GRAFFITI” + Disperse
16.10.09 – RADOM - klub "STREFA G2" + Disperse
17.10.09 – ŁÓDŹ - Hala TOYA Studio + Disperse, Division by Zero
18.10.09 – WARSZAWA – klub „PROGRESJA” + Disperse, Iluzjon

26.10.09 – (NL) BUNDE - klub „AUW KERK” + The Pineapple Thief
28.10.09 – (NL) HAARLEM - klub "PATRONAAT" + The Pineapple Thief
29.10.09 – (NL) LEEUWARDEN - klub "POPPODIUM ROMEIN" + The Pineapple Thief
30.10.09 – (NL) ZWOLLE – klub „HEDON” + The Pineapple Thief
31.10.09 – (NL) UDEN – klub „DE PUL” + The Pineapple Thief
01.11.09 – (BE) VOSSELAAR – klub „BIEBOB”
03.11.09 – (DE) BOCHUM – klub „ZECHE”
04.11.09 – (FR) COLMAR – klub „LE GRILLEN”
06.11.09 – (ES) BARCELONA – klub „SALAMANDRA 2” + Harvest
08.11.09 – (IT) PINARELLA di CERVIA – klub "ROCKPLANET"
09.11.09 – (IT) RZYM – klub „CIRCOLO DEGLI ARTISTI” + Moongarden
10.11.09 – (IT) MILAN - klub – "ZOE"
11.11.09 – (CH) PRATTELN – klub „Z7” + Prisma
13.11.09 – (DE) ASCHAFFENBURG – klub „COLOS-SAAL” + Knight Area
14.11.09 – (FR) PARYŻ – klub „LA LOCOMOTIVE”
15.11.09 – (UK) LONDYN – klub "O2 ACADEMY ISLINGTON" + The Pineapple Thief
16.11.09 – (UK) BILSTON, WOLVERHAMPTON – klub „ROBIN 2” + The Pineapple Thief
18.11.09 – (DE) HAMBURG - klub "LOGO"
19.11.09 – (DE) BERLIN - klub "SAGE klub"
26.11.09 – (FI) TAMPERE – klub „KLUBI”
27.11.09 – (FI) JYVÄSKYLÄ – klub „LUTAKKO” + Adamantra
28.11.09 – (FI) HELSINKI – klub „NOSTURI” + Ageness
12.12.09 – (RU) St. PETERSBURG – klub „TROITSKY”
13.12.09 – (RU) MOSKWA – klub „TOCHKA”


czytaj dalej »

niedziela, 6 września 2009

DVD Porcupine Tree



Pewnie wielu z Was zapyta, co w końcu dzieje się z tym DVD, które od dłuższego czasu zapowiadał Wilson? Gwoli przypomnienia, ma ono zawierać zapis dwóch koncertów, które miały miejsce w październiku zeszłego roku w holenderskim Tilburgu.

Prace nad tym wydawnictwem zostały przerwane ze względu na nagrywanie "The Incident", którego premiera lada dzień, bo już 15 września. Od niedawna jednak zostały wznowione i według wstępnych ustaleń, całość powinna ukazać się wiosną przyszłego roku. Planowana jest również wersja deluxe wydawnictwa, która oprócz wersji audio koncertu, zawierać ma też płytę CD z zapisem przynajmniej jednego, wcześniejszego show z trasy promującej ostatni album Porcupine Tree "Fear of a Blank Planet".

czytaj dalej »

Throbbing Gristle - The Third Mind Movements



Nie są już młodzieniaszkami. Udowadniać swojej wielkości nie muszą. Mogliby grać to, co w latach 70-tych, a i tak budziliby spore zainteresowanie. I wciąż byliby ekstremalni do granic możliwości. Jednak reaktywowane w 2004 roku TG wybrało inną drogę. I bardzo dobrze.

Genesis Breyer P-Orridge podkreśla w wywiadach, że już swoje lata ma (niedługo skończy 60) i pewnych rzeczy nie może po prostu robić, bo byłby niewiarygodny. Brzmi to dziwnie w ustach mężczyzny, który teraz jest kobietą, hermafrodytą albo niczym konkretnym. Zresztą nieważne, przyjrzyjmy się muzyce.

Mam problem z porównaniem tego albumu do dwóch poprzednich z nowego wcielenia zespołu. TG now (2004) wydawało się niezbyt konkretne, jakby zawieszone w próżni; rozpoznanie na nowo terenu, szukanie nowych definicji albo zaklęć. Z kolei Part two – the endless not (2007) było mimo wszystko bardzo „piosenkowe”, różnorodne i nie stanowiło spójnej całości. Nie są to na pewno złe płyty, a nowa produkcja trochę z nich czerpie, ale i znacznie przewyższa.

Już od pierwszych dźwięków jest magicznie, rytualnie, psychodelicznie. Trochę melodii, trochę hałasu (ale nie za dużo), wszystko spójne, uzupełniające się, wyważone wręcz z alchemiczną precyzją. Czasami przez muzykę przebijają się zniekształcone głosy; pojawia się refleksja o istnieniu innych poziomów świadomości. Peter Christopherson i spółka nie mają na celu brutalnego rozbicia osobowości słuchacza, wprowadzenia go w stan metafizycznego zamętu czy zburzenia jego socjalnych zachowań. To już nie ten etap. Czuć doświadczenie, pewność siebie, wiedzę, talent, kunszt.

Ten album jest narzędziem, które można wykorzystać do swoich celów; dziełem do poznawania na wielu płaszczyznach. Jeśli miałbym sięgnąć po dawniejszą twórczość TG to zwróciłbym uwagę na pewne pokrewieństwo z Journey through the body (1982) i In the shadow of the sun (1984, nagrane jako soundtrack dla filmu Dereka Jarmana pod tym tytułem). Jednak na tamtych albumach mieliśmy do czynienia z rozbiciem formy, zmyślnym chaosem i przypadkowością. Tu jest inaczej, ci muzycy już nie potrzebują elementu zaskoczenia do osiągnięcia swoich celów. Jednak nie bez znaczenia był powrót zespołu do muzyki z In the shadow... podczas tegorocznej trasy w Stanach Zjednoczonych.

The third mind movements to absolutna perełka, którą polecam również fanom Coil, narzekającym do tej pory na twórczość TG.

czytaj dalej »

Nachtmystium: Black Meddle Part II



Wszystko wskazuje na to, że wiosną przyszłego roku amerykanie z eksperymentalnego Nachtmystium wydadzą kolejny album (pod, jak na razie, roboczym tytułem "Black Meddle Part II"), który będzie kontynuacją wątków zawartych na poprzednim krążku zatytułowanym "Assassins: Black Meddle Part I".

Zespół wejdzie do studia w styczniu aby zarejestrować cały materiał na album, który ukaże się nakładem niezależnej Century Media Records. W październiku rozpocznie się etap przedprodukcyjny, w którym uczestniczyć będzie basista Minsk - Sanford Parker. Lider zespołu Blake Judd w ten sposób komentuje prace nad materiałem: "Nasza ogromna fascynacja post-rockiem i industrialem (tym w stylu Ministry i Killing Joke) jest teraz o wiele bardziej widoczna. Mamy nadzieję nagrać album, który posunie muzykę ekstremalną w nieznane dotąd rejony".

Dyskografię Nachtmystium zamyka wydana w maju tego roku EP zatytułowana "Doomsday Derelicts".

czytaj dalej »

sobota, 5 września 2009

Nadja





Pochodzenie: Toronto, Kanada

Rok powstania: 2002

Status: Aktywny

Skład:
Aidan Baker - Guitars, Piano, Drum Programming, Woodwinds & Vocals;
Leah Buckareff - Bass, Violin & Vocals.

Wytwórnia:
różne

Kontakt:
www.nadjaluv.ca
http://www.myspace.com/nadjaluv

Nadja należy do specyficznej grupy zespołów, o których ciężko się pisze. Wiadomo kiedy powstał, gdzie powstał oraz kto do niego należy, lecz trudno szukać tutaj drastycznych zmian, sensacji, jakiegokolwiek mocnego punktu zaczepienia. Jest tylko muzyka i nabiera to w tym przypadku wyrazistego znaczenia, gdyż Aidan Baker jest twórcą bardzo płodnym i...wykształconym. Jest klasycznie wyszkolonym multiinstrumentalistą, jego rodzice byli profesjonalnymi muzykami, sam zaczął pobierać naukę gry na pianinie w wieku 6-ciu lat. Potem przyszła pora na perkusję, saksofon i gitarę.

Jeśli ktoś chciałby wskazać jakąś ważniejszą datę w historii Nadja, byłby to rok 2005 z płytą Bodycage, kiedy to do Bakera dołącza Leah Buckareff grająca na basie. Wraz z nią zespół zaczął koncertować. Nadja wydaje albumy w małych, niezależnych wytwórniach, często w limitowanych nakładach, co sprawia, że są trudno dostępne (w Polsce już w ogóle). Mimo to paradoksalnie Aidan Baker stał się jedną z najbardziej liczących się postaci sceny alternatywnej, nie tylko drone-doom.

Muzyka duetu nie jest łatwa do sklasyfikowania, wkładanie jej w ramy drone-doom-ambient jest równie karkołomne, co bezsensowne. Aidan Baker wypracował (~odkrył) własny, rozpoznawalny styl, który z płyty na płytę rozwija (~eksploruje).

Każdy kto choć trochę interesował się postacią Bakera wie, że słowa o płodności nie są na wyrost. Poza Nadją wydaje mnóstwo albumów pod swoim nazwiskiem oraz współpracuje z innymi muzykami oraz z zespołami ARC i Mnemosyne.

Dyskografia:


Full-length, Deserted Factory, maj 2002

Touched – materiał zdecydowanie surowy, pierwsze wprawki, raczej niewyraźna zapowiedź przyszłego stylu Aidana Bakera. Tnące, nachodzące na siebie gitary, transowość. „Incubation/metamorphosis” zdecydowanie do polecenia, przestrzeń, głębia, poszukiwanie swojego stylu.



Split z Moss, Foreshadow Productions, 2003

Jeden utwór – „I am as earth”. Dziesięć minut narastającej atmosfery duszności, niepokoju, który wygasa bez wyraźnego ujścia; zlane instrumenty, pierwsze charakterystyczne cechy dla późniejszego stylu zespołu.



Full-length, NOTHingness REcords, październik 2003

Skin turns to glass – wydany w 120 egzemplarzach klasyczny album Nadja. Trzy utwory, charakterystyczne (nieco szumiące) brzmienie, szczątkowy rytm, przemyślana całość. Zamykający, 20-minutowy „slow loss” świetny ze swoim marszowym (pogrzebowym) rytmem.



Full-length, Foreshadow Productions, listopad 2003

Corrasion – kolejny klasyk; rozwinięcie wszystkich wcześniej wypróbowanych patentów. Zgrabne kompozycje, muzyczny zgiełk, bliskość ambientu i na koniec rewelacyjne, zupełnie kosmiczne i epickie „amniotic”.



EP, Deserted Factory Records, marzec 2004

I have tasted the fire inside your mouth – 20-minutowy utwór; zgodnie z tytułem bardziej „romantyczny”. Melodia, powolne gitary, cichy śpiew; następnie ciężki i przyjemny muzyczny zgiełk - I have burned under the touch of your tongue.



Full-length, NOTHingness REcords, kwiecień 2005

Bodycage – skończone arcydzieło i pierwsza płyta z Leah Buckareff. „Clynodactyl” posiada wszystko: przestrzeń, dramaturgię, nieuleczalny cud natury, podróż w głąb siebie, wysokie ryzyko uzależnienia. Kolejne dwa utwory to próba wyciszenia, pogodzenia z losem. Muzyczny obraz Fibrodysplasia Ossificans Progressiva.



Full-length, Fargone Records, czerwiec 2005

Bliss torn from emptiness – najwyraźniej spadek formy. Coś miejscami iskrzy, lecz niewiele daje się z tym zrobić przy nieciekawym brzmieniu i nieprzemyślanej całości.



Split z Methadrone, NOTHingness REcords, wrzesień 2005

Absorption – na 4 utwory Methadrone, 1 Nadja – „absorbed in you”. Przeprawa przez natchniony hałas, szumy, piski, by dojść do smutku wygrywanego przy pianinie. I kolejnej kakofonii wplecionej w nostalgię. Doskonałe.



Full-length, Alien8 Recordings, październik 2005

Truth becomes death – kolejny klasyk. Soczyste, nieprzyjazne brzmienie. Bardzo dobry „bug-golem” posiadający wszystko to, co w tamtym okresie w zespole było najlepsze. Dziwny „breakpoint” – wygasa, pozostaje śpiewający Aidan z gitarą i pojedynczymi przeszkadzajkami.



Full-length z Fear Falls Burning, Conspiracy Records, lipiec 2006

We have departed the circle blissfully – rozmyte plamy dźwięku; przełamanie przyzwyczajeń kompozycyjnych z wcześniejszych płyt. Bardzo dobra współpraca.



Live album, Utech Records, lipiec 2006

Trembled – wydany dzień po ostatnim albumie. Niestety nie porywa, nie oddaje wrażeń związanych z występem, kompozycje wypadają słabiej niż na płycie. Najjaśniejszym punktem cover Swans „no cure for the lonely”.



Full-length, Archive, luty 2007

Thaumogenesis – godzinna podróż w nieznane, oparta na ciężkich riffach. Mrok, chwile spokoju oraz patetycznych uniesień. Może wciągnąć, ale też uśpić.



Single, Foreshadow Productions, luty 2007

Base fluid – zapowiedź przyszłej reedycji Corrasion; bardzo dobry tytułowy utwór. Do ściągnięcia za darmo ze strony wydawcy.



Full-length, Alien8 Recordings, marzec 2007

Touched (re-recorded) – pierwszy pełnometrażowy powrót do starego materiału. Ujednolicenie całości; zabicie głębi i „przebojowości” „incubation/metamorphosis”. Tym razem najlepiej prezentuje się „flowers of flesh”.



Full-length z Atavist, Invada Records, kwiecień 2007

12012291920 / 1414101 – właściwie ambientowy, dość przyjemny album. Nadja niedostrzegalna, zepchnięta w tło.



Full-lenght + Best of/Compilation, Foreshadow Productions, maj 2007

Corrasion (re-recorded) – potwierdzenie wielkości Corrasion, kompozycyjny majstersztyk i głębokie, pełne brzmienie. Trzy dodane utwory z innych wydawnictw mogą razić albo działać na zasadzie kontrastu: „you are as dust” – „I am as earth”. Punkt zwrotny w karierze zespołu.



Full-length z Fear Falls Burning, Conspiracy Records, maj 2007

Untitled – brak klasycznej Nadji. Cztery powolne, oszczędna, ale wciągające utwory stanowiące zamkniętą całość. Zupełne stopienie obu zespołów, bardzo dobra kolaboracja.



EP, Elevation Records, lipiec 2007

Guilted by the sun – ciężkie, bezpośrednie, duszne utwory; swoista ścieżka dźwiękowa do umierania na pustyni. Główny nacisk położony surowych riffach, a nie na rozbudowywaniu kompozycji.



Full-length, Alien8 Recordings, październik 2007

Radiance of shadows – nieco trashowe brzmienie zespołu. Sięgnięcie po „I have tasted the fire inside your mouth” z niezłym skutkiem. Dobry tytułowy utwór, w którym Aidan gra na gitarze i śpiewa w przerwach między potężnymi ścianami dźwięków. Ostatnie 20 minut – kakofonia, reinterpretacja muzycznych celów Nadja.



Split z 5/5/2000, Accident Prone, 2008

Tümpisa – „spahn”; nic rewolucyjnego; klasyczny 20-minutowy pejzaż flankowany basem; w środku elektronika splatająca się z wysokim brzmieniem gitary.



Full-length, Profound Lore Records, styczeń 2008

Bliss Torn From Emptiness (re-recorded) – absolutna rewelacja i rehabilitacja za pierwotne wcielenie tego materiału. Zespół brzmi mrocznie i nowocześnie, świeżo. Wrażenie dwutorowowego przebiegu muzyki: ambientowy podkład i praca gitar na pierwszym planie.



CDN.



czytaj dalej »