sobota, 30 maja 2009

Wireless



Od wydania ostatniego studyjnego krążka Geira Jenssena minęło sporo czasu, bo ponad 4 lata. Biosphere postanowił nam o sobie przypomnieć, tym razem przy pomocy zapisu koncertu, który odbył się w październiku 2007 roku w bristolskim centrum sztuki współczesnej Arnolfini z okazji 25-lecia wytwórni Touch.

Krążek ukazał się już kilka dni temu, bo 25 maja, a rejestracją całego materiału zajął się jeden z najbardziej cenionych realizatorów, Chris Watson znany Cabaret Voltaire. Gwoli przypomnienia, Biosphere wystąpi niedługo w Polsce na zbliżającym się festiwalu Unsound, który odbędzie się w Krakowie.

1. Pneuma
2. Shenzou
3. Birds Fly By Flapping Their Wings
4. Kobresia
5. When I Leave
6. Warmed By The Drift
7. The Things I Tell You
8. Moistened and Dried
9. Sherbrooke
10. Calais Ferryport
11. Pneuma II

czytaj dalej »

piątek, 29 maja 2009

Idmen



Po 5 latach przerwy, wreszcie dostajemy to na co czekaliśmy, "Idmen", bo taki tytuł będzie nosił nowy album Indukti, jest w pełni zwarty i gotowy do akcji! Krążek trafi na sklepowe półki 24 czerwca, tym razem za pośrednictwem niemieckiej InsideOut Music.

idmen gar toi panth' hos' eni Troie^i eureie^i
Argeioi Trôes te theôn iote^ti moge^san,
idmen d', hossa gene^tai epi chthoni pouluboteire^i

Wiemy, co niegdyś Grecy, Trojanie doznali
Nieszczęść, z bogów naprawy, na Ilionu polach,
Wiemy o wszystkich ziemskich dolach i niedolach.

Taki o to krótki i sugestywny opis zapowiadający nowy krążek można znaleźć na oficjalnej stronie zespołu. Pozostaje nam się jedynie domyślać co było inspiracją dla muzyków do stworzenia kolejnego albumu.

Warszawiacy dali się bliżej poznać szerszej publiczności za sprawą debiutanckiej płyty zatytułowanej "S.U.S.A.R.", wydanej w 2004 roku. Krążek zrobił niemałe zamieszanie zarówno na krajowej jak i zagranicznej scenie rockowej, a na płycie wystąpił wówczas gościnnie Mariusz Duda znany wszystkim z Riverside. Oczywiście i tym razem nie obyło się bez ciekawych postaci ze świata muzyki. Gościnnie zaśpiewali Nils Frykdahl z Sleepytime Gorilla Museum, Maciej Taff z Rootwater oraz Michael Luginbuehl z zespołu Prisma.

Tracklista:

1. sansara
2. tusan homichi tuvota (voc. N. Frykdahl)
3. sunken bell
4. and who's the God now?!... (voc. M. Taff)
5. indukted
6. aemaet
7. nemesis voices (voc. M.Luginbuehl)
8. ninth wave


czytaj dalej »

Rok 2010 rokiem Róży Zwycięstwa.


Sigur Rós, znana islandzka formacja wykonująca muzykę z pogranicza folku i elektroniki, zapowiada kolejną płytę. Tytuł nowego wydawnictwa nie jest jeszcze znany, choć popularne Sigury zapewniają, że nowego krążka będzie można spodziewać się już w przyszłym roku.


Perkusista formacji, Orri Páll DýRason, zdradził, że po nowej produkcji można będzie spodziewać się penetracji bardziej ambientowych terenów muzycznych, a sama płyta ma być o wiele bardziej wyciszona niż ich ostatnie dziecko - Með suð í eyrum við spilum endalaust. Prace nad nowym materiałem trwają już od kiku tygodni w Islandii w Sundlaugin Studio, które należy do członków formacji.

Zamykająca do tej pory dyskografię Sigur Rós płyta Með suð í eyrum við spilum endalaust, wyszła w czerwcu 2008 roku.

czytaj dalej »

czwartek, 28 maja 2009

Dillinger razem z Season Of Mist


The Dillinger Escape Plan sprecyzował swoje plany wydawnicze. Następca "Ire Works", który swoją premierę miał zimą 2007 roku, ujrzy światło dzienne na początku 2010 roku. Tytuł nadchodzącego albumu jest jeszcze jak dotąd nieznany, ale za to zespół mocno wszystkich zaskoczył ponieważ razem z francuską, niezależną wytwórnią Season Of Mist, powołują do życia własną wytwórnię pod nazwą Phonogetic Records, za pośrednictwem, której będzie wydany nowy album.

Jak tłumaczą sami muzycy: Stało się jasne, że standardy panujące w przemyśle muzycznym zmieniają się z dnia na dzień. W stu procentach wolny od wcześniejszych zobowiązań kontraktowych, Dillinger ma możliwość współpracy z interesującymi partnerami i postępowania zgodnie z etyką, której starał się trzymać przez ponad 10 lat. Podczas Europejskiej trasy koncertowej... miałem przyjemność poznać Michaela Berberiana, dystrybutora i właściciela niezależnej wytwórni Season of Mist. Szybko stało się jasne, że mamy podobne wyobrażenia dotyczące muzyki Dillingera i jej miejsca w podziemiu. Season of Mist zawsze była wiodącą wytwórnią, która trudniła się wydawaniem ekstremalnych i zarazem bardzo interesujących rzeczy jeśli chodzi o muzykę metalową i eksperymentalną. Z niecierpliwością oczekujemy wydania naszego kolejnego krążka we współpracy z Season Of Mist.

Zespół zdradził również kilka szczegółów dotyczących tematów jakie zainspirowały ich do napisania kolejnego krążka.

Na muzykę, którą komponujemy, wpływ mają uczucia, których doświadczam, kiedy słyszę i widzę całe zło tego świata. To straszne rzeczy, która każą mi kwestionować istnienie Boga. To nie jest wygodny temat, świat nie jest wygodnym miejscem, na Boga, w twoim mieście ktoś właśnie gwałci niemowlęta. Dziewczęta sprzedawane są jako niewolnice seksualne, ale większość ludzi siedzących przy komputerze i ściągających muzykę nie chce o tym wiedzieć. Chcą siedzieć na forach dyskusyjnych i grać w piłkę nożną fantasy, kiedy mama robi im kanapki.

Przed wydaniem zapowiadanego dłuograja, zespół wypuści wcześniej minialbum z remixami. Na krążku znajdą się nowe wersje utworów zespołu w interpretacji, między innymi, The Flashbulb, Iggora Cavalery oraz Atticusa Rossa.

czytaj dalej »

Antipop Consortium



Informacja o powrocie APC na scenę obiegła świat już jakiś czas temu, natomiast niedawno zespół udostępnił dwa utwory, które zwiastują nadchodzący album, którego premiera odbędzie się 9 września. Zespół zawiesił działalność w 2002 roku po wydaniu ich najgłośniejszego do tej pory albumu "Arrhythmia" nakładem Warp Records, który przewrócił scenę hip-hopową do góry nogami. Beans, Earl Blaize, High Priest i M. Sayyid zajęli się wówczas karierami solowymi, ale jak widać, znudziło im się granie w pojedynkę i postanowili ponownie popracować w kolektywie, oczywiście ku uciesze wiernych fanów.

Krążek będzie nosił tytuł „Fluorescent Black”, a pierwszego utworu zatytułowanego "Apparently” możemy posłuchać za pośrednictwem portalu Amazon. Dodatkowo na profilu myspace zespołu można wysłuchać drugiego utworu pt. „Volcano"

Zespół podpisał kontrakt z wytwórnią Big Dada, który opiewa, jak na razie, na dwa albumy. Pierwszy z nich to wspominany już i wyczekiwany „Fluorescent Black”. Większość materiału jest już gotowa i, jak podaje Big Dada, zapowiada się godny następca ostatniego autorskiego krążka, a sami muzycy zapowiadają: „Naszym obowiązkiem, jako kreatywnych artystów, jest przeniesienie naszego indywidualnego podejścia na grunt muzyki.”


czytaj dalej »

środa, 27 maja 2009

From Fathoms



Amerykanie z post-rockowego Gifts From Enola nie dają o sobie zapomnieć. Wielkimi krokami zbliża się premiera ich kolejnego krążka. Album zatytułowany "From Fathoms" trafi na sklepowe półki dokładnie 9 czerwca.

Produkcją płyty zajął się Nick Zampiello znany ze współpracy z takimi zespołami jak Converge, Isis, Cave-In czy Caspian. Na profilu myspace zespołu możemy już od jakiegoś czasu wysłuchać utworu "Thawed Horizon" z nadchodzącej płyty. Natomiast na stronie wytwórni The Mylene Sheath, która trzyma pieczę nad młodymi adeptami sceny muzycznej (gwoli przypomnienia, zespół istnieje zaledwie 3 lata), od połowy kwietnia można składać już zamówienia na krążek.

Tracklista prezentuje się w sposób następujący:

1. Benthos
2. Weightless Frame
3. Weightless Thought
4. Trieste
5. Resurface
6. Melted Wings
7. Thawed Horizon
8. Aves

Przypominamy, że dyskografię Gifts From Enola zamyka split z You.May.Die.In.The.Desert pt. "Harmonic Motion Volume I".

czytaj dalej »

wtorek, 26 maja 2009

Echoes Of Yul



Zespół poznałem jakiś czas temu w bardzo miłych i pochlebnych dla naszego forum/bloga okolicznościach. Opolanie zwrócili się z prośbą o recenzję ich debiutanckiego krążka, których już niedługo ukaże się nakładem We Are All Pacinos Records. Ze mną jak z dzieckiem, dwa razy nie trzeba powtarzać, a już tym bardziej jeśli chodzi o wspieranie rodzimej sceny. Z małym, kilku dniowych opóźnieniem wynikającym z braku jakże cennego ostatnio czasu, zabrałem się za przesłuchanie materiału jaki zespół nadesłał.


Powiem jak najbardziej szczerze i od serca, że to co usłyszałem zmiażdżyło mnie momentalnie! Nie wiem, być może gdzieś po piwnicach czy salach prób, chowają się podobne kapele, ale cholernie się cieszę, że Echoes Of Yul wreszcie z niej wyszło! Jak na razie w nurcie wszelakich eksperymentów w jakimś stopniu związanych z muzyką metalową czy też rockową w naszym kraju, szerszej publiczności dały się poznać takie zespoły jak Blindead, Tides From Nebula czy też Ketha, która ostatnio zaliczyła wspólną z trasę z Minsk. Wszystkie te zespoły, pomijając oczywiście to, że grają rewelacyjnie i osobiście jestem dumny, że narodziły się u nas takie twory, eksplorują rejony muzyczne dość dobrze znane nam wszystkim między innymi z bajek o neurotycznych ludziach z Krainy Wiecznego Smutku czy chociażby szwedzkich krasnalach, którzy przygrywali na swych ośmiostrunowych mandolinach w Krainie Wiecznego Mrozu. Nikt jednak nie zainteresował się bliżej dźwiękami, które w dużej mierze na początku lat 90. zapoczątkowali Earth czy ich młodsi bracia, którzy de facto swój zespół powołali jako hołd dla załogi Dylana Carlsona, Sunn O))).

Sami członkowie zespołu określają muzykę którą tworzą mianem drone/doom metalu. Sporo w tym wszystkim charakterystycznego brudu i ciężaru za sprawą ociężałych i nisko nastrojonych gitar, niekiedy mocno sprzęgających i wprawiających w trans. Jakby tego było mało, chłopaki inwestują we wszelakiej maści elektronikę, między innymi przepuszczone przez syntezator, „schowane” wokalizy, lekko przywodzące na myśli zabiegi Electric Wizard, których pomimo tego, że jest nie wiele, stanowią ważny element całości. Nie brakuje również znacznej dawki gęstego, ambientu oraz różnych szumów, zgrzytów i tym podobnych udziwnień, które generują duszny, klaustrofobiczny, momentami lekko orientalny klimat. W swoich inspiracjach wymieniają wspomniany już wyżej Earth, a także dodatkowo Melvins i Om, co jak najbardziej słychać. Wspominałem wyżej o Sunn O))) jednak pomimo wspólnej szufladki Echoes Of Yul grają muzykę z goła inną, o wiele bardziej przystępniejszą.

Zmajstrowali sporo materiału, bo aż 12 utworów, z czego ostatni trwa blisko 12 minut, co łącznie dało ponad godzinę muzyki. Jak na debiut to całkiem pokaźna ilość i moim zdaniem dobrze, bo nie ma co się rozdrabniać na EPki i demówki, tylko od razu uderzyć z większym materiałem! Dodam tylko, że zespół ma już przygotowane dwa numery na kolejny krążek, natomiast w lipcu powinien ukazać się split z wrocławskim Guantanamo Party Program.

Gwoli podsumowania. Do tej pory nie słyszałem o podobnym zespole na naszym narodowym poletku muzycznym. Miejmy nadzieję, że dzięki sukcesowi Echoes Of Yul, a takowy bez wątpienia wkrótce nastąpi, zrodzi się więcej kapel, które będą chciały brnąć w te eksperymentalne i nie do końca jeszcze odkryte i rejony.



czytaj dalej »

niedziela, 24 maja 2009

Nowy album Minsk już wkrótce.


Już wkrótce ukaże się trzeci album grupy Minsk, jednego z najbardziej obecnie znanych przedstawicieli muzyki post metalowej.

Ich najnowsze dzieło pt. "With Echoes In The Movement Of Stone" ukaże się już 26 maja w Stanach Zjednoczonych, a 1 czerwca na całym świecie nakładem wytwórni Relapse Records. Dwa nowe utwory pt. "Three Moons" oraz "Means To An End" mogliśmy wysłuchać już od dawna za pośrednictwem profilu myspace zespołu.

Tracklista prezentuje się następująco:

1. Three Moons 06:07
2. The Shore of Transcendence 09:59
3. Almitra's Premonition 10:06
4. Means to An End 05:59
5. Crescent Mirror 08:57
6. Pisgah 04:06
7. Consumed By Horizons of Fire 06:31
8. Requiem: From Substance to Silence 11:18

Jednak to nie wszystko - dzięki uprzejmości wytwórni Relapse Records całego wydawnictwa możemy posłuchać już teraz udając się na stronę http://echoesinthemovementofstone.info/ lub na profil last.fm grupy, skąd album możemy streamować za darmo.

Ostatni krążek zespołu pt. "The Ritual Fires Of Abandonment" spotkał się z olbrzymim wyrazem uznania zarówno od krytyków, jak i słuchaczy. Przypomnijmy tylko, że zespół wystąpił jako gwiazda festiwalu Asymetry Festival 17 kwietnia we Wrocławskim klubie Firlej oraz wydał ostatnio split z Unearthly Trance, na którym oba zespoły zaprezentowały własne wersje utworów Roky'ego Ericksona.

czytaj dalej »

sobota, 23 maja 2009

...au revoir, enculé



Projekt znanego mniej lub bardziej założyciela zespołu Afghan Whigs. Projekt, co trzeba zaznaczyć już na samym początku, genialny. Po prostu. Na swoim koncie Greg Dulli z zespołem mają już trzy pełne autorskie LPki, album z coverami oraz EPkę. O ile albumy takie jak Blackberry Belle i (ten coverowy) She Loves You są mimo wszystko bardzo dobre, tak to, co Mistrz Dulli zaprezentował na debiucie z 2000 roku pt. Twilight as played by the Twilight Singers przechodzi jakiekolwiek pojęcie.

Album przez duże A. Nie czuję się osobą odpowiednią do pisania o tym Dziele, gdyż jestem wciąż (od kilku lat) absolutnie zauroczony tą Płytą. Jednak na pewno mogę napisać, iż Twilight uznaję osobiście za mój ulubiony album. I naprawdę od długiego czasu nic, absolutnie nic nie potrafi się w moim mniemaniu zbliżyć do magii tej Płyty.

Krótko powiem, iż jest to zwyczajnie idealne połączenie tego, co osobiście w muzyce szukam, uwielbiam i co sprawia mi największą przyjemność. Otóż jest rockowo jak najbardziej. Jest "czarno" - to Dulli, soulowe klimaty nie są mu obce, zwłaszcza w połączeniu z muzyką rockową. Czy jest art-rockowo czy jak kto woli - progresywnie? Może i jest. Na pewno jest! Jest trip-hopowo, są smaczki elektroniczne, loopy, sample... To akurat zasługa Fila Brasilia, dzięki którym ta płyta brzmi zupełnie inaczej, niż następne. Po prostu potęga. Te blisko 47 minut to absolutnie najspójniejsza, najpełniejsza kompilacja tego, co muzycznie mnie najnormalniej miażdży. Te melodie, te kompozycje, ideał. A wokalnie? To album "nocny" - dosłownie i w przenośni, gdyż dominują tematy damsko-męskie. Wieść gminna głosi, iż babe Dulliego powoduje natychmiastowy orgazm u zdecydowanej większości kobiet ; ).

Twilight as played by the Twilight Singers to muzyczny monolit. Spełnienie moich marzeń. Płyta, której mógłbym bez znużenia słuchać dniami i nocami bez przerwy. Płyta, przy której nie czuję nawet cienia znudzenia nawet po tych latach słuchania. Płyta, do której ciągle wracam, której ciągle chce słuchać, której nigdy nie mam dosyć. Album wszech-czasów. Polecam każdemu!




czytaj dalej »

piątek, 22 maja 2009

Ki według Projektu Devina Townsenda


Już 25 maja, światło dzienne ma ujrzeć najnowsze dziecko projektu, któremu przewodzi Devin Townsend. Płyta ma nosić tytuł Ki, zaś sama będzie stanowić część składową tetralogii produkcji, które mają pojawiać się do końca 2009 roku.

Znane są już tytuły dwóch następnych LP-ów, które mają zostać wydane pod szyldem Devin Townsend Project: pierwsza po Ki pojawi się płyta Addicted, potem nastanie kolej Deconstruction Of A Cheeseburger. W planach podobno jest również album utrzymany w klimacie ambientu, sam tytuł natomiast nie został jeszcze ujawniony.

Charakterystyczną cechą nowego przedsięwzięcia, znanego zarówno z wielu solowych dokonań jak i zespołu Strapping Young Lad, kanadyjskiego artysty, będą liczni goście, których zainteresowania muzyczne mają nakreślać całokształt dźwiękowego charakteru kolejnych płyt. Według doniesień oficjalnej strony Devina Townsenda, na Ki będzie można usłyszeć m.in. Durisa Maxwella (znanego przede wszystkim z Heart czy Jefferson Airplane), który tradycyjnie zasiądzie za zestawem perkusyjnym.

Tracklista:

1. A Monday 1:42
2. Coast 4:35
3. Disruptr 5:49
4. Gato 5:23
5. Terminal 6:58
6. Heaven Send 8:54
7. Ain't Never Gonna Win...3:17
8. Winter 4:47
9. Trainfire 5:58
10. Lady Helen 6:05
11. Ki 7:20
12. Quiet Riot 3:02
13. Demon League 2:54

czytaj dalej »

Nowe Massive Attack



Wielkimi krokami zbliża się zapowiadany od dłuższego czasu kolejny krążek brytyjskiej formacji Massive Atttack.

Album funkcjonował pod roboczym tytułem "Weather Underground", jednak zespół jakiś czas temu zaprzeczył jakoby płyta miała nosić taki tytuł. Krążek prawdopodobnie ukaże się w październiku, tak przynajmniej wynika z ostatniego oświadczenia zespołu, natomiast od września zespół wyrusza w trasę koncertową, która obejmie około 150 koncertów.

Wszystko było dobrze, gdyby nie fakt, że album miał się ukazać na jesieni, ale poprzedniego roku. Nadal niewyjaśnione pozostają okoliczności tak długiego opóźnienia, które zespół zafundował swoim fanom, jednocześnie wcześniej zapewniał, że "Massive Attack ma już dość materiału by wydać dwie płyty na przestrzeni dwunastu miesięcy"

Miejmy nadzieję, że to już ostateczne stanowisko zespołu i w październiku bieżącego roku posłuchamy wreszcie kolejnego, piątek już krążka Massive Attack. Przypominamy, że dyskografię zespołu zamyka album pt. "100th Window" z 2003 roku.

czytaj dalej »

czwartek, 21 maja 2009

Mexico


Jeśli album duetu Eric Truffaz i Murcof, byłby naszym jedynym wyobrażeniem o Meksyku, to zamiast słońca i bogatej flory, widzielibyśmy szare i puste uliczki miasta i czasem pojawiających się na nich zabłąkanych ludzi.

Album „Mexico” jest częścią tryptyku muzycznego „Rendez-Vous” którego głównym twórcą jest jazzowy trębacz - Eric Truffaz. Eric zainspirowany swoimi podróżami, postanowił nakreślić, muzyczny obraz kilku zakątków świata.

Sama praca nad „ Mexico” przebiegała bardzo spontanicznie. Co słychać zresztą, na albumie każdy dźwięk jest niewymuszony, płynący z silnej potrzeby wydobycia jego na światło dzienne.

Truffaz zaprosił do współpracy Murcof'a, meksykańskiego twórcę muzyki elektronicznej/ ambientu, silnie zainspirowanego muzyką klasyczną. Przez pewien czas panowie wymieniali się za pomocą internetu swoimi nagraniami, by w końcu spotkać się w Paryżu i w cztery dni dopracować materiał, który stworzyli. Tak właśnie powstało świetne połączenie jazzu i spokojnej, trochę minimalistycznej elektroniki.

Rzadko kiedy okładka płyty, tak dobrze oddaje jej charakter. Mamy dwie wyglądające na zagubione dziewczynki. Dalej ciężarówka i zabytkowy budynek. Dużo przestrzeni... Bo i podobnie prezentuje się ten krótki album od strony muzycznej. Szybciej jest tylko w pewnej części utworu „Good News From The Desert”.

Właściwie „Mexico”; moglibyśmy podzielić na muzyczne ilustracje: miasto o poranku - „Al Mediodia”; popołudnie, wtedy nagle przez chwilę robi się tłoczno („Good News From The Desert”) i noc, spędzoną samotnie w jakiejś miłej knajpce („Avant L'Aube”).
Jedyną wadą tej płyty jest jej długość... Jest zdecydowanie za krótka. Pomysły zawarte w tych trzech utworach, aż się proszę o rozbudowanie w jakiejś większej całości. Jednak może lepszy jest niedosyt, niż przesyt.

Za każdym razem kiedy odpalam „Mexico” odpływam... Elektronika Murcofa i dźwięk trąbki Truffaza, mają w sobie coś zagadkowego, tajemniczego.

Spokojnie mogę powiedzieć że ten album jest jednym z najlepszych albumów, jakie pojawiły się w ubiegłym roku.

czytaj dalej »

3 Seconds Of Air



3 SECONDS OF AIR to nowy projekt Dirka Serriesa, Belga znanego m.in z Fear Falls Burning i współpracy ze Steven Wilsonem (Continuum), oraz Paula van den Berga, nad którym panowie pracowali niemal dekadę. Warto również wspomnieć o udziale basistki Martiny Verhoeven. „The Flight of Song” – bo taki nosi tytuł ich debiutancki album – został niedawno ukończony i wydany będzie zarówno na winylu jak i na CD. Na winylowej edycji „The Flight of Song” tytułowy utwór (na stronie b) został “zrekonstruowany” właśnie przez Wilsona, który podpisał się pod nim szyldem Bass Communion.

Krążek można już zamawiać za pośrednictwem ToneFloat. Warto jednak zwiększyć trochę obroty ponieważ dostępnych jest tylko 400 kopii na czarnym winylu oraz zaledwie 100 kopii na zwykłym krążku.

Tracklista prezentuje się następująco:

1. Dead poets sing the sunless land (20.03)
2. The heart disintegrates wearing disposable masks of angels (22.44)
3. Warping night air having brought the boom (18.19)
4. Ghosts stream the harmony of delight (13.19)

Wersja winylowa składa się z dwóch utworów:

1. In the flowerless fields of the damned (18.54)
2. The flight of song (Bass Communion) (22.12)

czytaj dalej »

środa, 20 maja 2009

Jakoś tak na sercu ciężko



Jeśli oglądaliście kiedyś filmy Akiego Kaurismäkiego, nazywanego fińskim Jimem Jarmuschem, z pewnością kojarzycie ten rodzaj klimatu, który kreował: chłodny, pełen dziwnej samotności, na poły absurdalnej i groteskowej. Finlandia jawi się tam jako kraj niewesołych milczków, poruszających się po swym życiu jak we mgle. Ciężko przychodzi im wybrać, przerwać stagnację zawodowo - uczuciową. Otacza ich szarość, chmury walą się im na głowę, a w zimnym powietrzu ciągle czuć zapach nadchodzącej burzy.

Kiedy obejrzałem „Światła o zmierzchu” poczułem rodzaj niepokoju, który ciężko by wyrazić w słowach. Niby obecny, ale jakiś daleki. Taka jest też muzyka projektu Heroin and Your Veins, tworzonego właśnie przez Fina. Jego drugi długograj, "Nausea", sytuuje się gdzieś na styku stylistyki noir, muzyki Ennio Morricone ze spaghetti westernów, doom jazzu spod znaku Bohren & der Club of Gore i post rocka.

Nie wiemy, czy to poranek, czy też wieczór. Ulice są mgliste i puste. W uszach skrzeczy saksofon, podkreślony zawodzącymi klawiszami i powolną perkusją - „Murder Theme”. Do tego jeszcze ciężkie uderzenia palcami o struny basu: mamy trzon tej płyty. Muzyk podąża według podobnych schematów, a my krążymy po mieście w otępieniu, razem z halucynogennym „A Hallucination”. To jakiś zwid, to jakieś alkoholowe delirium. Chciałoby się wyjść z tego labiryntu. Niepokój narasta, a kropla potu spływa pod kołnierzem. Nagle czujemy chęć, żeby przyspieszyć, żeby gdzieś dobiec; a gdy odwracamy głowę, widzimy odzianego w gruby płaszcz typa spod ciemnej gwiazdy. „The Chase”. Trzeba się wyrwać. Biec, przeciąć gęstą kotarę ciszy.

Trzeba uciec z tego snu.

Choćby do kanałów - z „The Gutter”. Choćby tam... może przeczekamy na dzień.

czytaj dalej »

Metalowa Supergrupa



CHARRED WALLS OF THE DAMNED to nazwa nowego projektu Richarda Christy, perkusisty takich zespołów jak Death, Control Denied czy Iced Earth. Zespół właśnie podpisał kontrakt z Metal Blade, z czego sam Christy jest bardzo zadowolony. Pozostali członkowie grupy to Steve diGiorgio - basista chociażby Death, Testament czy Sadus, wokalista Tim "Ripper" Owens znany najbardziej z funkcji gardłowego w Judas Priest oraz producent Jason Suecof, znany bardziej ze swoich umiejętności producenckich m.in. w Chimaira czy Trivium. On też zajmie się produkcją tego wydawnictwa. Szykuje się kawał technicznego, mocnego, metalowego uderzenia. Prawdopodobnie już na jesieni!

źródło: www.blabbermouth.net

czytaj dalej »

Kobieta, Flet i Doom Metal



Z czym Wam się kojarzy Kanada? Syrop klonowy? Ottawa Senators? South Park? Pamela Anderson? No właśnie. A muzycznie? Zapewne Rush i Devin Townsend. Ja więcej grzechów nie pamiętam (no, może Nickelback). W każdym razie kanadyjczykom doszedł kolejny powód do dumy, obok wyżej wymienionych. Mowa o składzie Blood Ceremony, doomowej kapeli powstałej w 2006 roku. Po kilku falstartach, koncertach w klubach w rodzinnym Toronto i po występie na CMJ Festival w Nowym Jorku w 2007 roku, zainteresował się zespołem Lee Dorian z Rise Above Records i z miejsca podpisał z nimi kontrakt.

Album ukazał się we wrześniu roku 2008, więc ma już lekki zarost. I żałuję z całego serca, że nie poznałem go od razu po premierze, a dopiero teraz. Cóż, Rise Above nie jest aż taki znowu Major Label, co nie? Może zawiodła promocja, może zawiodłem ja, bo nie śledziłem wydawnictw z RA. Nie istotne. Jestem po dwunastu odsłuchaniach albumu, więc mogę się wypowiedzieć.

Pierwsze co przychodzi na myśl w trakcie słuchania tracku otwierającego (mniejsza o tytuł Master of Confusion), to nazwa pewnej kapeli z Birmingham, z lat `70. Kojarzycie Black Sabbath? Właśnie ta. Riff już od pierwszych sekund ocieka mrokiem, jakby był grany palcami samego mistrza Iommi. Ale to nic. Za chwilę, pod ten cudownie staro brzmiący riff, dostajemy nic innego jak flet poprzeczny. Kawałek nabiera wielkiej mocy i podniosłości. Ale to też nic. Wchodzą hammondy obsługiwane przez Panią Alię O`Brien. Teraz już brzmi to jak połączenie Sabbs, Tull i Purple. No i zaczyna się śpiew..KOBIECY! Tak panie i panowie, w każdym z dziewięciu tracków na płycie śpiewa właśnie Alia. Przy tym, gra jeszcze na hammondach i wszechobecnym flecie.
Wielu uzna flet i kobietę przy mikrofonie za profanację, bo to ma być doom! Szatan, niskie zawodzenia, epickość i cała ta reszta. Ale ja – przyznam szczerze – też uważałem podobnie. Flet poprzeczny nie leżał mi nigdy w rocku, a tu nagle ma się pojawić w najcięższej z odmian metalu. I ileż bym stracił, gdybym nie dał szansy Blood Ceremony.

Album pełen jest odniesień do działalności Sabbs, nie tylko w riffach, ale również w brzmieniu albumu. Wyprodukował go Billy Anderson znany ze współpracy z m.in. Orange Goblin, Neurosis czy Fantomas. Więc komentarz zbędny. Album pomimo, że brzmi jak z lat `70, nie cuchnie formaliną, jak na przykład Witchcraft. Billy uchwycił ducha Sabbs, ale wpuścił też trochę świeżego powietrza, żeby przyjemniej się tego słuchało. Świetnie mu się ten zabieg udał. Mi ten album przelatuje jednym tchem, pomimo że trwa prawie 50 minut. Świetny na ciemne wieczory przy świecach. Jeśli współczesne czarownice też organizują szabaty, to mają Ipody z Blood Ceremony.

Pojawiły się głosy że to wszystko było 40 lat temu. No i? Venom też był 30 lat temu, a ciągle dostajemy świetne albumy death czy black metalowe. Dlaczego podobnie nie może być z doomem? Bo sięgają jeszcze dalej? Debiutancki album Blood Ceremony to dla mnie świetne wydawnictwo, które przywraca mi wiarę w Republikę. Bardzo klimatyczne granie, z ciekawymi tekstami i - co dobre - nie jest piekelnie ciężkie.

A jednym zdaniem? Gdybym dostał ten album jeszcze w roku 2008, to mój ranking 10 Najlepszych Płyt Roku, wyglądałby nieco inaczej...

czytaj dalej »

poniedziałek, 18 maja 2009

Ineffable



Coś jest nie tak. Stoisz na stacji metra, nerwowo zerkając na zegarek. 23.32. Peron emanuje chłodem, a w pobliżu nie ma nikogo, po prostu nikogo: coś jest nie tak. Odmierzasz kroki, raz, dwa, trzy, cztery... i nagle rzeczywistość się urywa, obraz ulega rozmazaniu. Przeskok, jakby wessało Cię w wir, jakby klatki na filmie wzięły rozbieg.
Dźwięk ulega licznym przeobrażeniom: czujesz metaliczne drżenie, czujesz motywy wirujące jak płatki śniegu, zapętlającą się mantrę. Zaraz potem masz wrażenie, jakby pod ciśnieniem pękało szkło – kawałki szyby rozbryzgują się na ziemię. A potem znów cofają się na miejsce. Ktoś naciska przycisk „reverse”.
O parę kroków za daleko. Przestrzeń wibruje, wypełniając się dźwiękowymi drzazgami.

Wtedy bohater zorientował się, że jest w „Inscape”. W środku syntetycznego pejzażu dźwiękowego, na którego mapie znajdują się dubstep, IDM, ambient i glitch. Pan tej rozgrywki, Programujący, jej Demiurg, przetasowuje karty. Stoi nad stołem mikserskim, a jego dłoń wyczarowuje kolejne oddychające dźwięki. Metaliczny beat w „Ultraflux”, chwila oddechu w „Microcosmos”, chropowata tkanka „Chivalry” i kosmiczny pływ „The Warmth”. Demiurgiem jest Robert Logan, lat 21, Brytyjczyk węgierskiego pochodzenia.

Gdy ostatnio budował dźwiękowe konstrukty na debiutanckim „Cognessence” zapowiadał się jako ambitny Podróżnik. „Inscape” pokazuje, że ów podróżnik jest na dobrej drodze do Hadesu – ścieżki są kręte i niepokojące, a echo niedopowiedziane. Coś czai się dookoła. Bohater, nasz Bezimienny, widzi siebie z dalekiej perspektywy, albo z lotu ptaka: przyszło mu zrozumieć, że śnimy zawsze samotnie.

czytaj dalej »

Chaos kontrolowany



Otwieram opakowanie płyty oprawionej okładką przedstawiającą parę ludzi pierwotnych. Niepewnie wciskam "play" w odtwarzaczu. Daję porwać się w toń muzyki.
Przenikający do szpiku kości chłód, wymieszany z neurotycznym, znerwicowanym i zmanieryzowanym wokalem. Wszystko to okraszone ścianą gitar, które tylko pozorują swój ciężar. W tle słychać mocno "stąpającą po ziemi" perkusję, która na chwilę nie daje odpocząć zmęczonemu rytmowi.

The Ruiner, bo to o tym albumie piszę, to najnowsze dziecko brooklyńskiego kwartetu (J. Christmas, M.Engan, E.Cooper, B ."Bunny" Tobin), które ustawiło się dokładnie po środku granicy między sludge'owym transem gitar a noisowym chaosem budowy piosenek i wokaliz. Mowa tu o Made Out Of Babies, czyli dość młodej formacji, od której debiutu minęły zaledwie trzy lata. Trzy krótkie lata, które przyniosły światu kolejną, po Jarboe, wokalistkę-genialną, wokalistkę, która bawi się głosem i potrafi nim wywołać skrajne emocje u odbiorcy.

Ale po kolei.

Kawałek Cooker, który otwiera The Ruiner, stanowi swoistą preambułę do całokształtu płyty. Pierwsze sekundy porażają słuchacza zmasowaną falą przesterowanego wokalu Julie Christmas, chaosem gitar, bębnów - tak wielkie natężenie misz-maszu instrumentów i elektroniki może wywołać chore zaciekawienie lub zniechęcić od razu. Jednak po tych paru sekundach, rozchwiana kompozycja zmienia się diametralnie w uporządkowaną, zahaczającą nawet gdzieś o melodyjne rejony - nie tracąc przy tym nerwowego (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) klimatu. Za nic w świecie nie chce się uciekać by ratować swoje życie, jak to wykrzykuje w refrenie wokalistka.

Wspomniany wyżej utwór, jest zdecydowanie najmocniejszym punktem całej płyty. Jak już wcześniej napomknąłem, zawiera w sobie wszystkie elementy charakterystyczne dla Made Out Of Babies; Julie Christmas wydaje się pokazywać w nim swoje wokalne atuty z każdej strony. Pozostałe piosenki można określić mianem rozbitych czynników pierwszych Cooker'a. Płyta składa się w przepełnioną emocjami całość, której potencjał zabija się słuchając wyrywko poszczególnych utworów.

O kompozycjach na The Ruiner można pisać w nieskończoność, każde zanurzenie się w tę muzyczną warstwę niesie ze sobą kolejne muzyczne odkrycie, tu słychać dzwoneczek w perkusji, tam zapulsuje bas, znowu z drugiej strony słuchacz może doszukać się ciekawych przesterów w gitarach. Mała rzecz, a cieszy.
Warto jednak po raz kolejny skupić uwagę na zdecydowanie najbardziej interesującym "instrumencie" materializującym się na płycie - tak, w tym miejscu znów w roli głównej pojawia się Julie Christmas. Pośród głosów krytyków, można dosłyszeć częste porównania wyżej wymienionej do Björk. I faktycznie, wokalistka Made Out Of Babies potrafi swoim cukierkowym głosem wręcz zalać odbiorcę, wprowadzając w swoisty trans, raz szepcąc raz melodyjnie nucąc kolejne frazy tekstu piosenki (vide Invisible Ink). I w tym momencie kończą się wokalne podobieństwa do islandzkiej wokalistki - pani Christmas bowiem potrafi w dość zdecydowany sposób wybudzić z melancholijnego nastroju potężnym krzykiem, który bez większego problemu wywołuje marsz mrówek przez cały kręgosłup. I nie jest to tępy wrzask, a świetnie wyważony sposób na urozmaicenie całokształtu kompozycji. Krótko - brutalizacja kontrolowana.

Podsumowując - The Ruiner to płyta dojrzała; śmiało można pokusić się o stwierdzenie, że zespół dorósł muzycznie. Zupełny chaos, czyli to, co mogło podobać się w poprzedniczkach najmłodszego wydawnictwa Made Out Of Babies, na najnowszej płycie ucywilizował się. Można powiedzieć, że Trophy i Coward miażdżyło dźwiękiem niczym maczugą. The Ruiner zabija natomiast z precyzją snajperskiej kuli.
Fenomen zespołu polega natomiast na tym, że grupa osiągnęła tę, niewątpliwie trudną, sztukę w krótkim okresie trzech lat. Płyty słucha się z niesamowitą przyjemnością, a gdy ta dobiegnie końca, aż chce się ją odtworzyć jeszcze raz.

Mając czyste sumienie i muzyczne świętości w nienaruszonym stanie - polecam.

czytaj dalej »

niedziela, 17 maja 2009

Jak być kosmitą



Czy ilość uczuć zleży od czasu w jakim je wypowiadamy? Czy ilość piękna zależy od epickości dzieła? Duet z Boards of Canada udowadnia nam swoim mini albumem - „In a Beautiful Place Out in the Country”; że czas nie gra roli. W niespełna 25 minutowym albumie przekazuje więcej piękna i emocji, niż wielu innych muzyków na ponad godzinnych płytach.

Jest taki film, zupełnie afabularny, jego reżyser - Godfrey Reggio, przez sześć lat skrupulatnie obserwował z kamerą życie w różnych zakątkach naszej planety. Dzieło to nazywa się „Koyaanisqatsi”. W filmie twórca szuka na ziemi specyficznego piękna – płynące światło po skałach, zderzające się chmury, wyglądające jak prześwietlone wodospady, rytmy bruzd ziemi, czy też rytmiczne piękno znajdujące się w oknach wielkich budynków. Ludzie natomiast, jawią się jako absurdalne istoty, biegające z jednego miejsca w drugie. Bez celu. Prawdopodobnie, już do końca życia nie zatrzymają się w tym biegu, by choć chwilę przyjrzeć się otaczającemu nas światu. Koyaanisqatsi – życie bez ładu/ życie zamierające. Oglądając film, mamy wrażenie jakby to jakaś obca cywilizacja, z daleka przyglądała się naszemu światu dostrzegając tego czego my nie widzimy.

Kiedy obejrzałem po raz pierwszy ten film, wywołał u mnie skojarzenia z muzyką szkockiego duetu. Ich muzyka jest podobnie odległa, obserwacyjna. Jednocześnie jest dla mnie takim muzycznym poszukiwanie pięknych obszarów, których na co dzień nie dostrzegamy. Tak jakby muzycy wyłączyli się z tego cywilizacyjnego biegu, by przyjrzeć się/wsłuchać się w świat, a swoje obserwacje postanowili zamienić w dźwięki.

„In a Beautiful Place Out in the Country” jest wzruszające, senne, pozwalające nam „odpłynąć”. Jednak by zapoznać się z tym krótkim dziełem, trzeba skupienia i chęci wejścia w świat szkockiego duetu.

Nie bez powodu porównuję film do muzyki Boards of Canada. Muzycy nie ukrywają swojej fascynacji filmem, szczególnie tym dokumentalnym. Nazwa duetu wzięła się z wytwórni filmów dokumentalnych - National Film Board of Canada.

W muzyce Boards of Canada, każdy słyszy co innego – jedni ambient, a inni IDM, psychodeliczną elektronikę, czy nawet trip-hop. Jednak muzycy ripostują: „Uwielbiamy dźwięki, które wydają się być zupełnie poza kontrolą” czy „Podczas pisania muzyki zakładamy, że jej przyszły odbiorca jest najbardziej inteligentnym człowiekiem, jakiego można sobie wyobrazić".

Ta EPka nadaje się na każdy czas i okres – można jej słuchać o poranku, w nocy, wtedy kiedy masz doła, albo wtedy kiedy właśnie osiągnąłeś coś bardzo ważnego i wartościowego.

Pisząc o tym albumie zastanawiałem się czy na pewno ten tekst będzie recenzją. A może właśnie tworzę nowy gatunek publicystyki – recenzję bezkrytyczną. Bo „In a Beautiful Place Out in the Country” stało się jednym z moich ukochanych albumów z szeroko pojętej elektroniki. I nawet nie próbuję być obiektywnym. Dla mnie bomba, strzał dziesiątkę. Czyste piękno. A wy, jeśli jeszcze nie znacie albumu – wsłuchajcie się i najlepiej obejrzyjcie również „Koyaanisqatsi”!

czytaj dalej »

sobota, 16 maja 2009

Z Ziemi na Księżyc



Główną inspiracją Jenssena do stworzenia tego albumu było stare słuchowisko radiowe z lat 60’, poświęcone powieści Juliusza Verne’a zatytułowanej „De la Terre à la Lune”. W Polsce książka ukazała się pod tytułem „Z Ziemi na Księżyc”. Klimat audycji tak mocno zainspirował Norwega, że po ukończeniu utworu pisanego na potrzeby "Le Festival de Radio France" odbywającego się w Montpellier, do którego z resztą został zachęcony przez francuskie radio i to właśnie dzięki nim zyskał dostęp do olbrzymiego archiwum, w którym znalazł inspirację, postanowił wydać album...


Ambient nie jest muzyką, która trafia do słuchacza za pierwszym razem, wymaga sporo czasu, niekiedy poświęcenia i maksymalnego skupienia, żeby odnaleźć się w tym oceanie pozornej „ciszy”, która roztacza się dookoła nas i zalewa falami. Mówię pozornej, bo niekiedy za sprawą kilku rozmytych, plamistych dźwięków i garstki szumów, można wykreować odrealnioną, fascynującą rzeczywistość, która potrafi zahipnotyzować na bardzo długi czas.

Bezwątpienia takim albumem jest „Autour de la lune”, hipnotyczny, transowy, ciężko strawny, choć nie brakuje delikatniejszych momentów w postaci najkrótszego na płycie i niekiedy ledwie słyszalnego "Disparu". Biosphere zaprezentował tu bardzo minimalistyczną muzykę rozciągniętą niekiedy do granic możliwości. Krążek porównywany jest do "Time Machines" Coil i zgadzam się z tym, idee ukryte pod tymi minimalistycznym dźwiękami znacznie się różnią, natomiast podejście do tworzenia muzyki jest bardzo podobne. Niskotonowe, powtarzane z narkotycznym uporem motywy wręcz hipnotyzują, a wyobraźnia sama rozsiewa setki wizualizacji i groteskowych scen („Translation”).

Nie macie wrażenia, że wsiadacie na prom kosmiczny i przedzieracie się przez kolejne piętra chmur? Uporczywy, głośny i świdrujący dźwięk w „Rotation” przypomina nieco szum silnika Waszego wahadłowca, a zalewająca nas soczysta plama niepokojącego dźwięku zdaje się wydawać czarną przestrzenią kosmiczną, która od początku była naszym celem. Skojarzenie jak najbardziej na miejscu, bowiem wszystkie tytuły utworów zawartych na płycie dotyczą ruchów rakiety jakie wykonuje ona podczas okrążania Księżyca i jej powrót na powierzchnię Ziemi, końcówka utworu otwierającego pokrywa się dźwiękami zawartymi w zamykającym krążek "Tombant". Przyznam, że pomysł na album genialny i do rodzaju muzyki dopasowany ze szwajcarską dokładnością. Widać, że jedną z głównych inspiracji Biosphere na pewno jest przestrzeń kosmiczna, której w jego muzyce z pewnością nie brakuje, „Dropsonde” również bazuje na nieco kosmicznej otoczce, gdyż opowiada, a raczej maluje proces zrzucania sondy badawczej celem zbierania informacji.

Nie ma co liczyć na kolejną porcję mroźnego i arktycznego ambientu, do którego przyzwyczaił Gier Jenseen za sprawą poprzednich albumów takich jak między innymi genialna „Substrata”. Biosphere lubi zabawy z dźwiękiem, klimatem, wszelakie eksperymenty. Na wspomnianej „Substracie” doświadczyliśmy nawet wkomponowanych w całość monologów wygłaszanych w języku rosyjskim (?), na „Dropsonde” znalazła się nawet żywa perkusja, natomiast „Autour de la lune” to wszechobecny minimalizm, który swoją prostotą potrafi zahipnotyzować i oderwać od realnego świata.

czytaj dalej »

Aura



Ostatnimi czasy sporo się dzieje w dość popularnym nurcie post-rocka czy post-metalu, który zyskał już pokaźne grono fanów, a bez wątpienia nie brakuje ich również w naszym kraju. Liczne koncerty Tides From Nebula pokazały się, że zapotrzebowanie na taką nutę jest i to nie małe. I jeśli już jesteśmy przy temacie koncertów, powiem, że jestem naprawdę pod dużym wrażeniem ilości koncertów jakie TFN zagrali w tak niedługim czasie, muszą mieć genialnego i bardzo sprawnego managera, który skacze przy nich ile sił mu tylko starczy. Nie brakowało również występów obok wielu ciekawych zagranicznych zespołów, między innymi Pure Reason Revolution, pg.lost czy zbliżające się koncerty w towarzystwie Caspiana, a nawet i Rosetty. Sporym wyróżnieniem i na pewno kolejną bardzo dobrą okazją do pokazania się szerszej publiczności był także udział w Asymmetry Festival, na którym nie brakowało ciekawych zespołów takich jak między innymi Minsk czy Baroness.


Przyznam się, że nie czekałem na ten krążek z wypiekami na twarzy, chociaż jednak z drugiej strony ciekawiło mnie jak to wszystko wypadnie jako całość, czy się obroni? Pojedyncze numery, które miałem możliwość odsłuchać za pośrednictwem myspace czy nagrania z koncertów, wpadały całkiem nieźle, więc postanowiłem sprawdzić cały album…

„Aura”, bo tak brzmi debiutancki album warszawiaków, brzmi dosyć klasycznie. Sporo tu charakterystycznych dla tego nurtu rozmytych, przestrzennych, niekiedy zapętlonych melodii, ale nie brakuje również ciężaru, który zgrabnie wkomponowany powoduje, że krążek jest wyważony i w miarę urozmaicony, chociaż momentami mogłoby tych gitarowych melodyjek być pół kilo mniej. Chyba zanudziłbym się na śmierć jeśli miałbym słuchać kolejnego albumy, w którym natłok czystych melodii zalewa całą przestrzeń. Moim zdaniem nie o to w tym wszystkim chodzi. Nie brakuje również dawki ambientu, który już na samym początku w otwierającym płytę utworze daje nam o sobie znać i rzucę odważne stwierdzenie, że takich ambientowych zapędów powinno być zdecydowanie więcej.

Powiem szczerze, że znudziły mnie już zespoły, które w sposób bardzo klasyczny i przewidywalny poruszają się w tym nurcie. Czy Tides From Nebula do takowych należy? Mam poważny dylemat, bo z jednej strony „Aura” jest bardzo przyjemnym albumem, niekiedy pomysłowym, ale niestety żadnej rewolucji gatunkowej za jej sprawą nie przeżyjemy, chociaż pewnie nie to było jej celem. Z drugiej strony momentami lekko wieje nudą i schematami. Tides From Nebula stworzyli album, który na naszym podwórku jeszcze nigdy nie ujrzał światła dziennego, bezspornie trzeba zgodzić się z faktem, że jest czymś nowym, lecz jedynie u nas, świat już dawno temu zachwycał się podobnymi rzeczami.

Żeby była jasność, nie przekreślam tego albumu, gorąco go polecam, bo jest na czym zawiesić ucho. Po prostu odrobinę zaczyna nudzić mnie już stricte post-rockowa stylistyka, w której wszyscy zaczynają brzmieć i grać bardzo podobnie, wolę zapuścić się w nieco inne, bardziej eksperymentalne rejony jeśli rozchodzi się o ten nurt, niemniej jednak „Aura” jest albumem bardzo przyzwoitym, którego na pewno nie powinniśmy się wstydzić!

A tak na marginesie. Zawsze przy słuchaniu jakiegoś albumy, który wyszedł w naszym kraju, dodatkowo motywuje i napędza mnie jego pochodzenie oraz powoduje, że patrzę bardziej przychylnym okiem na takie zespoły. Zakup krążka jest wtedy tylko kwestią czasu. To chyba jakaś nowa odmiana patriotyzmu!

czytaj dalej »

wtorek, 12 maja 2009

Walczący z Ciężarówkami




Z muzyką szwedzkiej bandy Truckfighters, zetknąłem się po raz pierwszy parę lat temu, przy okazji premiery debiutanckiego albumu Gravity X. Wtedy właśnie stałem się wielkim fanem ich twórczości i kibicowałem im cały ten czas. Tamten album miał w sobie potężną dawkę energii i tworzył wokół głowy tak gęstą chmurę piachu, że ciężko było to w ogóle przełknąć. Do tej pory sypią mi się gromy na głowę za stwierdzenie, że od czasu Blues for the Red Sun Kyussa, nie pojawił się na rynku tak potężny i dobry stoner/desert rock. Fredo, Paco i Ozo stworzyli album genialny. A czy dobrze jest wydać genialny album debiutancki? Nie. Nie dobrze.

Ale nie będę tu prawił o przeszłości. Pojawił się w tym miesiącu nowy album zespołu – Mania. I chłopaki pomimo zmiany 2/3 składu, (w 2008 odeszli gitarzysta Fredo i perkusista Paco) nadal potrafią dać ognia. Bałem się, że po tak radykalnej zmianie w składzie, dojdzie do kompletnej zmiany stylu gry, ale tak się na szczęście nie stało. Nadal słychać to zfuzzowane brzmienie gitar (w ten konkretny sposób brzmi tylko ta kapela), wokal Ozo ten sam co zawsze, barwny i ekspresyjny. Jeśli pojawia się jakiś czad, to w takiej formie, która kopie i jednocześnie każe machać oboma pośladkami. Jako fan muzyki stonerowej uważam to za zasadę nr 3 dobrej pustynnej nuty. Nie ma tu strasznie dużo melodii, ale przyznać trzeba, że Szwedzi osłuchali się trochę z QotSA. Zagrywki w tracku Monte Gargano brzmią jak z debiutu kapeli Josha Homme`a, ale to przecież tylko plus. Plus quasi-bluesowe zagrywki np. w Monster. Takich smaczków nie było wcześniej. Album jest generalnie dużo spokojniejszy niż dwa poprzednie, ale nie jest to minus. To w końcu trzeci album, więc wypada już nabrać trochę ogłady i wybrać kierunek w którym będzie się podążać.

Z drugiej strony pojawiły się na Mania takie patenty, których po ekipie z Örebro bym się nie spodziewał. Nie trzeba daleko patrzeć. Kawałek Majestic ma 13 minut! Fakt, że kawałki Truckfighters nigdy nie schodziły czasowo poniżej pięciu minut, ale taki kolos? Bomba! I nie jest to 6 minut jakichś sampli i plumkania, a 3 ostatnie minuty muzyki. To jest cały czas ogień, ze świetną solówką i mnóstwem przestrzeni w środku. To jest to, czego było trzeba na poprzednich albumach. Psychodeli, „wprowadzenia” do utworów, więcej kontroli nad muzyką. Uwielbiam spontaniczność i szaleństwo debiutu, ale brakowało wcześniej kogoś/czegoś, kto wiedziałby kiedy zwolnić i kiedy dać miejsce na jakiś smaczek lub zagrywkę bardziej przestrzenną, psychodeliczną.

Dobrze jest być z zespołem od samego początku i widzieć jakie przechodzi zmiany. Z kapeli która po debiucie nie miała nawet myspace czy strony internetowej, przerodziła się w skład który jedzie w trasy z Dozer czy Fu Manchu i ma tysiące fanów, a nawet – co już widać po młodszych kapelach z gatunku – naśladowców.
Album Mania jest nagrany z pełną świadomością tego, co zespół chce robić. I mi taka droga pasuje. Wielu fanom będzie brakować tego ognia z debiutu, innym spodoba się ze względu na psychodeliczne smaczki i spokojniejsze, melodyjne wkrętki. Mania nie jest przełomem w ich karierze, nie jest też jakimś wielkim zaskoczeniem. To kolejny bardzo dobry album bardzo dobrej kapeli. A że brzmi trochę spokojniej niż poprzednie? Uważam to za tak zwaną Kolej Rzeczy.

czytaj dalej »

niedziela, 10 maja 2009

Impulse



Po rewelacyjnej „Autoscopi”, nie mogłem doczekać się kolejnego materiału Gdynian. I wreszcie parę dni temu dane mi było wysłuchać ich kolejnego dziecka, tym razem w postaci mini albumu, tudzież EP jak kto woli, zatytułowanego „Impulse”.


Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym co usłyszałem. Tylko 3 utwory, trochę ponad 30 minut materiału, ale za to ile się dzieje. Poszli ścieżką, która bardzo mi odpowiada i bardzo chciałbym, żeby w takim stylu utrzymany był kolejny krążek.

Po pierwsze. Ogromnie się cieszę, że zainwestowali w nowe pokłady elektroniki, dodało to sporo nowej przestrzeni, której jeszcze nie było w Blindead, klawiszowiec wreszcie rozwinął skrzydła! Fakt, że na poprzednim krążku nie uciekali od elektroniki, była, ale zgrabnie schowana za wszystkimi instrumentami, stanowiła momentami tylko dodatek do całości, a tym razem przybrała nieco inny kształt, nabrała znaczenia i to nie małego. Wcześniej próżno było szukać tak odważnych ambientowych wojaży jakie zespół zaprezentował w utworze „Between”. Spore wrażenie zrobił na mnie też stopniowo zanikający puls w wyciszeniu tytułowego kawałka, który potem w towarzystwie delikatnej melodii stanowi preludium do drugiej części utworu.

Po drugie. Słychać, że w parzę z wyżej wspomnianymi eksperymentami podąża wokal, który stara się wprowadzić odrobinę niuansów. Wokalizy nadal mocno osadzone w brudnych, chropowatych korzeniach sporadycznie okraszane są drobnymi pąkami "zachrypniętej" melodii. Wszystko to całkiem nieźle się prezentuje, miło usłyszeć jest jakieś wokalne urozmaicenie od czasu do czasu.

Po trzecie. Widać, że z płyty na płytę przybywa im pomysłów, które sukcesywnie starają się realizować. Zastosowano sporo nowych rozwiązań, których wcześniej nie było vide początek tytułowego otwieracza „Impulse”, powolny, monumentalny marsz, który stopniowo buduje napięcie. Na uwagę zasługują też pierwsze minuty zamykającego krążek „Distant Earths”, w którym usłyszymy bardzo przyjemny damski głos, który wprowadza nas w świat wykreowany przez wyobraźnie Blindead.

Czy kryje się jakaś głębsza idea za tym krążkiem? Szczerze mówiąc sam nie wiem, pozostają tylko domysły. Okładka nawiązująca do skamieliny oraz widniejący na niej punkt oznaczający epicentrum wstrząsów. Można rozpatrywać tytuły poszczególnych kawałków jako jedno stwierdzenie, czyli „Impulse between distant earths” i jak się na tym głębiej zastanowić ma to jakiś sens. Tytułowy utwór jest energetyczny, tajemniczy, zanikający beat, który może przywodzić pulsujące jądro ziemi. „Between” daje wrażenie jakby był niezbadaną, głęboką przestrzenią, która oddziela jądro ziemi od powierzchni, która jest tak bardzo odległa…

Na koniec sparafrazuję klasyka i powiem, Blindead idźcie tą drogą!

czytaj dalej »

Koniec Manii Wielkości



Widać osiem albumów studyjnych wydanych w ciągu ostatniego roku to dla Omara Rodrigueza-Lopeza zbyt mało. Kompozytor i gitarzysta zespołu The Mars Volta postanowił nas uraczyć kolejnym wydawnictwem. I o tym, że Omar wielkim artystą jest, wiadomo nie od dziś, ale mnie osobiście cieszy że nie wydał kolejnego przeciętnego solowego albumu, a skrzyknął poważnych muzyków i stworzyli coś naprawdę interesującego.

Projekt nazywa się – jakże odkrywczo – El Grupo Nuevo de Omar Rodriguez-Lopez. Wbrew banalnej nazwie, nie jest to jednak kolejny wymasturbowany owoc pracy zdolnego i płodnego (artystycznie) Portorykańczyka.
Skład uzupełniają tacy muzycy jak Cedric Bixler-Zavala z The Mars Volta, oraz dwóch świetnych graczy z zespołu Hella, czyli Zach Hill za beczkami i Johnatan Hischke na syntezatorze basowym.

Cryptomnesia – bo o tym albumie mowa – swoją premierę miała 5 maja tego roku i przyznam szczerze, że w ciągu tych kilku dni zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Album jest szalenie dynamiczny, nie daje odetchnąć nawet na moment, gdyż łatwo pogubić się w tym chaosie. Nie ma tu schematu zwrotka-refren-zwrotka. Cholera, tu nawet nie ma ani pierwszego ani drugiego. Pierwszy track Tuberculoids nie przypomina niczego co słyszeliśmy u Omara wcześniej. Zwłaszcza math-rockowa perkusja obsługiwana przez Zacha robi wrażenie. Od razu słychać że jest to „coś nowego”. A im dalej w las...następny jest bardzo chwytliwy (chyba jedyny na płycie) kawałek Half Kleptos, który z kolei udowadnia anty-fanom wokali z Bedlam in Goliath, że Cedric nie zapomniał jak korzystać z gardła w sposób wręcz nieziemski. Generalnie wokale są bardzo mocną stroną tego albumu.

Parę interesujących fraz będziecie nucić przez jakiś czas, ponieważ wchodzą do głowy i nie chcą wyjść...tym bardziej, że teksty to też osobna kwestia np.: wykrzyczane i won`t get Tourettes if you don`t get Tourettes w kawałku Puny humans albo zaśpiew girl you`re no better than the germs I spread we wspomnianym Half Kleptos.

Piszę Wam o perkusji, piszę o wokalach a o Master of Ceremony tego przedstawienia nie. Cóż, Omar po prostu zrobił swoje. Jeśli chodzi o kompozycje, nie ma tutaj wielkiego zaskoczenia. Jest szaleństwo, nie po uk ła da nie z wydawnictw solowych (They`re coming to get you, Barbara), jest coś z Frances the Mute (Warren Oates), nie ma za to przebojów jak na Amputechture. I dobrze.

Ciekawostką jest fakt że ten materiał ma już brodę, gdyż został nagrany w 2006 roku, a z końcem 2008 dograno wokale. Czyżby miał to być w zamierzeniu kolejny solowy projekt, ale Omar się opanował? Któż to wie. W każdym razie El Grupo Nuevo planuje wydanie trylogii a Cryptomnesia jako album numer jeden poważnie zaostrza apetyt na ciąg dalszy..

Podsumowując Omar wykonał kawał dobrej roboty...pozbywając się megalomanii i tworząc ten projekt. To nie on jest na pierwszym planie, co dla mnie jest jak gwiazdka z nieba, gdyż solowe dokonania Omara miały się coraz gorzej. Gdyby nie Zach Hill za perkusją, album nie byłby nawet w połowie tak dobry jak jest. Podobnie byłoby bez Cedrica przy mikrofonie.
A jednym słowem? Album rewelacyjny, świetne preludium przed Octahedron zespołu The Mars Volta, który trafi w nasze ręce już 23 czerwca.

czytaj dalej »

sobota, 9 maja 2009

Dyskoteka na kwasie albo jak wracać do domu



Duża, obskurna piwnica. Hipnotyczne, czerwone światło, rozbijające półmrok. W jednym krańcu sali prowizorycznie zainstalowany barek. Skórzane czarne kanapy, które w tym oświetleniu idealnie pasują do miejsca. Wszystko jest odrealnione. Po klubie kręcą dziwne typy. Co pewien czas ktoś wykrzykuje opętańczo jakiś monolog. Głośno puszczona muzyka uderza, szumi, wibruje i bije po uszach.

Takie obrazy stawały mi przed oczami, kiedy słuchałem pierwszej połowy płyty „Brotherhood of the Bomb” duetu Justin Broadrick i Kevin Martin, znanego jako Techno Animal. Projektu łączącego w sobie industrial, noise, hip-hop, breakbeat (inspiracje muzyczne mógłbym, zapewne jeszcze długo wymieniać). Jednak panowie popisując się erudycją muzyczną, tworzą zupełnie oryginalne i autorskie dzieło. Mógłbym długo pisać o tym albumie odnosząc się do różnych gatunków muzycznych, jednak nie chodzi tu o łatki, tylko o samą jakość, jaką prezentuje. A muszę przyznać że stoi ona na wysokim poziomie.

Lubię albumy „filmowe” i nie chodzi mi tu bynajmniej o soundtracki, po które bardzo rzadko sięgam. Myślę raczej o płytach, podczas słuchania których, przed oczami pojawiają się gotowe sekwencje filmowe. „Brotherhood of the Bomb” jest zdecydowanie takim albumem. Kiedy słucham początku płyty wyobrażam sobie, zagubionego młodego człowieka, który przypadkiem trafiła do opisanego wcześniej klubu. Uderza go ściana hałasu i szumu prowadzącego do transu. Na początku nie może się przyzwyczaić do miejsca w którym się znalazł. Może jest to jakiś japiszon, który pomylił uliczki. Może mały chłopaczek, który powiedział rodzicom że nocuje u kolegi. Jednak wraz z rozwojem płyty ta osoba coraz bardziej oddaje się muzyce, by w końcu ulec hałaśliwemu szaleństwu.

W drugiej części płyty wybrzmiewa nocny powrót do domu. Po drodze nasz bohater postanawia zwiedzić miasto. Po niepokojącej atmosferze klubu, nie ma ochoty wracać do codziennego życia. Zapuszcza się w coraz bardziej nieznajome i podejrzane rejony.

Z twórczością Techno Animal zetknąłem się już wcześniej, za sprawą albumu „Techno Animal Vs. Reality”. Jednak nie mogłem w tym albumie znaleźć jakiegoś punktu zaczepienia. Zaciekawił mnie, ale nie miałem ochoty wracać do tej płyty. Krótko potem natknąłem się na bardzo pozytywne opinie o „Brotherhood of the Bomb”. Na dodatek przeczytałem, że do jednego utwory rapuje Dälek, którego bardzo lubię i cenię. Stwierdziłem więc, że warto temu duetowi dać jeszcze jedną szansę. Była to bardzo dobra decyzja.

Mogło by się wydawać że „ Brotherhood of the Bomb” jest albumem o wszelkich znamionach wybitności. Niestety muzykom zbrakło trochę siły. Lwia część płyty to kawałki wgniatające w ziemię. Jednak pojawiają się też utwory, bez których album prezentował by się lepiej. W „Freefal”; napięcie opada. Natomiast „Piranha” już zupełnie nie pasuje mi do ogólnego klaustrofobicznego nastroju albumu.

Jednak mimo moich narzekań, mamy do czynienia z albumem bardzo dobrym, momentami nawet świetnym, z którym na pewno warto się zapoznać (jeśli lubi się takie eksperymentowanie) i poświęcić więcej czasu.

czytaj dalej »

czwartek, 7 maja 2009

Samotność w teksasie



Na co dzień, sąsiedzi znienawidzonego przez wszystkich Prezydenta Busha (na dzień dzisiejszy spokojnie mogą mu powyrywać kwiatki z ogródka, bo teraz może już im skoczyć), w nocy, nieokiełznani i szaleni metalowcy. Od wydania ostatniego długogrającego krążka Teksańczyków minęło sporo czasu, bo przeszło 8 lat. Mowa tutaj oczywiście o "Adagio", która w środowisku metalowym zyskała już status płyty kultowej. Nie oszukujmy się, ale 8 lat to kawał czasu i niektórzy pewnie porzucili już wszelką nadzieję na jakiś nowy materiał, ale jednak Lowe i spółka zaskoczyli i to bardzo dobrym materiałem.


Zacznę od okładki. Czy wyobrażacie sobie, żeby na okładce doom metalowego wydawnictwa znalazł się jakiś malowniczy, pełen nadziei i optymizmu obrazek? Jasne, że nie, dlatego też chłopaki postanowili zbytnio nie odbiegać od reguły i zainwestowali w klasyczny zestaw elementów, które powinny zdobić ich okładkę. W moim odczuciu, okładka przywodzi na myśl słynny obraz Caspera Davida Friedricha pt. „Opactwo w dębowym lesie”, zgrabnie wprowadza w klimat krążka, ponury, depresyjny, wisielczy i jest zdecydowanie jego mocnym atutem, ale czy najmocniejszym? Travis Smith odwalił kawał dobrej roboty, osobiście uwielbiam jego prace! Tak na marginesie, zapraszam na jego stronę, można obejrzeć wszystkie okładki jakie wykonał dla wielu zespołów.

Muzyka, no właśnie, bo to ona jest tutaj głównym przedmiotem tejże rozprawki. Całą pompę funebris otwiera blisko 10 minutowy "Scent Of Death". Utrzymany w wolnym tempie, okraszony ciężkim, ciągnącym się riffem, przywodzący na myśl kulturę dalekiego wschodu w towarzystwie wyciągniętego niekiedy do granic możliwości głosu Roberta Lowe na wejściu daje nam do zrozumienia, że obcujemy z dziełem. Nie widzę innego faceta, który mógłby dzierżyć mikrofon w Solitude Aeturnus, Lowe dysponuje magicznym głosem, jednym z ciekawszych na scenie metalowej, momentami słuchając płyty nie wiedziałem czy słucham wokalu czy może wysokiego dźwięku gitary, który ciągnie się i ciągnie w nieskończoność, wysokie rejestry to dla tego Pana pestka! Wokal jest tu mocnym czynnikiem klimatogennym!

Podsumowując, płyta jest pod względem aranżacji, kompozycji i pomysłów bardzo postępowa, rozbudowana, urozmaicona. Dojrzali muzycy nagrali przemyślany krążek, na którym nie brakuje pomysłowych rozwiązań. Przemycanie dalekowschodnich wątków wychodzi im więcej niż rewelacyjnie, nie można narzekać na brak przebojowych gitarowych partii solowych, bo jest ich akurat całkiem sporo i to wyśmienitych. Zdecydowanie opłacało się czekać taki szmat czasu na ten krążek i poczekam drugie tyle jeśli następca „Alone” będzie jeszcze lepszy!

czytaj dalej »

Proces Eliminacji



Na początku wypadałoby przybliżyć kilka informacji dla niewtajemniczonych. Leng Tch'e to 4 beligijskich rzeźników, którzy w 2001 roku, wpadli na pomysł, aby poprzez grindcore dać ujście swojej agresji i frustracji, do których doprowadza ich gnijące społeczeństwo w jakim są zmuszeni się obracać. Do tej pory wychodzi im to rewelacyjnie, każdy krążek daje spory zastrzyk adrenaliny i mocy! Zawsze lepsze jest uwalnianie swoich niespożytych zasobów energii właśnie poprzez taki alternatywny sposób jakim jest muzyka, a nie bieganie z pistoletem po ulicy...

"The Proces Of Elimination" to 33 minuty totalnej rozwałki i masakry. Stworzyli krążek naładowany nie małą dawką energii, na którym wylali całą swoją złość i nienawiść. Album jest dynamiczny i zwarty, słuchając go nawet przez moment się nie nudziłem, bo szczerze mówiąc nie było kiedy, dopiero po wyciszeniu wszystkich instrumentów, złapałem trochę oddechu. Trzeba się naprawdę skupić, żeby odnaleźć metodę w tym gąszczy dzikich, intensywnych i dynamicznych riffów, które wgryzają się w naszą głowę i do oporu wiercą w niej dziurę swym pneumatycznym ostrzem.

Na dużą uwagę zasługuje sekcja rytmiczna, która nadaje zabójcze tempo całemu procesowi eliminacji, bębniarz nie ustawia swojego zestawu względem gwiazd, nie oblicza rozstawienia bębnów ze wzorów matematycznych, bierze pałki, siada i łoji ile sił mu starczy, słychać, że daje z siebie naprawdę wiele, a basista dzielnie dotrzymuje mu kroku!

"Another Hit Single" to utwór, który rzeczywiście może stanowić hit. Rozbujany, pędzący do przodu, catchy riff. Co by chwytliwych partii nie było mało, podobną dawkę wpadających w ucho zwolnień i riffów dostajemy w "Glamourgirl Concubine", który w towarzystwie napędzającej machiny perkusyjnej, tworzy świetny koncertowy numer przy, którym głowa lata sama, oraz "Pimp", gdzie w pierwszym momencie jego odsłuchu myślałem, że jest to cover jakiegoś hard rockowego bandu. Dlaczego? Posłuchajcie sami.

Belgowie nie ograniczają się tylko do natłoku riffów, ale w swojej muzyce stosują wiele przemyślanych zagrywek, zwolnień, zmian tempa, dosyć często pojawiają sample w postaci bliżej nie znanych mi nagrań dialogów, które służą jako zdawkowe, ale i oryginalne, wprowadzenia do poszczególnych utworów. Wszystko to o czym mówię, wypadałoby blado, gdyby nie głęboki, przejmujący, a niekiedy zwierzęcy wokal. Przez całą płytę możemy podziwiać paletę wszelakiej maści wyziewów od zapchanego klozetu, po kwik zarzynanej świni. Boris daje radę, ale moim zdaniem i tak są lepsi „hydraulicy”.

Generalnie rzecz biorąc płytę przyswaja się bardzo łatwo (zdecydowanie subiektywne odczucie), co w głównej mierze zawdzięczamy trwającym po średnio 2 minuty utworom. Myślę, że pół godziny spokojnie wystarczy, aby stopniowo i sukcesywnie dewastować od środka umysł słuchacza.

czytaj dalej »

wtorek, 5 maja 2009

World's End Girlfriend - Farewell Kingdom



Muszę przyznać, że krążek ten zaskoczył mnie niezmiernie. Jak nie znoszę powtarzalności i schematyczności post-rocka obecnej dekady, tak ten bardzo przypadł mi do gustu. Tylko czy to na pewno jest czystej krwi post-rock? Na pewno bardzo różni się od post-GY!BE'owskich tworów typu Explosions in the Sky czy God is an Astronaut. Jeśli post-rock dla ciebie, Czytelniku, to instrumentalny twór bazujący na wytwarzanych przez gitarę melodiach, to nie, od "Farewell Kingdom" nie możesz się tego spodziewać. Jeśli natomiast traktujesz to jako gatunek, w którym w rockowe struktury, wplata się niecodzienne dla rocka rozwiązania - jak najbardziej.

Nie jestem specjalistą w tej konkretnej dziedzinie, ale takiego albumu jeszcze u post-rockowców nie słyszałem. Katsuhiko Maeda stosuje wprawdzie utarty schemat stopniowania napięcia, robi to jednak w niecodzienny sposób. Udział gitary w albumie jest bardzo ograniczony. Od czasu do czasu słychać jakieś akustyczne plumkanie, czasem artysta przerzuca się na gitarę elektryczną, lecz nie łudźmy się, że usłyszymy jej tu wiele. Bazę stanowią bowiem elektronicznie wytwarzane dźwięki oraz pianino. Spora część kawałków oparta jest na ambientowej melodii, sporo tu także glitchy, znajdą się nawet breakcorowe beaty (tak! końcówka "Daydream Loveletter" na przykład!). Ogromne wrażenie robią także sample, dla przykładu szum morza w "Halfmoon Girl". Japoński artysta do stworzenia swojego unikalnego stylu zapożycza też od starszych kolegów z GY!BE/ASMZ skrzypce, świetnie pracujące na przykład w otwierającym album "Yes" lub genialnie współpracujące z wspomnianym wcześniej pianinem w "You", które zdecydowanie można uznać za puentę albumu.

Jestem jednak pewien, że album nie przypadnie do gustu każdemu. Album jest dość długi, wymaga przy tym skupienia. Oczywiście nie brak tu świetnych melodii (znajdą się, choćby w "You" lub "Yes") wybudzających nieskupionego słuchacza z letargu, jednak aby go w pełni docenić, należy poświęcić mu te 74 minuty. Nie jest to może album, który swoją wspaniałością definiuje na nowo pojęcie post-rocka, jednak jedno trzeba mu przyznać - prezentuje naprawdę oryginalne podejście do grania takiej muzyki, o czym wielu artystów współczesnych może pomarzyć. Nie znam kolejnych albumów Japończyka, ten jednak bardzo przypadł mi do gustu i z pewnością sięgnę po więcej. Co też i tobie, Czytelniku, polecam. Bardzo dobry album, oby takich więcej.

czytaj dalej »

poniedziałek, 4 maja 2009

The Dark Third



Pure Reason Revolution to zdecydowanie moje odkrycie lata 2007, kto wie, czy nie odkrycie roku. Po raz pierwszy miałem z nimi styczność przeglądając strony zespołów na myspace. Już wcześniej słyszałem o nich dużo dobrego, więc postanowiłem na chwilkę się zatrzymać, i na własne uszy potwierdzić owe rewelacje. Na pierwszym miejscu w myspace'owym playerze był wtedy Victorious Cupid. Więc, puściłem i... szczęka mi opadła. Bynajmniej nie z zachwytu. Bo usłyszałem wokalne wejście żywcem wyjęte z jakiegoś boysbandu. Oj, wiem, bardzo się wtedy pomyliłem. (Bo od boysbandów mają lata świetlne w stylistyce, a zresztą w grupie jest też kobieta - nadmienię, że całkiem urodziwa ;)) Patrzę na etykietkę - progressive rock/alternative rock. Co jest? To jakiś żart? I natychmiast stamtąd czmychnąłem.

Pewnie do dzisiaj nie znałbym geniuszu Anglików. Gdyby nie temat na pewnym, nieistniejącym już forum dyskusyjnym. Jeden z użytkowników założył temat o PRR razem z linkiem do youtube do The Bright Ambassadors of Morning. Byłem sceptycznie nastawiony, ale kolejne zachwyty skłoniły mnie do dania PRR jeszcze jednej szansy. I to było to. Wprawdzie była to wersja mocno skrócona, ale byłem do tego stopnia zafascynowany, że natychmiast zacząłem szukać całego albumu. Poniżej moja recenzja albumu The Dark Third. Konkretniej jednopłytowej wersji europejskiej.

Album rozpoczyna Aeropause, świetne i dość długie intro. Elektronikę i perkusję wspomaga nieśmiało elektryczna gitara, która niektórym zapewne skojarzy się z Pink Floyd. I jak to dobre intro świetnie buduje atmosferę pod kolejny utwór - Goshen's Remains. Płynne przejście - i jesteśmy. Zapowiada się raczej spokojnie, ale gdy wchodzi żywiołowy refren wątpliwości się rozwiewają - z balladą z pewnością nie mamy do czynienia. Jedną z niewątpliwych zalet piosenki jest głos Chloe, szczególnie w refrenie. W końcówce zepchnięty na dalszy plan - no, ale co za dużo to niezdrowo. W końcówce mamy okazję usłyszeć wszystkich trzech wokalistów Pure Reason Revolution - naprawdę brzmi to powalająco, a polifoniczne linie wokalne w ich muzyce to wcale nie rzadkość.

Delikatne elektroniczne przejście przenosi nas do Apprentice of the Universe. Piosenka jest naprawdę dobra, w szczególności druga, nie elektroniczna a gitarowa część. No i refren - nie wiem jak wam, ale mnie od razu przypadł do gustu. Ten kawałek naprawdę mógłby podbić listy przebojów - krótki, chwytliwy - idealna pozycja na singla. W teorii. W praktyce zapewne byłoby inaczej.

Numer cztery - The Bright Ambassadors of Morning - jest najdłuższym (12 minut) i chyba najlepszym fragmentem albumu. Fani gitarowego grania będą (raczej) zawiedzeni - jest to utwór głównie elektroniczny. Początek jest, zgodnie ze schematem przyjętym przez zespół raczej spokojny. Na chwilę wchodzi typowo rockowa perkusja (naprawdę świetna!), ponownie zagłuszona motywami elektronicznymi. Tym razem już z wokalistami. Naprawdę świetnie brzmi to mantrowanie Jona. (Milion bright ambassadors of moo-ooo-oorning) Po wyciszeniu i kolejnej wstawce elektronicznej mamy znowu wyciszenie, po którym wybucha gitarowy riff. Tak! Nareszcie! I to jaki! Gdy dodamy do tego jeszcze powrót mantry - mmm, dla takich momentów właśnie stworzona została muzyka.

Następna w kolejce jest spokojna ballada The Exact Colour. Nietypowa jak na PRR piosenka. Dlaczego? Bo tak spokojnego, nieudziwniającego i prostego oblicza zespół często nie ujawnia. Delikatna gitarka, klawisze, stonowana perkusja (ponownie genialna), wokal, ciarki na plecach.

Voices In Winter/In The Realms Of The Divine zapowiada się jako przedłużenie The Exact Colour, ale nieco w innym, bardziej gitarowym stylu. I do pewnego stopnia tak jest. Do momentu, kiedy w duet wchodzą skrzypce i gitara elektryczna. Jeśli ktoś podaje w wątpliwość, że taka mieszanka jest strawna - to chyba tego jeszcze nie słyszał. Jeden z jaśniejszych punktów płyty.

Na temat Bullitts Dominae będę musiał trochę ponarzekać. Słucha się nieźle, zwrotki są naprawdę świetne. Refrenu już nie bardzo - wszystko sprawia wrażenie zlewania się ze sobą, łącznie z głosem Chloe. A jeśli dodać do tego, że zwykle wszyscy wokaliści mają akcent conajmniej dziwny i mało zrozumiały... Na uwagę zasługuje też fajna gitarowa końcówka przechodząca w...

...The Twyncyn/Trembling Willows. Oj, udany kawałek, udany. Początek przypomina mi nieco Voices in Winter, ale to, co się dzieje w środku idzie w trochę innym kierunku. Jest równie ciężko, a nawet ciężej - metalowy riff, za którym bez ustanku pędzi Jon. Powraca wrażenie z Bullits Dominae - znowu nie wiem, o czym się tu śpiewa - ale już tak nie irytuje. Coraz szybciej - a on dalej śpiewa w rytmie. Niesamowite. :) Jak długo on tak może? Krótkie wyciszenie i riff, niestety już ten kończący kawałek.

Ostatni na trackliście jest He Tried to Show Them Magic/Ambassadors Return. Długo się rozwija - ale brzmi to genialnie. I te oczywiste nawiązania do The Bright Ambassadors Of Morning. Przecież riff kończący to nieznacznie przerobiony ten kończący TBAoM..

Koniec. Tak szybko? Naprawdę minęła już niemal cała godzina? Niedosyt pozostaje. Ogromny niedosyt. No cóż, wypadałoby puścić płytę jeszcze raz. I jeszcze parę kolejnych razów. Naprawdę ta muzyka jest taka wciągająca? No jasne, wciąga jak diabli. Gorąco polecam i z niecierpliwością czekam na kolejny album Pure Reason Revolution.

Lipiec 2007

czytaj dalej »

Planeta Jeżozwierzów.



W kwietniu 2007 roku, światło dzienne ujrzała nowa, i jak do tej pory ostatnia, płyta Jeżozwierzów - Fear Of A Blank Planet. Cóż mogę powiedzieć o tym krążku. Na pewno nie jest rewolucją muzyczną, na pewno nie wytycza nowych ścieżek w takim graniu. To po prostu stare, dobre, solidne rockowanie, do jakiego przyzwyczaiło swoich fanów (w tym i mnie) Porcupine Tree. Nie ukrywam, że była to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie pozycji roku 2007 i nie rozczarowałem się. Dostałem dokładnie to, co dostać chciałem.

Zwracając uwagę na kompozycję płyty, dla niezapoznanego z twórczością PT słuchacza, utwory z FOABP mogą wydać się potwornie długie i nużące, bowiem najkrótszy z kawałków liczy sobie 5min i 07sek, natomiast ten najdłuższy całe 17min i 42sek. Nie ma co jednak nastawiać się na rozwleczone kompozycje wciągające słuchacza w jakiś psychodeliczny wir, jak to miało miesce na najwcześniejszych dokonaniach Porcupine Tree. Tutaj wyraźnie słychać nową drogę, jaką obrał Wilson i spółka - zagrywki momentami oparte są na metalowych riffach, choć nie brak wcale w/w łamigłówek. Weźmy na ruszt najdłuższy kawałek - Anesthetize. Najpierw jest spokojnie, cicho, łagodnie - kształt muzyki można przyrównać do spokojnej tafli oceanu. Słuchacz zaczyna przysypiać, wciągając się w toń głębi gitar, basu i swingującej w tle perkusji... lecz w pewnej chwili czeka go gwałtowne przebudzenie za sprawą ostrego riffu i potężnych garów by znowu... przejść w iście popowy refren, który kończy się zupełnie niespodziewanie grzmiącą gitarą i podwójną stopą.

I tak jest przez całą płytę. Niezgłębiona przeplatanka, panowie z PT zdają się bawić ze słuchaczami, racząc ich teoretycznie spokojnym kawałkiem, by w pewnym momencie - zupełnie niespodziewanie - huknąć do ucha ciężko przesterowaną gitarą, wszystko okraszając popowym w swojej melodyjności refrenem.

Jeżeli nawiązać do warstwy tekstowej, która stoi jak zawsze na bardzo wysokim poziomie, bez wątpienia możemy mówić tu o produkcji pozbawionej idiotycznych 'zapchajdziurek', które tak często pojawiają się na rockowych/metalowych albumach, stanowiac czasem tylko tło dla muzyki. Tutaj, pomimo tego iż pan Wilson nie odzwya się bardzo często, jak już zacznie śpiewać, to z sensem i wsłuchując się w słowa nie ma się wrażenia, że jest to tekst o niczym. Sam wokal Wilsona jest tak samo miękki i nieskazitelnie idealny jak miało to miejsce dawniej. Nic się nie zmienił od czasów pierwszych płyt - i bardzo dobrze. Nad stronami wokalnymi PT mogę się zachwycać bez końca, więc zapewne wystarczy jak powiem, że to co wyczynia z głosem Wilson to miód na moje uszy.

Podsumowując - kwiecień 2007 obdarzył fanów gitarowego grania solidną rockową pozycją w postaci najmłodszego dziecka Jeżozwierzów. Z całkowicie czystym sumieniem płytę Fear Of A Blank Planet stawiam na półce obok takich dokonań jak toolowa Aenima, alicjowaty Dirt, czy też redhotowate Blood Sugar Sex Magik. I nie chodzi tu o jakiś przełom, a o klasę, którą zespół prezentuje niezmiennie od bardzo długiego już czasu.

czytaj dalej »

Bóg ma swoje radio



Muzyka ambient. Dla wielu to nawet nie muzyka, ale wylewające się plamy dźwięków i rozwlekłe szumy, nie powodujące kojenia tylko podrażnienie. Nie muzyka, a dźwiękowa tekstura, która zwykle wymaga odłączenia się od typowego dla nas przyzwyczajenia do rytmu czy melodii. Tak samo dyskusyjne jest określenie słuchać muzyki ambient. Może bardziej adekwatne byłoby słyszeć, albo otaczać się nią. Ciężko zatem przypuszczać, czy muzyka ambient kiedykolwiek przeniknie do szerszej publiczności – wydaje mi się, że wymagałoby to szerszej zmiany w sposobie myślenia, kategoryzowania dźwięków. Może to właśnie pobudzenie na tak abstrakcyjne formy muzyczne będzie jednym z przyczółków podczas tworzenia się społeczeństw przyszłości...? Już teraz możemy zaobserwować pewne poruszenie na rynku tego typu muzyki. Warto zatem spoglądać w tamtą stronę, bo kto wie, jak ambient odciśnie się na przyszłych twórcach muzyki?

Tak jak i każda inna muzyka, tak i ambient ma lepszych i gorszych, znanych i nieznanych. Gdy mówimy o współczesnym ambiencie do takich „tuzów” gatunku należą Christian Fennesz, Boards of Canada, Alva Noto, William Basinski czy... no właśnie, Tim Hecker.

Z tym urodzonym w Montrealu artystą zetknąłem się jakiś czas temu. Szukam w pamięci przykładu kogokolwiek, kto mocno, albo chociaż trochę ostrzej skrytykował Heckera, ale naprawdę nie spotkałem się z czymś takim. Muzyczne portale – czy to od strony użytkowników, czy to krytyków – wydają się jak jeden mąż chwalić Tima. „Fantastic”, „great”, „superb”, „amazing”, „wonderful” - te przymiotniki mocno trzymają się recenzji płyt Kanadyjczyka. Postanowiłem więc spotkać się z nim i jego twórczością, dowiedzieć się gdzie czai się prawda. Wybrałem Radio Amor, nazywaną jedną z najlepszych płyt artysty.

Anglosasi mają takie ładne słowo – imaginative. Imaginatywny. U nas nie brzmi tak dobrze, ale już od otwierającego „Song Of The Highwire Shrimper” czuje się nagłe zbliżenie z wyobraźnią. Ciężko nie zamknąć oczu, nie oderwać się od ziemi. Hecker wyraźnie walczy z grawitacją. Struktura tej muzyki jest bardzo gęsta: część wysunięta do przodu, jak na przykład klawiszowe drgania, część bardziej schowana i naszpikowana szumami oraz trzaskami. Jednak elementy te często przetasowują się, zmieniają się akcenty, na jakie Kanadyjczyk kładzie nacisk. W „(They Call Me) Jimmy” artysta pośród roziskrzonych dronów mocniej wibruje klawiszowym motywem – jednak już w następnym „Spectral” przestrzeń robi się rozleglejsza i gładsza. Wychodzimy na równinę. Wszystko to jednak tylko pozory, bo okazuje się, że tak naprawdę stoimy do góry nogami: Hecker przerzuca nas jak marionetkę po swoim własnym niebie. Tonięcie w obłokach i całowanie kropel deszczu jak w „The Star Compass”, albo „Trade Winds, White Heat” które sprawia, że ma się ochotę zmienić stan skupienia. Słychać w oddali jakieś głosy, jak z jakiegoś dalekiego radioodbiornika – to nasze życie, to my, to oni?

Podjęcie innej perspektywy, rekategoryzowanie przestrzeni - to właśnie wywołuje artysta. Przypomniał mi on jeden z najpiękniejszych obrazów mojego życia: lot samolotem w istnej dżungli chmur, lot ku słońcu i białe skrzydło Jumbo-Jeta ponabijane złocistymi promieniami. Muzyka Heckera wydaje się być czuła zwłaszcza na takie porównania. W różnych „interpretacjach” twórczość Kanadyjczyka jest też na przykład postrzegana jak pływanie, jak ruch pośród wodnistej, swobodnej masy, zanurzanie się w głębiny. Różnie można postrzegać też nastrój tej muzyki. Wielu twierdzi, że Radio Amor kryje pod swoją skórą melancholię, którą można by porównać do tytułu powieści czeskiego pisarza Milana Kundery - „Nieznośna lekkość bytu”.

Lekkość – tak. Czy nieznośna? Nie wiem. Wiem tylko, że Radio Amor to najpiękniejsza apoteoza latania jaką słyszałem. Cytując imiennika Kanadyjczyka, Tima Leary'ego: „Turn on, tune in, drop out”.

czytaj dalej »