czwartek, 3 września 2009

Agoraphobic Nosebleed - Agorapocalypse



Obserwuję działalność Agoraphobic Nosebleed, jak i innych projektów które tworzy Scott Hull (AN, Pig Destroyer, wcześniej AxCx) od kilku lat. W te wakacje miałem przyjemność (choć o przyjemnościach w temacie grindu mówić trudno) posłuchać nowego dzieła wydanego pod sztandarem Relapse Records i obcować z muzyką zawartą na "Agorapocalypse".

Mamy do czynienia z grindcore'm. Uważam ten gatunek ze wszystkich zwanych "ekstremalnymi" za najbardziej na to miano zasługujący. Do rzeczy. Dostajemy pudełko o obłędnej okładce z sypiącymi się zewsząd pigułkami (częsty motyw na okładkach AN), pod którą kryje się nośnik zawierający ponad 28 minut muzyki bezkompromisowej w swym trudnym i niejednoznacznym przekazie. Był on dla mnie zbyt ciężki za pierwszym razem. Dodam że pierwszy odsłuch miał zaszczyt zapewnić mi odtwarzacz w mieście, przy temperaturze ok 28 stopni i w pełnym słońcu.

Pierwsze wrażenia? Na głowę zwala się tragiczna wręcz ilość blastów (już pierwsze sekundy tej płyty zaczynają się w ten sposób) produkowanych przez... Hull'a. Tak, AN to tak zwany "cyber grind". Zespół który nie ma perkusisty? Wiedziałem o tym już kilka lat wcześniej, jednak ta informacja uleciała mi z głowy. Podejście do tej płyty miało być swego rodzaju "drugą szansą", daję ją niekiedy zespołom których muzyka za pierwszym razem mnie nie wciąga. Muszę dodać, że zapamiętałem specyfikę ich muzyki, szczególnie z "Altered States of America". Tym razem produkcja bębnów jest świetna. Nie słyszałem płyty na której automatyczna perkusja była by wyprodukowana w ten sposób. Bębny brzmią w bardzo małym stopniu syntetycznie, a momentalnie powalił mnie numer "Question of Integrity" w którym z tych sztucznych bębnów wyciśnięto solówkę! Generalnie przy tego rodzaju muzyce zapomina się o tym że gra to człowiek, nieludzka prędkość i precyzja jakby wykluczają pole błędu. Jednak wyobrażenie koncertu z tym materiałem i bębniarzem grającym partie maszyny wydaje się nie do spełnienia. Szkoda.

Pominę teczniczne aspekty perkusji (masa blastów i hiper szybkich przejść, podbić, pokręconych rytmów), gdyż mimo jej sztuczności, jest w niej czego szukać - zostawiam to słuchaczom. Gitary i bas grają na żywo. Miażdżące riffy tłuką nas w łeb przez większość kawałków, ponadto panowie wycinają na nich dziwaczne, podejrzane tonalnie figury (choć to element raczej charakterystyczny dla grindu), zbliżające się do momentami do noisu. Praca tych instrumentów to wielka ściana dźwięku i hałasu, szaleństwo wlewane nam do czaszki bez pardonu, w najszybszym tempie jakie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Idealnie wyważony kwas i świeżość. Jeden z wokalistów to Scott Hull, a rolę drugiego pełni... dziewczyna. Kolejny makabryczny, ekwilibrystyczny numer, który często w takiej estetyce kończy się połamaniem nóg i szybkim odstawieniem płyty w kąt przez słuchaczy. Tutaj znów działa! Katherine Katz to około 20-letnia drobna dziewczyna, która krzyczy potwornie jak na tak młodą osobę. Budzi respekt, a jej umiejętności są o wiele większe niż niejednego potężnego, wytatuowanego metalowca. Idealnie wpasowała się w wokal Hulla, który przypomina najczęściej głos zapijaczonego, złego proroka-cyborga, wypluwającego najbardziej obrazoburcze teksty. Po prostu zło w czystej postaci, lecz zło zamierzone, świadome i samo w sobie tak okrutne, że zmusza do chwili zastanowienia.

Mechaniczność tej muzyki, jej nieskończona agresja (która po trzykrotnym przesłuchaniu w ciągu dnia sprawiała że miałem chęć kogoś stłuc) i dążenie do totalnego rozsadzenia czaszki słuchacza, jest idealnym obrazem kondycji psychiki dzisiejszego człowieka. W kontekście popkultury można mówić o płycie mierzącej w parodię społeczeństwa, co najbarwniej przedstawiają teksty - są brutalne, chore i pokręcone (jak większość ludzi w tych dziwnych czasach), a jednocześnie pozostają zabawne. Muzyka wspiera tą wizję, wyzwala nieskończone przypływy energii. Sposób kompozycji, teksty, wyziewy blastów i ściany hałasu, czy czynnik technologiczny idealnie kontrolowane przez człowieka, są dowodem na to, że w tym szaleństwie jest metoda... Zaleca się zażywać raz dziennie aż do ustąpienia objawów zatrucia.

2 komentarze:

  1. świetna rec. A materiału grzech nie odsłuchać w takim razie ;)

    OdpowiedzUsuń