Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #recenzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 stycznia 2010

Wiht - Wiht


Problem z nowymi wydawnictwami z kręgu stoner rocka i doom metalu polega na tym, że nie wiadomo kiedy kończy się to pierwsze a zaczyna drugie. Electric Wizard to doom? A Sleep? A Acid Witch? Stoner? Z jednej strony to dobrze że następuje taki swoisty miks tych gatunków, bo jak by nie patrzeć wywodzą się od jednego taty, ale z drugiej strony biedni fani sami nie wiedzą czego słuchają. Podobnie jest z kapelą Wiht, młodym trio z angielskiego Leeds, którzy wydali właśnie swój debiutancki materiał. I tak - riffy są pustynne, zaś klimat jest Black Sabbath. Instrumentalne pasaże a`la Karma to Burn, a zaraz zwolnienia rodem z doomowych klasyków. Ale to fajna rzecz.

Trzech kumpli z liceum założyło kapelę Wiht, po to by grać „klimaty Sabbathów z domieszką stoner rocka” To powinno rzucić trochę światła na sprawę. Na albumie mamy tylko 3 utwory – dwa po 16 minut i jeden szybki, mocny i krótki 10 minutowy. Dziwny zabieg podawać fanom takie molochy na debiutanckim albumie...ale cóż. Album nie nudzi pomimo że w 3 utworach zawarte jest ponad 40 minut muzyki. Goście tworzą przyjemny klimat, album otwiera stopa jak z Iron Man`a (brzmi jak autentyczny sampel!), wszystko brzmi bardzo „dymnie”, ale przy tym świeżo – właśnie dzięki stonerowym riffom i jakiejś zaklętej w tym wszystkim angielskiej przeszłości, pełnej przecież muzycznej świetności.

Każdy utwór zespół przedstawił do odsłuchu na myspace, ale niestety te dziewięciominutowe edycje nie oddają w miarodajnym stopniu tego, co zespół ma do zaproponowania. A ma naprawdę sporo. Tym bardziej, że ludzie to młodzi i to ich debiutancki materiał. Pierwszy utwór Into ruin otwiera przyjemny lekko blues`owy riff, napędza to wszystko stukanie perkusji w spokojnym tempie i w takim klimacie lat `70 bujamy się przez chwilę. Co jakiś czas spokojne przejście, jakaś zagrywka rodem z Kyuss, zmiana tempa. To wszystko sprawia, że kawałka słucha się bardzo przyjemnie. Nie jest to majstersztyk, ani odkrywanie Ameryki, ale ten nastrój naprawdę się udziela. Głowa sama chodzi przy tych spokojnych tempach. Od połowy utworu następuje wyciszenie, brzęczą same gitary i przez jakiś czas robi się nudnawo. Trzeba też zaznaczyć że jest to kapela bez wokalisty - instrumentalna zupełnie, więc czasami takie momenty, gdzie nie uświadczymy ani perkusji ani mocnego riffu, potrafią nużyć. Ale to też trwa chwilę i dostajemy smaczny riff, mocno bitą perkusję i wracamy do klimatu z początku tylko już w dużo potężniejszej, cięższej wersji. Następny kawałek And the thunder rolls to od początku czad. Riff jak ze wspomnianej Karma to Burn, może nawet ciężej, grany bardzo nisko, biją taktowce, brzęczą talerze – rewelacja! Kawałek robi się doomowy od 3 minuty, kiedy zostaje bas, perkusja i uderzenia co jakiś czas. Solówka grana bardzo delikatnie, ledwie słyszalnie, znowu przywodzi na myśl bluesa. Wszystko zagrane z ogromnym uczuciem i pomimo niespokojnej atmosfery brzmi to wszystko naprawdę ciepło. Na koniec rozpędzają się i sprzężają gitary, znowu biją centrale i zaczyna się ostatni numer albumu – Vasta. Zdecydowanie najmocniejszy punkt albumu – świetna praca sekcji, współpraca gitary i basu, zagrywanie melodii w dwóch różnych tonacjach brzmi naprawdę świetnie. Podobnie jak otwieracz, ten 16minutowy potwór również pozwala nam na wczucie się w atmosferę lat `70 pamiętając jednak o tym że mamy wiek XXI.

Podsumowując. Wiht nie jest kapelą odkrywczą - stoner rock mieszano z doom`em już setki razy, ale pomimo to, jest coś w muzyce tych młodych ludzi co naprawdę porywa i jest nie tyle oryginalne – co po prostu świeże. Życzę im naprawdę dobrze, bo te 40 minut doom rocka to niezły start i myślę że jest potencjał by zrobić z tego coś naprawdę dużego.

czytaj dalej »

YOB - The Great Cessation


The Great Cessation to mój pierwszy kontakt z YOB i szczerze muszę powiedzieć, że mam obawy przed zagłębianiem się we wcześniejsze dokonania zespołu. Głównie dlatego, że poprzeczka jest tu zawieszona bardzo wysoko nie tylko dla zespołu, ale też dla całego nurtu sludge/doom w ogóle. I jeśli można nagrać lepszy album w tym klimacie, to albo go przegapiłem i spalę się ze wstydu, albo taki album pojawi się gdy mnie już nie będzie. I tak chyba lepiej, bo jeśli usłyszę cięższą, wolniejszą, potężniejszą rzecz od The Great Cessation, to dostanę wylewu. I na jedno wyjdzie.

YOB to projekt powstały jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, więc generalnie to rzecz niemłoda. Głównym i niezmiennym od 1996 roku elementem zespołu jest Mike Scheidt – gitarzysta, wokalista i kompozytor muzyki. Niektórzy znają to nazwisko z innego kilkutonowego projektu Middian, który w przerwie między albumami YOB, wydał album Age Eternal (2007). Tak więc doświadczenie Mike ma. Od zawsze bawił się w sludge, doom i inne ciężarowe odmiany metalu.

The Great Cessation to potężny album. Jak przystało na doom metal jest tu tylko 5 utworów – z czego najkrótszy ma bez mała 8 minut, a album trwa ponad godzinę. Otwierający utwór Burning the Altar to prawie 13 minut wolnego, nisko nastrojonego buczenia gitar, masywnych riffów oraz pięknego zwolnienia w środku kawałka. Tu naprawdę nie ma miejsca na pieszczoty. Ten kawałek a zwłaszcza to co dzieje się w środku, mogłoby zabić wielką armię fanów Tokio Hotel w 30 sekund. Głębokie, przerażające growle, proste acz niespokojne hammery – to po prostu kwintesencja gatunku. Ciekawostką jest to, że ten utwór został umieszczony na liście Top Songs 2009 wg... NY Times. Świadczy to o otwartości umysłów redaktorów sławnej (acz zupełnie niemetalowej) gazety i o potędze tego utworu. Dalej The lie that is a Sin – zaczyna się kilkoma mocnymi uderzeniami. Po chwili wszystko cichnie, lekkie uderzenia w tomy budują napięcie i zalewa nas smoła szarpanego riffu i wysokich, przesterowanych zaśpiewów Mike`a. Wszystko się trzęsie, buczą głośniki i do tego klimatyczny refren. Trzeci kawałek to Silence of Heaven...z ciszą ma jednak niewiele wspólnego. Przerażające krzyki, powtarzający się w kółko riff (jeśli można tak nazwać pojedyncze uderzenia w gitarę). To bardziej przerywnik niż pełnoprawny utwór. Za to kolejny Breathing the Shallows, to już mój osobisty faworyt. Ściana pogłosu na gitarach i wokalu, potężne growle, świetne kompozycje otwierające i solo które po prostu tu pasuje! Na albumie nie uświadczymy wiele popisów gitarowych, ale ten kawałek mi to wynagradza w pełni. Duszną atmosferą, budowanym napięciem i jednym z lepszych doomowych riffów, które było mi dane usłyszeć. Zaczyna się ta kanonada od 6 minuty i ciągnie nas już do końca utworu. Nie sposób tej atmosfery potęgi oddać słowami, więc nie będę nawet próbował. Ale jeśli macie dla siebie dwie minuty, to włączcie końcówkę tego utworu. Tylko uważajcie – jeśli macie stare okna, mogą wypaść.

Ostatni utwór na płycie to kawałek tytułowy trwający ponad 20 minut. To już spokojniejsze granie...wyciszenie, lekka gra perkusji, akustyczna pogłosowa gitara – słowem – chwila oddechu. To już bardziej post-rockowe granie, bądź też jakiś specyficzny cosmic doom. Kawałek nabiera rozpędu i ciężaru, ale już nie po to, by łamać kości czy burzyć ściany. Ta podróż po prostu dobiega końca, misja została wykonana, ani jednego fana My Chemical Romance na sali, możemy zacząć od początku. Jeśli mamy siłę.



czytaj dalej »

piątek, 15 stycznia 2010

Tim Hecker - An imaginary country



Tim Hecker po raz kolejny udowadnia, że zasługuje na miano jednego z najlepszych twórców muzyki ambient obecnych czasów. “An imaginary country” to ok. 50 minut niesamowitej atmosfery i klimatu. Płyta roku 2009…

Kanadyjczyk serwuje nam jak zwykle cudowne ambientowe melodie, wszystko schowane jest za odrobiną szumów i trzasków. Pierwszym albumem Tima jaki miałem przyjemność posłuchać było “Harmony in Ultraviolet” i wciąż uważam tę płytę za najlepszą w jego dorobku. Mimo to słuchanie “An imaginary country” sprawia mi równie wiele przyjemności. Mamy tutaj do czynienia z naprawdę czymś niezwykłym, z czymś w co możemy się zagłębić całkowicie, a kiedy minie już owe 50 minut wcisnąć “play” ponownie.

Te dźwięki wciągają i hipnotyzują, delikatne melodie wprowadzają w trans przy czym wszystkie noise’owe odgłosy wcale nie przeszkadzają, wręcz przeciwnie! Idealnie dopełniają całe wrażenie. Tutaj nie na niepasujących elementów, wszystko stanowi całość – łącznie z dość minimalistyczną okładką.

Nie chcę wyróżniać tutaj lepszych czy gorszych utworów, ponieważ jak już wcześniej wspomniałem ta płyta stanowi całość i słuchanie pojedynczych utworów mija się z celem. Oczywiście nie ma tutaj mowy o jakiejkolwiek nudzie, od tej płyty ciężko się oderwać, te 50 minut mija niezwykle szybko.

Podsumowując “An imaginary country” to naprawdę niezwykła muzyka, która przenosi nas w zupełnie inny świat, wystarczy zamknąć oczy i uważnie się wsłuchać…

czytaj dalej »

środa, 13 stycznia 2010

Steven R. Smith - Cities


“He walked out into the road and stood. The silence. The salitter drying from the earth. The mudstained shapes of floating cities burned to the waterline. At a crossroads a ground set with dolmen stones where the spoken bones of oracles lay moldering. No sound but the wind. What will you say? A living man spoke these lines? He sharpened a quill with his small penknife to scribe these things in sloe or lampblack? At some reckonable and entabled moment? He is coming to steal my eyes. To seal my mouth with dirt.” - Cormac McCarthy, “The Road”

Już pierwsze dźwięki tej płyty skojarzyły mi się z doskonałą książką McCarthy'ego, w której opisuje on wędrówkę Ojca i Syna po zniszczonych nieznanym kataklizmem Stanach Zjednoczonych. Dwaj Amerykanie przedstawiają podobny rodzaj ascetycznego (post)apokaliptyzmu, w którym czytelnik lub słuchacz wyobraźnią zostaje przeniesiony do świata pozbawionego jakiejkolwiek definicji. Steven R. Smith, budując swoje utwory z ambientowych i dronowych strzępów, dzwoniących akordów pianina, field-recordingów czy rozmazujących się gitarowych efektów, prowadzi nas przez obdarte ze słów metropolie, miasta oraz miasteczka i pokazuje drogi, które już nigdzie nie prowadzą i nikomu nie służą. Zaskakująca jest przede wszystkim spójność wizji Smitha, nie tracąca napięcia, nie gubiąca się w dłużyznach. Kolejne dźwięki następują po sobie jak seria obrazów, ulepiona ze snu mistyka: tu działa intuicja. Tu działa „wyższy plan”, którego najprawdopodobniej sam Smith nie ułożył. „Coś” mu musiało pomóc – i obojętnie co to było, wykonało swoją pracę doskonale. Jedna z najlepszych płyt minionego roku.


czytaj dalej »

Bohren & der Club Of Gore - Midnight Radio


Zbliża się środek nocy. Czujesz ją wręcz namacalnie, jej chłodny zapach roztacza się wokół ciebie, a ciemną teksturę można kroić nożem. Wychodzisz ze średniej klasy przydrożnego motelu, gdzie byłeś zmuszony się zatrzymać, zapalasz papierosa i wypuszczając dym obserwujesz jego mimowolny lot. Wsiadasz do swego starego Lincolna, niedopałek ostentacyjnie wyrzucasz przez okno, podnosisz szybę, a odjeżdżając zostawiasz tylko tuman powolnie opadającego kurzu.

Przeskakujesz poszczególne stacje radiowe poganiając tylko kolejne szumy, zgrzyty, urywane głosy i dźwięki, aż w końcu trafiasz na coś odpowiedniego. Rozleniwione do granic możliwości dźwięki płynące z głośników wprowadzają w swego rodzaju stan hipnozy, która utrzymuje cię na pograniczu snu i jawy. Zapalony uprzednio kolejny papieros, niemalże bezwładnie zwisa przyklejony do twej wargi, a jego dym snuje się wraz z dźwiękami skrzętnie wypełniając całe wnętrze pojazdu, roztacza mleczną mgłę przed twoimi co rusz otwierającymi i zamykającymi się oczami. Otumaniony wzrok widzi jedynie biały pas i przestrzeń wyznaczaną przez reflektory auta. W oddali widać zbliżające się powoli światła latarni oświetlające żółtym światłem puste ulice. Wjeżdżając w głąb miasta okazuje się, że poza wiatrem, hulającymi po ulicy starymi gazetami i migającymi na granicy przepalenia żarówkami latarni, nie ma tam nikogo. Puste wystawy świecą półmrokiem, a przez uchylone okno pojazdu, przedostaje się delikatny podmuch wiatru, którym odchylając głowę do tyły i zamykając oczy, błogo się rozkoszujesz.

„Midnight Radio” to drugi krążek Niemców i kompletnie odmienny od tego co prezentują aktualnie. Dwie pierwsze płyty prezentują zupełnie inne podejście do muzyki, co oczywiście nie oznacza, że gorsze. Duże znaczenie odgrywa tu bas, którego niskie, leniwie snujące się tony, momentami rezonują w uszach na tyle mocno, że czoło mimowolnie się marszczy. Gdzieś w tle przemknie niepokojący rhodes. Nie bez znaczenia jest też gitara elektryczna, która w późniejszym czasie (już na następnej płycie!) zostanie zastąpiona saksofonem, który wpłynie bardzo korzystnie na atmosferę i sposób jej budowania w muzyce Bohren & der Club Of Gore. Zrobiłem sobie taki przekrojowy przegląd przez dyskografię Niemców i wyśmienicie widać ewolucję muzyczną jaką przebyli. Od surowych, brudnych basów do wysublimowanych saksofonowych, miękkich, klawiszowych przestrzeni. Jestem raczej zwolennikiem tego wygładzonego brzmienia, ale nie sposób nie docenić pierwszych podejść, które emanowały raczej pijacką, brudną i zadymioną aurą. Oba te wcielenia z pewnością łączy jedno – pełnia barw ukazuje się dopiero po zmroku.

„Midnight Radio” to dwie płyty i grubo ponad 2 godziny muzyki, co jest pewnym ewenementem w dyskografii Niemców, bo nigdy wcześniej ani później nie zaskoczą takimi longerami, jedynie sporadycznie pojedynczymi utworami. To zamierzony zabieg, muzyka ukierunkowana na leniwy trans, półświadomą hipnozę w oparach papierosowego dymu i alkoholowego otumanienia. Głównym założeniem albumu jest odwzorowanie nocnej jazdy samochodem, ale nic nie stoi na przeszkodzie włączyć nocną lampkę, wyjąć z salonowego barku kilkunastoletnią Whisky i popijając brunatny trunek, usiąść wygodnie w fotelu, zapalić papierosa i obserwować jak tytoniowa mgła porusza się w przestrzeni rzucanego światła.


czytaj dalej »

wtorek, 5 stycznia 2010

A Storm of Light - Forgive Us Our Trespasses


Amerykanie z A Storm of Light grają doom/sludge/post-metal najbliższy chyba dokonaniom Neurosis. Ich debiut zatytułowany “And We Wept the Black Ocean Within” był bardzo monotonny i z trudem przebrnąłem przez te ponad 60 minut muzyki, która równie dobrze mogłaby być akompaniamentem do apokalipsy.

W końcu liderem zespołu jest człowiek odpowiedzialny za wizualizacje wspomnianej formacji, znany także z Red Sparowes. Stawianie na upośledzony minimalizm i tworzenie sztucznego nastroju apokalipsy nie spodobało mi się szczególnie i do płyty już nie wróciłem. Choć nie można było odmówić jej pewnych walorów.

Dlatego do ich nowej płyty podszedłem z dystansem. Zastanawiałem się czy przetrwam kolejną dawkę tej zbyt pompatycznej i trudnej muzyki. Natrafiłem przypadkiem na klip do „Tempest” i od razu uznałem ten utwór za coś fantastycznego, bijącego na głowę cały poprzedni krążek. Nowe oblicze zespołu okazało się nieporównywalnie ciekawsze a wydaję się, że z pozoru bardzo niewiele się tak naprawdę w ich muzyce zmieniło. „Forgive Us Our Trespasses” oferuje o wiele bardziej interesujące aranżacje, przykuwa uwagę słuchacza niecodziennymi patentami. Utwory są zachowane w podobnej stylistyce, ale nie zlewają się w jedną całość.

Słychać prawie non stop ciekawe riffy, dobrze zagrane i zaaranżowane zwolnienia. Śpiewane, posępne wokale, które mocno irytowały na poprzedniej płycie nagle stają się wielkim atutem. Album wydaje się dojrzalszy, bardziej naturalny, zdecydowanie lepiej zagrany i wyprodukowany. Klimat nadal ocieka ciężarem i niepokojem. Co ważne, płyta to monolit, stanowi bardzo dobrze dobraną całość, bez słabszych momentów.Mimo, że nadal brzmi to jak A Storm of Light to wywołuje kompletnie przeciwne emocje co debiut.

Cieszy mnie taka metamorfoza, zwłaszcza, że rok 2009 nie obfitował w ciekawe premiery spod znaku szeroko pojętego sludge/post-metalu. Takie albumy jak ostatnie Minsk, Isis, Callisto czy Baroness (o szufladki się można spierać oczywiście) dla mnie były spektakularnymi klapami. Na tym tle album A Storm of Light wypada co najmniej dobrze. Oczywiście nie jest to muzyka dla wszystkich, nawet fanów gatunku może odrzucić swoją nieprzystępnością, a być może to nowe oblicze zespołu będzie miało wielu zwolenników wśród tych, którzy tak jak ja, skreślili A Storm of Light już po debiucie .

czytaj dalej »

wtorek, 29 grudnia 2009

Batcheeba – Various Complications


Mroczne dźwięki prosto ze skutej lodem Norwegii. Jednoosobowy projekt penetrujący dogłębnie okolice mroku, pieszczący uczucie niepokoju i znajdujący jeszcze czas dla innych bardzo konkretnych głosów. A demiurgiem jest w tym wypadku wyjątkowo zapracowana kobieta.

Przez długi czas nie wiedziałem, jak zacząć pisać o tych dziesięciu utworach. Właściwie to nadal nie wiem. Mam powiedzieć, że pierwszy, „mother”, umiejscawia mnie już w jakimś regionie niepokoju, że jest tam dość rytmiczna elektronika, monotonna, mantryczna może i nieprzyjemne krzyki jakiejś kobiety? Poważna dawka niechęci, agresji w zestawieniu z tymi obojętnymi, ale żywymi, dźwiękami i głosem zza kadru. „Infection loves the child” swoim dudniącym brzmieniem i oddalonymi głosami podsyca coś nieprzyjemnego w uszach słuchacza. Jeśli dodać do tego, że autorka tej muzyki przez jakiś czas pracowała z autystycznymi dziećmi...robi się zimno. „Forward foetus” nie pozostawia złudzeń; mamy do czynienia z zupełnie wypaczonymi dźwiękami, dziwnym postrzeganiem świata. A zamykający album „are you afraid”, pytanie oczywiście dotyczy ciemności, sugeruje, że powinienem odpowiedzieć twierdząco. Jeszcze godzinę temu, bym się tego po sobie nie spodziewał.

Various Complications jest chyba zbiorem (co zresztą sam tytuł może przewrotnie sugerować) paru wcześniej publikowanych utworów i kilku nowych. Odsłuchując materiał zupełnie nie do wyłapania. Jest to album przemyślany i zrównoważony. Można byłoby nawet stwierdzić, że muzyka przebiega dwutorowo, z jednej strony plamy dźwięków, okołoambientowe czucie muzyki, przestrzeń i niespokojne rozmywające się pejzaże, z kolei z drugiej: wyraźnie naznaczony rytm, konkretna i czytelna struktura. Machina? Nie szaleńczo pędząca, ale wystarczająco, by porwać słuchacza i zmiażdżyć go w swoich niewidocznych trybikach. Nie jest więc monotonnie, to dobrze. Nawet bardzo. Podobnie dzieje się z głosem Batcheeby, który zestawiany jest z jakimiś cytatami niewiadomo pochodzenia.

(W tym przypadku zdecydowanie łatwiej jest słuchać niż pisać.) Mroczna podróż w głąb siebie? Może i tak. Nawet raczej na pewno. Jakbym miał się do czegoś odwołać, przyrównać, to zdecydowanie byłoby to nasze rodzime Sui Generis Umbra. Batcheeba wokalnie nie szaleje tak jak eLL, ale z pewnością ma wyrazisty pomysł na siebie. Gdzieś w okolicach pierwszej i drugiej płyty polskiego duetu mógłbym śmiało Various Complications postawić.
Osobiście uważam to za bardzo dobrą rekomendację.

Ucieszyło mnie, że w norweskich ciemnościach kryje się taka postać, oryginalna i nad wyraz płodna. Warto rozejrzeć się za jej innymi projektami, a jeśli ktoś miałby ochotę na ten materiał, to zapraszam tu.

czytaj dalej »

środa, 23 grudnia 2009

Nosaj Thing - Drift



Oj, na początku ciężko było się nam zapoznać z panem Nosaj Thing. Czułem to „coś” co siedzi w jego debiucie i czułem że to „coś” jest wyjątkowo interesujące, ale nie wiedziałem jak to ugryźć. Jednak jak to bywa z dobrymi płytami, po którymś odsłuchu, tajemniczy producent z Los Angeles, skromnie otworzył mi drzwi do swojego muzycznego świata.

Nosaj Thing jest muzykiem i to określenie najlepiej do niego pasuje. W jego dźwiękach wybrzmiewa specyficzna połamana elektronika, która ostatnio bardzo ciekawie rozwija się w LA, łączy się ona momentami z ambientowymi przestrzeniami, zamgloną melancholią z okolic Boards of Canada i hip hopowymi bitami. Nosaj Thing, mimo tych odwołań, nie stosuje ani jednej kalki, to jego autorska wizja muzyki – od pierwszej do ostatniej minuty tego krótkiego albumu.

„Drift” to album miejski, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Raz poruszamy się po opustoszałej metropolii, która ma odcień błękitu i jest mokra od deszczu, potem idziemy nocą po „rozbudzonej” ulicy, napakowani jakimiś dragami, a intensywnie świecące i migające neony układają się w jakiś psychodeliczny kolaż. Natomiast takie utwory jak: „Caves”; „Light 1” idealnie ukazują typowy wielkomiejski pęd.

Zawyrokowałbym jedną rzecz, choć nie wiem czy nie jest jeszcze za wcześnie na taką tezę, ale czuję jakieś duchowe powinowactwo między Nosaj Thing i innymi oryginalnym twórcami elektroniki z Los Angeles, takimi jak Flying Lotus czy Gaslamp Killer, a klasykami jazzowymi, takimi jak Miles Davis czy John Coltrane. Wydaje mi się, że muzyce tych twórców, mimo że istnieją na zupełnie innej płaszczyźnie stylistycznej, przyświeca podobna idea - ukazanie szybkiego życia miasta, gdzie, pozornie, nie ma miejsca na odczucia jednostki. Jednocześnie potrafią odnaleźć w tych miejscach jakąś szczyptę melancholii, spokoju i indywidualizmu jednostki otoczonej tysiącem innych osób. Ukazują miasto, które nienawidzimy i kochamy zarazem.

Oczywiście „Drift” ma sporą część znamion debiutu. Czasem, odbiorca żałuje, że autor nie wziął w dłoń nożyczek i nie skrócił w niektórych miejscach swojego i tak krótkiego albumu. Bo kilka utworów trochę się dłuży, co źle wpływa na interesujący muzyczny koncept całości. Ale mało kto, jako debiutant, nagrywa dzieło wybitne. A „Drift” zwiastuje nadejście naprawdę fascynującej muzycznej osobowości. Ja już osobiście wyczekuję z wielkimi nadziejami kolejnego albumu Nosaj Thing.

czytaj dalej »

wtorek, 22 grudnia 2009

Bohren & der Club Of Gore - Dolores



Nie cierpię niemieckiego. W szkole szło mi całkiem nieźle, ale robiłem po prostu dobrą minę do złej gry, no cóż, czasami trzeba. Ale już wyjaśniam, to tylko „rasizm językowy”, o ile takowy istnieje, do samej narodowości nie trawię żadnej urazy, a już na pewno nie do panów z Bohren & der Club of Gore. Mam jedynie do nich żal za ostatni "Dolores", który mam nadzieję był tylko fatalną pomyłką przy pracy.

Nie pamiętam już dokładnie, od której płyty zacząłem znajomość z Bohren & der Club Of Gore, ale doskonale pamiętam, że zostałem zwalony z nóg. Tak jak stojący z wrażenia siadają, tak chyba ja będąc wtedy w pozycji siedzącej, powinienem był się położyć. "Czegoś takiego szukałem" pomyślałem i zacząłem eksplorować malowany ciemnym barwami świat Niemców. Trzeba przyznać, że kwartet nie ma zbyt dużej konkurencji na muzycznym terytorium jakie wyznaczyli. Nietuzinkowa hybryda ambientu, jazzu i doom metalowej motoryki nie znalazła zbyt wielu naśladowców. Natchniony poprzednimi dokonaniami, kolejnego krążka wyczekiwałem bardzo intensywnie. No i chyba niepotrzebnie tak bardzo się nastawiałem, bo "Dolores" strasznie mnie rozczarowało, nie tego oczekiwałem od sąsiadów zza zachodniej granicy, po dość namiętnym wyczekiwaniu.

Żeby policzyć momenty, które przykuły moją uwagę na tym krążku, nawet jedna dłoń będzie zbyt dużym polem manewru. Jestem mocno zawiedziony, tym że nie dostałem kolejnej dawki przytłaczającej i ponurej, night music, a jedynie mało ciekawe i zwyczajnie w świecie nudne smęcenie, które obok atmosfery zawartej na wcześniejszych albumach niestety nawet nie przemknęło. Co z tego, że zasada budowania atmosfery jest podobna, skoro ta nuta kompletnie nie chwyta? Instrumentarium się nie zmieniło, nadal słychać sunący przy ziemi, głęboki bas, saksofon czy rhodes, ale w tej odsłonie wszystko to jakoś niespecjalnie jest w stanie mnie poruszyć. Nie wiem, może zbyt zakorzeniłem się w ponurej, depresyjnej aurze poprzednich dokonań i ten lekko romantyzujący jazz nie jest w stanie mnie zachwycić. Dałem sobie czas i poczytałem opinię na temat krążka w sieci. Rozbawiło mnie sformułowanie w jednej recenzji o tym, że "Dolores" nie różni się od poprzednich albumów; że jeszcze więcej w niej tęsknoty i depresyjnej melancholii. Trzeba być głuchym, żeby tego nie słyszeć. Chyba nie wypadało inaczej napisać stąd przesadna do bólu przychylność.

Co by nie było aż nader dramatycznie, całkiem nieźle wypada plamisty "Schwarze Biene (Black Maja)" i to też w sumie tylko fragmentami, oraz wieńczący album "Welten". Reszta? Są momenty, ale całościowo to się zwyczajnie w świecie nie broni. Przykro mi to mówić, ale ten krążek po prostu nudzi i ma się nieodpartą ochotę, żeby już się skończył. Zdecydowanie wolę wrócić do poprzednich albumów. "Dolores" to chyba najsłabsza pozycja w dorobku Bohren & der Club Of Gore. Ale cóż, wybaczam im tą wpadkę i póki co, będę pocieszał się wcześniejszymi albumami bo do tego wątpię, żebym jeszcze z własnej woli powrócił.


czytaj dalej »

Bohren & der Club Of Gore - Mitleid Lady



Punktem wyjścia w momencie tworzenia muzyki jest jeden podstawowy dźwięk, który staje się kluczem do pozostałych. Jeden akord, który sprawia, że cała reszta zaczyna na naszych oczach mimowolnie powstawać. Z małego, pozornie nic nie znaczącego dźwiękowego zarysu, zaczyna kiełkować zwarta konstrukcja o pokaźnych rozmiarach. Nuta będąca idealnym spoiwem dla pomysłów tkwiących w głowach muzyków, a ich możliwościami zaklętymi w instrumentach. Dokładnie takim, jest właśnie dźwięk otwierający EP Niemców.

W sieci doczytałem, że tej EP nie należy rozpatrywać jako część oficjalnej dyskografii Bohrem & der Club Of Gore. "Mitleid Lady" to element projektu o nazwie "Latitudes", który zrodził się z inicjatywy wytwórni Southern Records i zrzesza wielu artystów. Projekt powstał, by oddać hołd znanemu brytyjskiemu dziennikarzowi muzycznemu, który podczas swojej 40-letniej kariery trudnił się promowaniem brzmień nowatorskich. Materiał na EP został nagrany już jakieś 2 lata temu między sesjami nagraniowymi do "Geisterfaust" i "Dolores", ale wydany został dopiero w tym roku.

Za pierwszym razem, gdy osłuchiwałem się z tym mini-albumem, podszedłem do niego bardzo sceptycznie. Wydał mi się nudny, mało ciekawy, krótko mówiąc, poszedł w odstawkę. Kilka dni temu postanowiłem dać mu jeszcze jedną szansę, spróbować po raz kolejny. Tym razem efekt był piorunujący i o 180 stopni zmienił moje zdanie. Jeden utwór, jedno minimalistyczne, oszczędne uderzenie w bliżej nieokreślony instrument (za cholerę nie wiem na czym to jest zagranie, ale brzmi genialnie), wygenerowało niepowtarzalny klimat, który unosi się przez cały czas trwania utworu i w różnych wariacjach po drodze jeszcze się pojawia. Sporadycznie słychać saksofon znany ze starszych dokonań czy zdawkowe uderzenia w charakterystyczne pianino Rhodesa. Całość spowita gęstą mgłą niskich i powolnych tonów basu, którego dźwięk zdaje się ciągnąć w nieskończoność. Powtarzalność i minimalizm, w tym przypadku to cechy przemawiające jak najbardziej na korzyść.

Mimo wszystko, atmosfera "Mitleid Lady" jest daleka od tego, do czego przyzwyczajeni byliśmy takimi płytami jak "Sunset Mission" czy "Black Earth". Jazzu tu jest jak na lekarstwo, ale czy to źle? Wszystko zręcznie oprawione w ramy monumentalnego ambientu, który snuje się leniwie i ociężale. Tym razem Bohreni zawędrowali w nieco inne rejony, aura nocnego, oświetlonego, opustoszałego miasta uleciała. W tej odsłonie spacerujemy po piaszczystych pustkowiach, gęste krzewy turlają się po ziemi, a wiatr ciska ziarnka piasku w nasze policzki


czytaj dalej »

sobota, 19 grudnia 2009

Monkeypriest - Defending the Tree


Hiszpanie też potrafią! – chciałem wykrzyknąć, jak tylko to zobaczyłem. Arriba España! albo Viva España! – już w zależności od poglądów politycznych. Czyli podszedłem bardzo entuzjastycznie do tego nagrania. Ten optymizm nieco zmalał po pierwszym przesłuchaniu, lecz na pewno została zdecydowana sympatia.

Moneypriest to debiut płytowy młodego zespołu prosto z Sevilli. Féretro Records tak reklamuje ten album: Vicious, corrosive and primate sludge in the vein of grief, eyehategod, moho... Może. Sam zespół o sobie mówi, że chodzi im o naturę, ratowanie jej przed ludzką destrukcyjną działalnością, która bezlitośnie rozporządza otoczeniem. Jest to apel o ochronę naszego dziedzictwa, gdzie to, co prymitywne jest nad wyraz istotne w zestawieniu z niekontrolowanym rozwojem. Czyli plus od zielonych i podobnych sympatyków natury.
(W tym momencie przyszła mi do głowy taka refleksja, na ile różni się polska ekologia od chociażby hiszpańskiej. Pomijam oczywiście ogólnoświatowe akcje, w które włączają się ochotnicy z różnych krajów. Mam na myśli takie miejscowe działanie. Jak to wygląda w jedynym europejskim kraju, który posiada geograficzną, prawdziwą pustynię? W kraju, który przez ostatnie lata nękany był poważnymi suszami. W którym zakręcano wodę dla licznych fontann i zabraniano właścicielom prywatnych basenów napełniania ich.)

Epka ta składa się z czterech utworów o następujących tytułach: „the march of the monkey”, „defending the tree”, „war for the throne” i „doomsday”. Nie trzeba być geniuszem, żeby dostrzec, że tworzy to w pewną prostą i sugestywną historyjkę. Muzyka zresztą sama to potwierdza. Całość rozpoczyna się w sposób marszowy i nieco hipnotyczny, szykuje się wojna, to oczywiste. Ten instrumentalny wstęp przechodzi od razu w walkę o drzewo. Nie jest to może okrutnie wyszukana muzyka, jakiś sludge, nieco doom, stoner pobrzmiewa, ale mieszankę tę słucha się całkiem przyjemnie. I hardcore też. A skojarzenia niczego sobie: Black Sabbath, odrobina Kyussa lub Electric Wizard, może gdzieś tam Slayer mi mignął. Najbardziej zaskoczył mnie najdłuższy, trzeci utwór, prawie dziesięć minut, w którym pan wokalista brzmiał niemalże jak Vorphalack w okolicach Blood Ritual (1992). Nawet ten riff nieco podchodził mi pod „after the sepulture”. Takich skojarzeń oczywiście może być więcej, ale chyba nie ma sensu bym tutaj wszystkie przytaczał. Nie traktuję ich przecież jako zarzut.

Utwory nie nudzą, są różnorodne i pomysłowe. Można by się odrobinę czepić produkcji, nie jest zbyt klarowna, powiedziałbym, że niezdecydowana. Ani nie poszła stricte w brudne brzmienie, ani nie wbija słuchacza w fotel. Jest taka trochę zawieszona, ze znakiem zapytania nad głową. Ale to, co słyszę, każe mi wierzyć, że Hiszpanie mogą wypadać smakowicie na koncertach. Może mój następny pobyt w na Półwyspie Iberyjskim spróbuję zgrać z jakimś ich występem?

Najbardziej zakręcony utwór, „doomsday” zaczyna się od hiszpańskiego dubbingu z Planet of the apes: Esta en juego la supervivencia de los simios; Ademas, el hombre es inútil; Cuanto antes sea exterminado tanto mejor. W wolnym tłumaczeniu: Stawką jest przeżycie małp; poza tym człowiek jest bezużyteczny; im szybciej zostanie eksterminowany, tym lepiej.
I cóż tu dodać? Moja miłość do gatunku ludzkiego cierpi.

Debiut debiutem, rządzi się swoimi sprawami. Poza tym nie wiem, jak wygląda ich scena muzyczna, co tam się wyprawia, więc nie sposób ocenić w szerszej perspektywie. Jednak powodów do narzekań specjalnych nie widzę, wręcz bardzo mi się podoba i uważam, że brzmi to obiecująco. Ale – właśnie, jedno „ale” – wolałby, by ludzie zaangażowani w ratowanie przyrody słuchali i śpiewali Lennona niż Monkeypriest. Jeszcze przez przypadek stanąłbym im gdzieś na drodze i marnie widzę mój żywot. Tak czy inaczej – polecam, może nic mi się nie stanie.

czytaj dalej »

piątek, 18 grudnia 2009

Starsplanesandcircles - Structures


Nie macie wrażenia, że jeśli powiem o wielości dobrodziejstw jakie pojawiły się ostatnio w naszej muzycznej piaskownicy, to będę monotematyczny? Oczywiście, że będę, ale co zrobić skoro na każdym kroku potykam się o coś interesującego. Większość to zdecydowanie projekty z klasycznym, gitarowym instrumentarium, ale pojawił się na horyzoncie godny większej uwagi projekt z kręgu muzyki ilustracyjnej. Udział w projekcie brali ludzie związani z takimi zespołami jak Neuma, Ketha, Kostas New Progrram i innymi przedstawicielami prezentujących własne muzyczne wizje odbiegające od schematów. Mój muzyczny patriotyzm po raz kolejny dał o sobie znać i czym prędzej postanowiłem się temu bliżej przyjrzeć.

"Structures" to jedna wielka przestrzeń, której elementami składowymi jest pięć struktur, każda na swój sposób inna, odrębna, ale pasujące do siebie na tyle, aby wszystko można było złączyć w jeden funkcjonujący organizm. Twór, którego materia całkowicie nas pochłania, niczym gęsta maź wciąga w zupełnie inny, alternatywny wymiar. Staje się pryzmatem, przez który zaczynamy postrzegać rzeczywistość i dostrzegać wiele rzeczy nie widzianych wcześniej. Dźwiękowe struktury to konstrukcje bardzo wymagające, trudne do błyskawicznego rozszyfrowania i zrozumienia. Trzeba czasu, skupienia i poświęcenia, aby odnaleźć się w świecie kreowanym przez ów projekt. Dźwięki, które daje się umiejscowić w otaczającej Cię rzeczywistości to podstawowe założenie projektu. Muzyka ilustracyjna to chyba najlepsze określenie na muzyczną inkarnację projektu. Nawet ciężko jest nazwać to muzyką, ponieważ wszystko brzmi bardzo realistycznie, jakby rozgrywało się wokół nas, to raczej dźwięki rzeczywistości przepuszczone przez filtr nieograniczonych możliwości wyobraźni autorów.

Szmery, zgrzyty, kroki, stukanie, zbliżający i oddalający się hałas, przypominający nocny, miejski zgiełk, w którym uczestniczysz. Obserwując świecące neony napotkanych barów, sklepów czy wielkich diodowych ekranów pełnych zmieniających się reklam przemierzasz zaludnione chodniki. Ulice przepełnione są samochodami, pod których kołami pojawiają się i znikają parujące studzienki kanalizacyjne. Zatrzymujesz się przy starym klubie, z okien umieszczonych poniżej parteru dobiegają dźwięku saksofonu i trąbki, od zaplecza ktoś wychodzi na papierosa. Z czasem ulice pustoszeją, wszystkie dźwięki zdają się być ostrzejsze, o wiele bardziej wyraziste i klarowne niż wcześniej. Nagle ktoś zdaje się krzyczeć. Nie jest to zwykły krzyk, raczej przeraźliwy, kliniczny, upośledzony wrzask. Chwila zwątpienia, spojrzenie za siebie, może tylko Ci się wydawało?

Osobiście, jest to dla mnie krążek z cyklu - "nie do końca zrozumiałe, ale jednocześnie fascynujące". Mam nieodpartą potrzebę ciągłego powtarzania całego spektaklu, ponownego doszukiwania się szczegółów, odnajdywania toku myślenia autora jak np. zaburzona kolejność poszczególnych struktur, czy to wszystko byłoby aż tak proste, że trzeba to po prostu ustawić po kolei? Zarówno w odwróconej kolejności jak i zgodnie z nią, całość pasuje do siebie na tyle, aby nie zburzyć atmosfery. Urzeczywistnione koszmary, syntetyczna sterylność dźwięków, chłód, ale i zarazem lekka nuta groteskowych obrazów rodem z narkotycznych bad tripów. Czuć klaustrofobiczne wnętrze, do którego kontrastem staje się eteryczna przestrzeń, niekiedy bardzo rzeczywista, a momentami totalnie odrealniona.


czytaj dalej »

środa, 16 grudnia 2009

Female – Female


To dopiero dziwny album. Albo raczej ep lub coś jeszcze mniejszego. Zaledwie dwa utwory, jedenaście minut muzyki (szeroko rozumianej). A cała historia wydaje się być opowiedziana na okładce. Tak, pali się, a my jesteśmy w środku. Podejrzanie spokojny jest jednak ten pożar, może już leżymy na ziemi w przedpokoju częściowo pozbawieni przytomności? Albo jeszcze inaczej... Gorzej.

Zasady postępowania podczas pożaru są dość oczywiste i wpajane nam od dziecka: spieprzać, nie otwierać drzwi, za którymi jest gorąco, leźć blisko ziemi, by się nie nawdychać, mieć czym się przykryć, nie lać na urządzenia elektryczne, rolować się, gdy zajmiemy się ogniem, a w razie odcięcia drogi ewakuacyjnej, skorzystać z okna. I ten, dzwonić na strażaków. Wracając jednak do ostatniej myśli z poprzedniego akapitu – słuchając tego nagrania łatwo rozpoznać, że nie jest to już szalejący ogień (jak na okładce). Raczej dogasający. W tej perspektywie jesteśmy więc tylko krzywą masą zwęglonego ciała. Niczego się w dzieciństwie nie nauczyliśmy. To może wyjaśniać inne dźwięki „nie z tego świata” i ezoteryczną atmosferę.

O autorze (autorce?) wiadomo niewiele, poza tym, że to jednoosobowy projekt. Może i lepiej, niech tak pozostanie. Wśród dziwnych rzeczy ambientowych czy noiseowych, które w życiu słyszałem, Female (2009) jest absolutną perełką. Nawet jeśli nie jest to ambient ani noise. (A czemu utwory zostały zatytułowane „bitch 1” i „bitch 2”? Nie wiem.) Słucha się tego przyjemnie, z niepokojem pod skórą, segregując dźwięki na wytłumaczalne i niewytłumaczalne. Widać taki romantyczny dualizm postrzegania nic nie stracił ze swojej atrakcyjności. Można żałować, że trwa to tak krótko. (Luźne blackmetalowe skojarzenia wywołane okładką, są tylko bardzo luźnymi skojarzeniami.)

TheeBradMiller, który odkrył i udostępnił to nagranie, zasługuje na jak najniższe pokłony i szczerą wdzięczność. Ktoś ma ochotę parę minut pobyć poza ciałem z raczej nieprzyjemnymi (zimnymi) perspektywami na przyszłość? Zapraszam.

czytaj dalej »

King Midas Sound - Waiting For You



Znowu to zrobił. Po raz kolejny pokazał, że można stworzyć nową jakość nie popadając w rutynę. Mowa tu o najnowszym wcieleniu Kevina Martina - King Midas Sound. Dla osób, które śledzą jego twórczość, powstanie nowego projektu nie jest wielkim zaskoczeniem. Zdążył już zrobić kisiel z mózgu słuchaczom przy projektach The Bug, Techno Animal, GOD czy chociażby ICE.

Tym razem do współpracy zaprosił Rogera Robinsona, wokaliste z bogatym doświadczeniem literackim. Chociaż określenie wokalista może być w tym przypadku lekkim nadużyciem. Problemu nie zauważałem przy słuchaniu, poprzedzających album, EP’ek. Spokojny, stonowany wokal idealnie wpasował się w mroczne dubowe podkłady Kevina. Stworzyli niepowtarzalny nastrój, przy którym można było się zrelaksować, zebrać myśli, odpłynąć. Narobili niezłego apetytu na długo przed wydaniem pełnego albumu, dodatkowo ich utwory można było znaleźć na kompilacjach „5 Years Of Hyperdub „ oraz „Box Of Dub” w towarzystwie artystów takich jak Kode9 & Spaceape, Burial, Flying Lotus i wielu innych. Niestety „Waiting For You” nie broni się jako całość. Monotonny wokal Rogera wywołuje skutki uboczne u słuchacza w miarę trwania albumu. Kolejna płyta, której nie należy słuchać w nocy prowadząc samochód. A przecież można by pozostawić kilka utworów w wersji instrumentalnej eksponując perełki takie jak „Earth A Kill Ya”, „Lost”, „Meltdown” czy „Cool Out”. A może dać większe pole do popisu gościnnie udzielającej się Hitomi? Jej wokal doskonale kontrastuje z głosem Rogera, co można usłyszeć w krótkiej autoprezentacji KMS, poniżej.

Już teraz jestem ciekaw kolejnej odsłony King Midas Sound. Pozostało tylko czekać. I’m waiting for you.




czytaj dalej »

Kodiak & Nadja (split)


Kolejny split od Nadja, tym razem z niejakim Kodiak. Spodziewałem się różnych rzeczy, lecz nie przewidziałem, że bliżej nieznany zespół wypadnie lepiej od osławionego duetu z Toronto. Z drugiej strony to dobrze, że takie zaskoczenia czasem się zdarzają.

Pod nazwą Kodiak ukrywa się tercet: gitara (Seppo), bas (Tommy) i perkusja niekiedy z wokalami (Mark). Dość skromnie. Warto pewnie dodać, że demo pojawiło się w roku 2008. Z kolei w lutym bieżącego Anno Domini wydali pierwszy oficjalny LP, który zresztą zawiera ten sam materiał co demo. Zatytułowane to zostało po prostu Kodiak, nie miałem jeszcze okazji zaznajomić się z nim. Jak rozumiem ich wspólne wydawnictwo z Nadja jest trzecim dziełem panów z okolic Gelsenkirchen i Oberhausen. To gdzieś na zachodzie Niemiec. Swego czasu (nie wiem, jak to wygląda aktualnie) Aidan Baker wraz z Leah Buckareff przenieśli się do Berlina, co zresztą sobie bardzo cenili. Można więc mniemać, że to wydawnictwo jest pokłosiem tamtejszych kontaktów.

Utwór zaprezentowany przez Kodiak zwie się „MCCCXLIX the rising end”. Przyznaję się, że nie do końca wiem, co oznacza ta data w tytule. Może rok, w którym spalono siedemset żydów, rzekomych sprawców epidemii dżumy? To akurat w Bazylei było. Zdecydowanie bliżej niemieckich terenów wydaje się być kwestia pojawienia się niejakiego antykróla – Günthera Schwarzburga, który zresztą w tym samym roku, po wniesieniu się na tron, umiera. To już prędzej. Nie sądzę, żeby panowie tą nazwą składali hołd zespołowi blackmetalowemu z Oslo. Tak czy inaczej, Kodiak zaprezentował się z bardzo dobrej strony. Muzyka (jakiś postmetal i drone), którą zaproponowali brzmi jak...skomplikowana operacja na pogruchotanej ręce, ze szczególnym uwzględnieniem łokcia. W nocy. Na ulicy. Pod parasolem, bo akurat pada deszcz, co lekarzom nie ułatwia z pewnością sprawy. Czuć, że muzycy odrobili pracę domową i dobrze znają dorobek Kanadyjczyków, nawet to pianino pod koniec nasuwające skojarzenie z moim ukochanym „absorbed in you” z 2005 roku (split z Methadrone).

„Kitsune fox drone” to z kolei utwór zaprezentowany przez Nadja. Nieszczęsne „kitsune” z japońskiego się wywodzi i oznacza po prostu lisa. W mitologii tamtejszej: zwierzę tajemnicze, magiczne, mogące przybierać ludzką postać. Skoro tak... Jeśli miałbym tę część opisać w równie obrazowy sposób, stwierdziłbym, że ten utwór to takie...zaleganie na tylnym siedzeniu samochodu. Patrzenie w noc. Pada śnieg. Monotonna i nieprzyjemna jazda przez las. Nagle wyczuwalna nierówność pod kołami. Ewentualnie stłumiony pisk. I tyle widziano lisa. Utwór ten tonie w przesadnym szumie, coś się pod nim dzieje, ale po pewnym czasie szkoda siły, by się do tego przedzierać. Przysłuchiwałem mu się parę razy i ciągle napada mnie to samo zmęczenie i zniechęcenie. Magia się ulotniła. Utwierdzam się w przekonaniu, że z Nadją ostatnio najlepiej nie jest.

Split jak split. Dwa utwory po dwadzieścia minut. Może warto do tego zajrzeć, by zapoznać się z dobrze wykonaną robotą przez Niemców. Bez specjalnych fajerwerków, ale na pewno przyzwoitą. I chwilę zadumać się nad brakiem pomysłu na siebie kanadyjskiego duetu. Kryzys, jak widać, każdego może dopaść.

czytaj dalej »

wtorek, 15 grudnia 2009

Neurosis - The Eye of Every Storm



Jak to zawsze bywa w grudniu zastanawiam się jak będzie wyglądał mój ranking najlepszych a.d. 2009. Ten rok jest jednak szczególny, ponieważ zamyka także dekadę (w zasadzie to dekada kończy się za rok, ale Amerykanie z Decibel chyba tego nie wiedzą i już podsumowanie dziesięciolecia zrobili). Wobec tego i ja o taki mój osobisty ranking pewnie w niedługiej przyszłości się postaram, a na pewno znajdzie się na nim płyta wybitnej formacji Neurosis - The Eye of Every Storm.

Dla niektórych Neurosis to kult i jeden z najważniejszych zespołów w historii, z kolei innych zastanawia ich fenomen i nie widzą w tych dźwiękach nic wybitnego. Mnie długo zajęło poznanie ich obszernej dyskografii, ale omawiany krążek stawiam chyba najwyżej. Z drugiej strony obok Through Silver In Blood jest to płyta najbardziej wymagająca, trudna w odbiorze na samym początku, a przy tym najbardziej frapująca i wciągająca.

Kto zna Neurosis, wie że jest to grupa, która z każdym kolejnym albumem ewoluuje, żadna z płyt zespołu nie jest taka sama. Ich dokonania od początku (nie wliczając pierwszych dwóch płyt) cechuje odważne podejście do własnej twórczości. Słuchając The Eye of Every Storm faktycznie czujemy się jak w oku cyklonu. Album może z początku odrzucać swoim trudnym, dość przygnębiającym klimatem, jednak koniecznie należy dać mu szansę. Tutaj wszystko ze sobą współgra i tworzy jedną, wspaniałą całość. W dyskografii zespołu, jest to chyba najbardziej spójny album, o jednostajnym klimacie. Im więcej go słucham tym bardziej widzę w tej muzyce czystą sztukę, nieskazitelne piękno każdego dźwięku wypływającego z głośników. Aż chcę się za każdym razem mocniej i uważniej w nią wsłuchiwać i czerpać z niej tyle ile się da. Nie potrafię jej włączyć i przejść obojętnie myśląc o czymś zupełnie innym lub o tym co włączę jako następne. Nie ma tu nic co bym zmienił, żadnego momentu który nie pasuję do reszty.

The Eye of Every Storm hipnotyzuje, wprawia w niepokój, lęk, a jednocześnie sprawia że za każdym razem gdy słucham tej płyty odkrywam w niej coś nowego. Właśnie takie płyty najbardziej cenię, ale nie zamierzam jej nikomu rekomendować. Jest to dzieło wymagające od słuchacza skupienia i zaangażowania się w słuchanie. Najlepiej odkryć ją samemu i delektować się jej wybitnością. Ten ociekający pustką i powagą album, wbrew swej ponurości sprawia, że moje serce się raduje słuchając jednej z najlepszych płyt tej dekady i w historii muzyki w ogóle.


czytaj dalej »

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Grammal Seizure – Dedicated to COUM and TG


Każdy ma prawo do wyznawania tego, co chce. Kierowania modłów i pokłonów w kierunku wybranego bóstwa. Zwłaszcza jeśli za istoty boskie robią w tym przypadku muzycy kultowego Throbbing Gristle. Tę wiarę w pełni rozumiem i bezapelacyjnie popieram.

Wszystko pięknie, nawet Erik Stanger zaimprowizował u siebie w domu ołtarzyk dla Genesisa P-Orridge i reszty załogi (zdjęcie poniżej), ale muzycznie nie jest już tak błogo. W końcu to niemal w najczystszej postaci Tribute to..., czego nie jestem zwolennikiem. Tutaj znalazły się jedynie trzy utwory, z których, jak rozumiem, pierwszy odwołuje się do prehistorycznej tradycji grupy COUM (zresztą o tytule „COUM transmission”), drugi to cover mało znanej piosenki TG („weapons training”) i na końcu luźna wariacja pod tytułem „1975 death factory”.

Twórca Grammal Seizure już wcześniej zabierał się za przerabianie twórczości swoich idoli. Wtedy padło na popularny i powszechnie rozpoznawany przez fanów industrialu „discipline” i chociaż utwór wydaje się nie do spieprzenia, relatywnie prosty i nośny dzięki swojemu rytmowi, to Erik nie podołał do końca. Jego wersji brakowało magii, co w sumie ciężko uważać za pełnoprawny zarzut, po prostu nie każdy może być panem P-Orridgem. Nie ta charyzma, pomysłowość, szaleństwo w oczach i w głosie. Piosenki zawarte na Dedicated to COUM and TG sprawiają wrażenie nagrywanych na kolanach (też trochę na kolanie). To już akurat niedobrze.

Pierwszy utwór to bezkompromisowe tępienie słuchu, jednak gdyby nie podpis to nie skojarzyłbym do kogo ma to nawiązywać. Ostatni z kolei też niewiele wnosi i raczej odsyła słuchacza do Death camps (2009) niż nieobliczalnych Brytyjczyków. Status „można się zapoznać” nadaję „weapons training”. W pierwotnej wersji była to minutowa wariacja wokół testowania różnych broni. Męski głos obwieszcza, co zaraz wypróbują i pada seria strzałów. Następnie wchodziły typowe dla TG dźwięki budujące klasyczny wręcz nastrój grozy i wojennego wypaczenia. Wersja grammalowska całkiem konstruktywnie rozwija ten pomysł: od pierwszej sekundy pisk, typowe noiseowe odgłosy i nieco wycofany głos skoncentrowany na kwestiach militarnych. Brzmi to całkiem przyjemnie.

Dla kogo to wydawnictwo? Dla zagorzałych fanów Throbbing Gristle, którzy są ciekawi w jaki sposób różni twórcy oddają hołd ich idolom. Ktoś jeszcze? Może też dla fanów Grammal Seizure, jeśli tacy w tym kraju są. Materiał tradycyjnie w tym przypadku tu.



czytaj dalej »

piątek, 11 grudnia 2009

Epeus Reichenback – Etherized


Czego spodziewać się po albumie, którego okładka prezentuje jakąś szybę, krople deszczu na niej i rozmyty, niekonkretny krajobraz? Chyba właśnie tego, co na tym zdjęciu, jesienno-deszczowego nastroju, tak samo poruszającego co mimo wszystko tandetnego.

Nie będę jakoś specjalnie krytykował tej płyty, chociaż mój stosunek do niej jest raczej negatywny. Może nazwanie go „ambiwalentnym” byłoby bardziej na miejscu. Sporadycznie. Nie wiem. Wszystko jedno. Zaczęło się od tego, że popłynąłem. Zimno, jesień, nad wyraz parszywie na zewnątrz, żyć się odechciewa, ogarnia mnie nieprzyjemne nieróbstwo (to wewnętrzne uczucie niedopasowania). Wszystko wydaje się tak marne, że jakbym miał psa pozwoliłbym mu srać na gazetach w przedpokoju albo na klatce schodowej. Lecą do mnie jakieś dźwięki prosto z głośników. Ani to specjalnie ciekawe, ani bezczelnie nudne, jak w mordę strzelił pasuje do nastroju. Leżę więc w tym głupim odrętwieniu i słucham równie tępo. Subtelne tło, klawisze, aż chce się ziewnąć i powiedzieć, że każda kropla na szybie to taka jedna nutka prosto z pianina. Jakkolwiek tandetnie to nie brzmi. Żeby nie było zbyt jednostajnie nagle wpada w ucho coś innego, dziwnego; stuka, piszczy, pierdzi bliżej nieokreślony obiekt. Dobry moment, by przewalić się na drugi bok. Koniec? Nic się nie stało. Gdy znajdę trochę siły, by ruszyć się to włączę jeszcze raz, nie chce mi się szukać niczego innego. Do tego dziwnym trafem niewiele zapamiętałem. Ale to za chwilę, jeszcze trochę poleżę.

Epeus Reicenback to produkt irlandzki, aż strach pomyśleć jaką mają tam teraz pogodę. Jeśli chodzi o te rejony to pozostanę jednak przy whiskey. Etherized jest jak dla mnie czymś zbyt mdłym, obojętnym, nieco irytującym i niezdecydowanym. W informacjach na temat tego dzieła można przeczytać, że z jednej strony rozciąga się to nostalgiczne brzmienie klawiszy (tak naprawdę denerwujące) a z drugiej dochodzi wręcz do noiseu (bez przesady). Również przebłyski jakiegoś drone, jakiegoś jazz... To ciekawe. Może, nie wiem, nie dotarło to do mnie w tej mgle.

Nie chcę jeszcze bardziej się dołować w takie dni, a ten album jest jednak stricte sezonowy. Byle do wiosny. Jeśli jednak ktoś chciałby spróbować to proszę kliknąć tu.

czytaj dalej »

niedziela, 6 grudnia 2009

Phobh - Gyne



Wiesz, że nie czuję już Nic. To wszystko przez Ciebie i chcę, żebyś to wiedziała. Każdy dzień, każda chwila w twoim życiu ma przypominać mi o moim nieistnieniu. Jesteś jak Rzeka zamieniona w ściek – nie da się tego cofnąć. Niech będzie to mój prywatny Spleen, piekło, które mi stworzyłaś było dla mnie domem. Wiesz jak to jest, gdy zasypiasz otoczony spazmami rozkoszy, a budzisz się rozhisteryzowana? Ja tak miałem i dlatego piszę teraz te słowa. Potraktuj to jak bardzo wiele znaczący (Czyn)gest. Zrobiłem to, bo nie było już innego wyjścia. Od niektórych rzeczy nie da się uciec, nie można się z nimi pogodzić. Ta śmierć, to Rany krzyk, który jest tylko dla ciebie…

Tymi słowami zespół wita się ze swoimi słuchaczami we wkładce albumu. Pozostaje nam się jedynie domyślać do kogo skierowane są te słowa i jak się okazuje, ów wypowiedź ma swojego rzeczywistego adresata. "Gyne" to ekspozycja uczuć człowieka pogrążonego w rozpaczy, doprowadzonego na skraj życia. Wszystkie liryki mocno wirują w okół śmierci, autodestrukcji, żalu. Wokalista zespołu, Marcin świetnie rysuje ramy całego lirycznego konceptu:

Zaczęło się od kawałka "Rany Krzyk". Po śmierci bliskiej osoby, napisałem ten tekst, by pokazać, że śmierć może dać nauczkę, może krzyczeć i naprawić osoby żyjące. To była głupia śmierć, która nie powinna była się zdarzyć. Może kogoś czegoś nauczyła. Mając już ten tekst, wymyśliłem historię zmyśloną, która doprowadziła do tego kawałka. Najważniejsze było, aby śmierć coś pokazała. W "Gyne" pokazała rozpacz bohatera i miała naprawić kobietę, o której jest cała płyta.


Phobh to kolejny przedstawiciel matematycznego grania na naszej rodzimej scenie. Z pewnością to co ich odróżnia to teksty w języku polskim, chociaż gdyby spojrzeć daleko wstecz, Kobong zrobili to pierwsi. Lubię krzyczane wokale, ale te zawarte na "Gyne" kompletnie do mnie nie trafiają, a jedynie drażnią i powodują, że mam ochotę wcisnąć "stop". Są całkiem ciekawe momenty, gdy czasami w tle pojawia się pół-szeptany głos albo czysty śpiew jak np. w "Nic", ale po za tym, niestety lipa. Kurcze, nie chciałbym być brutalny w swojej ocenie, ale nie kupuję tego. Kompozycje Phobh nie przemówiły do mnie. Nie ma w tym ani ładu ani składu, wszystko brzmi z lekka chaotycznie i chyba nie do końca przemyślanie, pomimo tego, że od strony produkcyjnej nie ma jakichś rażących uchybień, to brakuje czegoś, żeby przykuć uwagę słuchacza. Gitary brzmią bardzo mięsiście, cały ciężar jest bardzo wyważony; brudny, niski bas ciągnie wszystko, ale jednak całość nie chwyta tak jak powinna.

Gdzieś po drodze coś chyba jednak się wykoleiło i całość się nie obroniła. O ile wszelakie dziwy muzyczne, eksperymenty i różne wariacje, bardzo lubię, ich wizja muzyki do mnie niestety nie przemawia. Pomysł na liryczną warstwę kupuję, jest jak najbardziej przemyślany, ale reszty niestety nie. Nie mniej jednak życzę im wszystkiego dobrego na muzycznej drodze życia, to zawsze lepiej jak w miejsce dwóch plastikowych formacji taneczno-wokalnych pojawi się taki Phobh, który miejmy nadzieję przy nagrywaniu kolejnego materiału (a z tego co wiadomo, jest już prawie gotowy) przemyśli parę spraw i zaprezentuje coś bardziej interesującego. Wiem, że "Gyne" spotyka się z pozytywnymi opiniami, dlatego też nie zniechęcajcie się czytając tą recenzję, bo to tylko i wyłącznie subiektywna opinia recenzenta.

czytaj dalej »

piątek, 4 grudnia 2009

Amenra – Afterlife


Lubię, kiedy w moje uszy wpadają takie wydawnictwa. Spokojne, trochę nostalgiczne, smutne, może odrobinę niepokojące. Wokal, perkusja, bas, gitara (w znacznej części akustyczna). Brak drastycznych zmian tempa, brak objawów wyczerpania pomysłów. Na końcu zdziwienie, że jak to? Już? Tylko tyle?

Na okładce mamy jakby trzy niemowlaki lub raczej jakąś trójtułowiczną, dość szpetną hybrydę, dla której określenie zroślaki wydaje się niewystarczające. Ta biel ciał na nieprzeniknionym czarnym tle nie sugeruje raczej niewinności, wrażenie pozostawia jak najbardziej upiorne. Na dodatek z otoczenia wyłaniają się jakieś szpony, sięgające brzucha tego czegoś. Co dalej? Może rozerwą tę spuchniętą konstrukcję.

Amenra jest aktualnie kwintetem prosto z Belgii. Zadebiutowali w 2003 i cieszą się dobrymi opiniami, jako zespół ambitny i obiecujący. Podstawą tej epki, bo właśnie mamy z czymś takim do czynienia, był jeden z występów grupy z października tego roku. Zostało to wydane na kilku nośnikach – trzy utwory, a na CD – sześć (chociaż tak naprawdę też trzy).

Już tłumaczę. Otwierający „the dying of light” odpowiada ostatniemu na albumie „thgil fo gniyd eht”. I tak też dzieje się z pozostałymi utworami. Co zrobili? Po trzynastu minutach właściwej muzyki, słuchacz dostaje (jako logiczną kontynuację) trzynaście minut odwróconej muzyki. Nie razi to, nie przeraża, wydaje się mieć sens. Jest przyjemne dla ucha. Mają panowie to coś, jakąś świadomość muzyczną, potencjał, którego nie chcieli nachalnie rozkopać do końca. Słuchając tego wydawnictwa można odnieść wrażenie, że mogliby coś jeszcze wyciągnąć z tych kompozycji, ale po co? Tak jest dobrze. Zaznaczają pewne rzeczy, sugerują, podpowiadają. Resztę zostawiają wyobraźni słuchacza. Jest jedna rzecz, o której nie sposób nie wspomnień. Colin H. Van Eeckhout, wokalista, brzmi i śpiewa jak…Maynard James Keenan. Gdybym nie był świadomy, czego słucham, doszukiwałbym się naprawdę w tym kolejnego projektu tego pana. Zresztą, atmosfera toolowska faktycznie jest obecna. Co nie jest zarzutem. A kiedy w „wear my crown” śpiewa you will be alright, you will be alright, you will be alright, to aż mnie ciarki przechodzą.

Amenra jest kojarzone z okolicami doom, sludge czy nawet hardcore. W przypadku Afterlife nie znajdziemy jednak nic z tych rzeczy. To po prostu piękna muzyka, której nie powinno się w żaden sposób klasyfikować lub dookreślać.

czytaj dalej »