Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1998. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1998. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Ice - "Bad Blood Transfusion"; "Trapped In Three Dimensions"; "Headwreck"

Dorobek Ice nie należy do najobfitszych jeśli idzie o ilość wydanych krążków. Obok dwóch long playów mamy dwa mini albumy z remixami utworów z „Bad Blood” i Epkę „ Headwreck”. Niektóre źródła podają jeszcze jedno wydawnictwo zawierające dwa remixy utworów z „Under the Skin” i jeden nowy kawałek. Obecnie zdobycie tego albumiku, noszącego nazwę „Quarantine”; graniczy z cudem. Na jakim poziomie są „małe rzeczy” od Ice'a? Jak się prezentują, gdy je porównamy do długich albumów?



Zacznijmy może od „Bad Blood Transfusion”. Zawiera on różne wersje dwóch utworów z „Bad Blood” (EPka ta została wydana jeszcze przed albumem). Wersje, nie ukrywając, kiepskie. „X-1” remiksowane przez Underdog'a ciągnie się jak flaki z olejem, to samo dotyczy instrumentalnej wersji tego utworu. Remix „Trapped in 3 Dimensions” nuży, by pod koniec przez chwilę porwać industrialnym, nihilistycznym klimatem. Piękna soczysta wisienka, na kiepskim torcie. Ostatni utwór na tym wydawnictwie to nic innego jak oryginalna wersja „X-1”.

Pocieszające jest to, że nie nawalił duet ukrywający się pod szyldem Ice, tylko autorzy remixów którzy najwidoczniej nie poradzili sobie z duchem oryginału.



Inaczej jest z „Trapped in 3 Dimensions” zawierającym tylko dwa, ale za to genialne remixy utworu o tym samym tytule.

Pierwszy w wykonaniu Dom & Roland przenosi nas w noc, na ulice opustoszałego miasta. Spacerując widzimy ostre światła neonów i latarni. Czasem nas oślepiają. My jednak kontynuujemy naszą wędrówkę donikąd. Zewsząd bije klimat alienacji i osamotnienia. Dekadencka atmosfera utworu robi ogromne wrażenia.

Alec Empire w swojej wersji „Trapped in 3 Dimensions” serwuje nam zwierzęco – elektroniczną ścianę hałasu. Utwór ma specyficzny transowy klimat. Łączy on jakąś zwierzęcą dzikość z czysto „technicznymi” dźwiękami.



Na koniec zostawiłem sobie prawdziwą małą perełkę - „Headwreck”. Składają się na nią cztery utwory – dwa remixy i dwa wcześniej nie publikowane utwory.

Ten mały albumik, przenosi nas do wielkomiejskich slumsów rozpalonych słońcem, gdzie po uliczkach walają się metalowe kubły na śmieci. Brud i gorąc. Straceni dla społeczeństwa młodzi ludzie wykrzykują opętańcze monologi tworząc psychotyczny miejski folk pełen niepokojącego, narkotycznego klimatu. Tak przez trzy utwory. Na koniec przychodzi wieczór. Młody człowiek przysiada obok pogodzonego z swoim losem starego grajka ulicznego i zaczyna wykrzykiwać swój gniew. Wraz z coraz bardziej agresywnym tonem rapera muzyka przeradza się w narastający hałas. Nad wszystkim zaczyna górować industrialny przester, który wydaje się być jakąś mantrą.

„Headwreck” ma bardzo przemyślaną konstrukcję. Mamy świetne wprowadzenie do klimatu płytki, a potem wszystko zmierza do niesamowitego końca.

Podsumowując EPki Ice'a, z jednym wyjątkiem, trzymają poziom długich albumów. A miernotę jaką jest „Bad Blood Transfusion” można wysłuchać ku przestrodze – jak można zepsuć świetny utwór i jak wielką władzę ma osoba, która remixuje nagranie.

czytaj dalej »

środa, 29 lipca 2009

Ice "Bad Blood"



Do muzyki z reguły podchodzę bardziej emocjonalnie niż intelektualnie. Jednak po którymś przesłuchaniu albumu „Bad Blood” duetu Kevin Martin - Justin Broadrick natchnęło mnie na pewne przemyślenia. Zastanowiłem się mianowicie – co sprawia, że dany album mi się podoba, bądź czego poszukuję w muzyce. Po stworzeniu ogromnej listy wzorców zdecydowałem się na jeden najważniejszy punkt – możliwość wejścia w wykreowane przez muzyków światy. Nieważne, czy są to mroczne krainy i miasta zdołowanych post-metalowców, buntowniczy świat punków, czy też bezkresne ambientowe pustkowia. Ważne jest to, że mam możliwość wejścia w umysły ludzi, którzy stworzyli dany album. Bardzo rzadko zdarza się, że płyta pochłania, wsysa nas całkowicie; że przeżywamy przy niej pewien odlot. A taki właśnie jest „Bad Blood”.

„Bad Blood” jest drugim i jednocześnie ostatni długograjem duetu Martin – Broadrick pod szyldem Ice. Mimo tego, że obecnie większą popularność zdobył inny, (na ostatnich płytach zbliżający się stylistycznie do ostatniego albumu Ice) projekt tych panów – Techno Animal, mimo to „Bad Blood” (choć trochę zapomniany), wciąż jest albumem rewolucyjnym. Jest to niesamowita fuzja industrialu wpadającego w noise, dziwacznego hip – hopu i wielu innych stylistyk. Tu nie ma ani jednego zbędnego dźwięku!

Jaki jest ten album? Od pierwszego utworu czujemy duszny, pełen furii, niepokojący klimat. Album momentami może się kojarzyć z muzyczną, narkotyczną wędrówką po mieście. Niesamowite rytmy, czasem wręcz plemienne. Utwór „The Snakepit” kojarzy mi się z jakimiś pogańskim obrzędem odprawianym w samym środku jakiś wielkomiejski slumsów.

Muzycy stopniują napięcie, na przemian zwalniając i przyśpieszając rytm poszczególnych utworów. Zachrypnięte wokale raperów często obdarzonych jamajskimi akcentami, tworzą niesamowity transowy i niepokojący klimat.

Czasem jest dynamicznie - jak na „Dusted” czy „X-1” (utwór ten jest jednocześnie świetnym wprowadzeniem w klimat albumu). Potem płyta zwalnia, by wejść w duszne, powolne, mroczne rytmy jak choćby na „Trapped in Three Dimensions”. Są tu też powolne i przygniatające swoim ciężarem kawałki, jak choćby najdłuższy na płycie - „A New Breed of Rat”. Aż w końcu album dochodzi do swojego potężnego, apokaliptycznego końca.

Mam problemy z kończeniem takich tekstów. Nie chcę pisać że „Bad Blood” Ice'a to pozycja obowiązkowa i że Broadrick i Martin są geniuszami, tak samo jak goście których zaprosili do współpracy, bo wydaje mi się że powiedziałem to już wcześniej. Czuję się trochę bezbronny wobec tej płyty, bo ciężko mi oddać to, co ona prezentuje słowami. I niech właśnie to posłuży wam za wystarczającą rekomendację.

czytaj dalej »

sobota, 18 lipca 2009

Isis - Mosquito Control



Jakiś czas temu zacząłem bardzo wnikliwie analizować wczesne wcielenie amerykanów i powiem szczerze, że zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. Wcześniej nie wiedzieć czemu jakoś nie bardzo mi było po drodze z pierwszymi płytami, eksplorowałem raczej nowsze rejony, ale wreszcie zebrałem się do kupy i zacząłem sukcesywnie zaznajamiać się ze „starym” Isis, na pierwszy ogień poszła EP „Mosquito Control”.

Krążek składa się z 4 utworów, a dodatkowych utworów, a w zasadzie coverów tj. „Streetcleaner” Godflesh i "Hand Of Doom" Black Sabbath, możemy posłuchać na japońskiej wersji wydawnictwa. Trochę niepotrzebnie to wszystko zostało zakręcone, bo japońska wersja to "Mosquito Control" i "The Red Sea" połączone w jedno, dwupłytowe wydawnictwo, gdzie na zawartość tego drugiego składa się jeszcze demo. Produkcją płyty zajął się Kurt Ballou, gitarzysta Converge, a wydana został pod szyldem Escape Artist Records.

Od pierwszych sekund słychać, że Turner i spółka mają określoną wizję własnej muzyki, chcą eksperymentować i nie boją się tego.„Poison Eggs” otwiera niepokojąca, czysta melodia, która za chwilę przeradza się w masywny riff podparty agresywnym, brudnym, schowanym w tle wokalem Aarona. W zasadzie to by było na tyle jeśli o łagodniejsze momenty, płyta opływa w ciężar, który stopniowo będzie zanikał w muzyce zespołu na rzecz eksperymentów, większej dawki elektroniki jak i również kontrastowania wokalu i jego łagodzenia. A jeśli jesteśmy już przy eksperymentach to warto zaznaczyć, że już tutaj zespół nie bał się urozmaicenia swego brzmienia i dodał szczyptę elektronicznego hałasu, który wije się w tle wypełniając całą duszną przestrzeń, za który odpowiedzialny jest niejaki Chris Mereschuk, współpracował również z Isis przy tworzeniu ich "Demo 1998", na kolejnym krążku zostanie zastąpiony już przez kogoś innego.

Od samego początku działalności grupy po dziś dzień, za wszystkie okładki krążków i ich całą oprawę graficzną, odpowiedzialny jest Turner. „Mosquito Control” przedstawia komara, a w tle daje się zobaczyć jego mikroskopową analizę z wyszczególnieniem poszczególnym części ciała. Ów przetworzone tło pochodzi z filmu "La Jetee” w reżyserii francuza Chrisa Markera, który stał się kamieniem milowym dla przyszłych filmów scence – fiction, między innymi stał się mocną inspiracją dla Terego Williama przy tworzeniu „Dwunastu Małp”. 28 minutowy obraz pokazuje wszystko, wyłącznie za pomocą nieruchomych obrazków. Przedstawia post apokaliptyczną, niedaleką przyszłość jako opowieść bezimiennego mężczyzny. Film mocno inspirował muzyków nie tylko przy tworzeniu „Mosqiuto Control”, ale również w późniejszym okresie.

To był po prostu inspirujący dla nas film, zarówno wizualnie jak i tematycznie, zwłaszcza przy albumie "Celestial". Istnieje wiele podobieństw tematycznych pomiędzy tym filmem, a moim tekstami, więc uznałem za stosowne wykorzystanie tych obrazków we wkładce. Isis jako zespół lubi odkrywać tematy zarówno muzyczne jak i wizualne i trzymamy się tych tematów tak długo aż uznamy je za wyczerpane.

Okładka japońskiej reedycji ukazuje dodatkowo motyw wieży, który również będzie się jeszcze pojawiał w tematyce zespołu. Isis nigdy nie starało się grać prosto i jechać po najmniejsze linii oporu, zawsze starali się posługiwać zgrabnymi metaforami, które niosły za sobą większe wartości, nie inaczej sprawa ma się przy ich pierwszej EP. Użycie symbolu komara zespół tłumaczy jako element większej części, zorganizowanej zbiorowości. Symbole na okładkach wszystkich płyt są w jakimś stopniu ze sobą powiązane. Więzienie z „Panopticona” jak i moskit łączą w sobie pewien udoskonalony poziom obserwacji, niedostępny zwykłemu ludzkiemu postrzeganiu.

Podsumowując. Wydając „Mosquito Control” zespół narobił niemałego zamieszania, pokazał się z jak najlepszej strony, a to jak najbardziej korzystnie wpłynęło na ich przyszły status na rynku muzycznym.


czytaj dalej »

czwartek, 25 czerwca 2009

THE BODY LOVERS - "Number one of three"




Na samym wstępie, zaznaczę że do takich płyt, nie potrafię podejść obiektywnie. Dzieło Michaela Giry i spółki, jest dla mnie albumem wybitnym. Nie będę silił się na wyszukiwanie w nim (na siłę) błędów, ponieważ mija się to z celem. Raczej spróbuję w miarę dokładnie opisać płytę.

Czym jest „Number One Of Three”. Gatunkowo nie da się go zaszufladkować. Nie jest to dark ambient, chociaż czasem się do niego zbliża. Muzyka, jednak jest tu dużo bardziej nieprzewidywalna i zaskakująca.

Więc może powinniśmy traktować to dzieło, tak jak sugeruje autor: jako soundtrack bez filmu.
Jest to, w takim razie, prawie pięćdziesiąt minut podróży po pustkowiach, podczas której, z rzadka mijamy jakiś ludzi, jednak ci nieodmiennie są zamknięci w sobie, samotni. Gira, tworzy swój własny muzyczny film, ukazuje osobisty obraz otaczającego nas świata – w którym wszyscy ludzie zagubili swoje ścieżki i czekają na ratunek który nigdy nie nadchodzi.

Z drugiej strony album the Body Lovers jest też, przynajmniej dla mnie, muzycznym wyznaniem, spowiedzią, człowieka zagubionego, pełnego obsesji, któremu szczęśliwie udaje się odzyskać spokój ducha. Finałowy utwór jest dla mnie czymś w rodzaju katharsis.

Niesamowite jest to, że autorowi, któremu towarzyszy kilku innych muzyków, udaje się wyciągnąć niemalże z każdego dźwięku morze niepokoju i smutku. Posłuchajcie akordeonu, który pojawia się na początku drugiego utworu, a potem tego płaczu wybijającego się na pierwszy plan. Gwarantuję niesamowite doznania. Kiedy słuchałem tego po raz pierwszy, w nocy, na słuchawkach, zrobiło mi się naprawdę dziwnie.

Ciekawe jest ciągłe zaskakiwanie zmianami klimatu w poszczególnych utworach. Mogło by się wydawać, że taka różnorodność stylistyczna może prowadzić wyłącznie do chaosu. Jednak „Number One Of Three” jest nierozdzielną całością, o przemyślanej strukturze w której wydaje się, że nie ma miejsca na przypadek.
Zresztą takie opracowywanie konceptu płyty, jest charakterystyczne dla twórczości Giry. Nawet komentując pierwsze, hałaśliwe i zwierzęce płyty Swans, wspominał o długiej pracy nad tym by każdy album był zamkniętą całością, a nie tylko zbiorem hałaśliwych, ocierających się o industrial kawałków.

Radzę więc, byście w dzisiejszy wieczór (a jeszcze lepiej w nocy, wtedy najlepiej słucha się tej płyty) wybrali się w podróż, w dziwny świat Michaela Giry, wraz z albumem the Body Lovers.

czytaj dalej »