Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2007. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2007. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 listopada 2009

Rosetta/Balboa - Project Mercury



Zawsze podchodziłem do splitów niezbyt specjalnie. Czemu ma niby służyć split? Jaki jest większy sens wydawać album, na którym jeden zespół zaprezentuje dwa utwory, drugi kolejne dwa? Podchodziłbym inaczej do tego typu wydawnictw, gdyby obie kapele siadały i wspólnie komponowały utwory, wtedy słowo „split” nabrałoby tutaj prawidłowego znaczenia. Rzadko się zdarza wspólne komponowanie. W przypadku „Project Mercury” do czegoś takiego jednak doszło, ale nawet to nie uratowało tego krążka.

Nie mam bladego pojęcia dlaczego Rosetta zdecydowała się na wspólny split z zespołem Balboa? Jedyne co mi przychodzi do głowy to wspólne pochodzenie, oba zespoły wywodzą się z Filadelfii, ale po za tym, w moim mniemaniu nie mają ze sobą kompletnie nic wspólnego, a już na pewno nie na tyle, aby tworzyć split, który nadawałby się do słuchania. Cała bolączka tego wydawnictwa polega na totalnie nietrafionym zespole Balboa, tyle. Nie wiem kto był tak „kompetentny” i poprzyklejał im łatki w stylu „screamo” i „post-metal”, które kompletnie nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Odsyłam do kapel, w stylu Orchid czy chociażby Saetia. Balboa koło tej nuty kompletnie nie stała ani nawet nie leżała. Jedna miniaturowa jaskółka, w postaci zdawkowych elementów, wiosny nie czyni. Balboa zanudza na tej płycie aż trzema utworami, których równie dobrze mogłoby nie być i nikt by na tym nie stracił, a moje uszy mogłyby jedynie skorzystać.

Nie mam nic do zarzucenia Rosecie, która znowu swoimi kompozycjami tworzy w mojej głowie niezliczone wizualizacje, pokazy slajdów o najprzeróżniejszej tematyce. Przygotowali dwa utwory, które łącznie trwają ponad 20 minut. Zarówno „Tma-1” jak i „Clavius” to jedyne jasne momenty tej płyty. Ściany przejmujących, chwytających ze serce i uszy dźwięków przetaczają się przez mój umysł utwierdzając mnie dodatkowo w przekonaniu, że całe szczęście, że muzyka nie skończyła swej ewolucji na Black Sabbath. Rosetta serwuje zagrywki, dzięki właśnie którym trafili w mój czuły punkt już za sprawą debiutu. Ogromne przestrzenie, masa zalewającego ze wszystkich stron delay’u oraz zatopiony w ciężkich, brudnych i przestrzennych gitarach wściekły wokal.

Ostatni tytułowy kawałek stanowi dla mnie sentencję splitu, na tym właśnie powinien polegać split, na wspólnym komponowaniu, łączeniu elementów charakterystycznych dla zespołów pragnących stworzyć split. No i cóż, słychać tu ów metody muzycznej hybrydyzacji, która jednak nic specjalnego nie pokazuje, są momenty, ale nie są one w stanie uratować ogólnej klapy. Kompletnie nie słuchalna dla mnie Balboa zabija całą magię jaką Rosetta byłaby w stanie wytworzyć z innym, bardziej trafionym zespołem.

Nie wykluczone, że Balboa do kogoś trafi, do mnie bynajmniej nie przemówiła i nie zapowiada się, żeby przemówiła, parafrazując Zappę, „nawet gdyby przyszłą i ugryzła mnie w dupę”. Po tym albumie zostałem do prezentowanej przez nich muzyki skutecznie zniechęcony.



czytaj dalej »

wtorek, 25 sierpnia 2009

Pandemonium - Hellspawn


Pandemonium jest zespołem-legendą, być może trochę zapomnianą i zaniedbaną, lecz nią jest. Wypowiedzi muzyków (o powrocie do korzeni) wytworzyły napiętą atmosferę, zwłaszcza u fanów pamiętających kultowe Devilri...

Kiedy w 1992 roku ukazało się Devilri, a rok później niesamowite The Ancient Catatonia, trudno było się spodziewać, że zespół ten czeka tyle trudności, wyrzeczeń i po prostu nieprzyjemnych sytuacji. Pandemonium we wczesnych latach 90tych stało obok takich kapel jak: Kat, Imperator albo Vader; grało z Morbid Angel, Samael lub Cannibal Corpse... Doskonały początek, który został zaprzepaszczony. Konflikt wewnątrz, zmiana nazwy (Domain), próby powtórnego zaistnienia na polskiej scenie, liczne zmiany składu brak promocji i trasy koncertowej po rewelacyjnym albumie Gat Etemmi. Po dekadzie lider zespołu (Paweł Mazur) odzyskuje prawo do pierwotnej nazwy, wydaje dość nowoczesny materiał The Zonei i zapowiada powrót do korzeni – Hellspawn.

Byłbym ostrożny z tymi korzeniami, czasy zupełnie się zmieniły, niektórych rzeczy po prostu nie da się powtórzyć, lecz duch okazuje się być ten sam. Jest szybciej niż na debiucie, sprawniej, ale równie bezpośrednio i ciężko.Trudno o porównania z poprzednim albumem, słychać, że to Pandemonium, lecz inne – bardziej „żywe”. W zespole zagościł na nowo perkusista – Simon (Alienacja, Abysal); na The Zonei obecny był automat. Wszelkie smaczki elektroniczne zostały zminimalizowane, muzycy pędzą przed siebie, zwalniają tylko po to, by chwilę później wymierzyć celny cios w ucho środkowe słuchacza.

Na drzewie genealogicznym zespołu album ten wydaje się być dzieckiem Devilry z Gat Etemmi. Bezkompromisowość i brutalność pierwszego oraz pomysłowość i melodyjność drugiego. Otwierający album „frost” atakuje słuchacza riffem, który od razu „wpada w ucho”. Wolniejsze partie utworu „hellspawn” są jednymi z najprzyjemniejszych i najtłustszych. „Hypnotic dimension” wydaje się wręcz przebojowy. Dla równowagi zespół serwuje chociażby „the larva plague” lub „emperor diabolic”, które mają dostarczyć odpowiednią dawkę szorstkich, nieprzyjemnych, okrutnych dźwięków. Zamykający całość „furious dogs” osiąga najwyższą prędkość w historii tego wykonawcy.

Zaznaczyć tu trzeba, że Pandemonium (ew. Domain) nigdy nie było zespołem, który stawia wyłącznie na zabójcze obroty i permanentną (rosnącą) nienawiść (do granic głupoty). Paul od zawsze poszukiwał swojej drogi, tworzył muzykę intrygującą, próbował różnych rozwiązań, zachowywał świeże spojrzenie i pewną żywiołowość. O czym najlepiej świadczy ten materiał.

(Mam nadzieję, że wraz z tym materiałem skończy się permanentne porównywanie Pandemonium do Samaela, zwłaszcza, że Szwajcarzy od dłuższego czasu nie pokazali nic ciekawego.)

Polecam i zapraszam do obejrzenia teledysku do utworu „Hypnotic dimension”.

czytaj dalej »

poniedziałek, 4 maja 2009

Planeta Jeżozwierzów.



W kwietniu 2007 roku, światło dzienne ujrzała nowa, i jak do tej pory ostatnia, płyta Jeżozwierzów - Fear Of A Blank Planet. Cóż mogę powiedzieć o tym krążku. Na pewno nie jest rewolucją muzyczną, na pewno nie wytycza nowych ścieżek w takim graniu. To po prostu stare, dobre, solidne rockowanie, do jakiego przyzwyczaiło swoich fanów (w tym i mnie) Porcupine Tree. Nie ukrywam, że była to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie pozycji roku 2007 i nie rozczarowałem się. Dostałem dokładnie to, co dostać chciałem.

Zwracając uwagę na kompozycję płyty, dla niezapoznanego z twórczością PT słuchacza, utwory z FOABP mogą wydać się potwornie długie i nużące, bowiem najkrótszy z kawałków liczy sobie 5min i 07sek, natomiast ten najdłuższy całe 17min i 42sek. Nie ma co jednak nastawiać się na rozwleczone kompozycje wciągające słuchacza w jakiś psychodeliczny wir, jak to miało miesce na najwcześniejszych dokonaniach Porcupine Tree. Tutaj wyraźnie słychać nową drogę, jaką obrał Wilson i spółka - zagrywki momentami oparte są na metalowych riffach, choć nie brak wcale w/w łamigłówek. Weźmy na ruszt najdłuższy kawałek - Anesthetize. Najpierw jest spokojnie, cicho, łagodnie - kształt muzyki można przyrównać do spokojnej tafli oceanu. Słuchacz zaczyna przysypiać, wciągając się w toń głębi gitar, basu i swingującej w tle perkusji... lecz w pewnej chwili czeka go gwałtowne przebudzenie za sprawą ostrego riffu i potężnych garów by znowu... przejść w iście popowy refren, który kończy się zupełnie niespodziewanie grzmiącą gitarą i podwójną stopą.

I tak jest przez całą płytę. Niezgłębiona przeplatanka, panowie z PT zdają się bawić ze słuchaczami, racząc ich teoretycznie spokojnym kawałkiem, by w pewnym momencie - zupełnie niespodziewanie - huknąć do ucha ciężko przesterowaną gitarą, wszystko okraszając popowym w swojej melodyjności refrenem.

Jeżeli nawiązać do warstwy tekstowej, która stoi jak zawsze na bardzo wysokim poziomie, bez wątpienia możemy mówić tu o produkcji pozbawionej idiotycznych 'zapchajdziurek', które tak często pojawiają się na rockowych/metalowych albumach, stanowiac czasem tylko tło dla muzyki. Tutaj, pomimo tego iż pan Wilson nie odzwya się bardzo często, jak już zacznie śpiewać, to z sensem i wsłuchując się w słowa nie ma się wrażenia, że jest to tekst o niczym. Sam wokal Wilsona jest tak samo miękki i nieskazitelnie idealny jak miało to miejsce dawniej. Nic się nie zmienił od czasów pierwszych płyt - i bardzo dobrze. Nad stronami wokalnymi PT mogę się zachwycać bez końca, więc zapewne wystarczy jak powiem, że to co wyczynia z głosem Wilson to miód na moje uszy.

Podsumowując - kwiecień 2007 obdarzył fanów gitarowego grania solidną rockową pozycją w postaci najmłodszego dziecka Jeżozwierzów. Z całkowicie czystym sumieniem płytę Fear Of A Blank Planet stawiam na półce obok takich dokonań jak toolowa Aenima, alicjowaty Dirt, czy też redhotowate Blood Sugar Sex Magik. I nie chodzi tu o jakiś przełom, a o klasę, którą zespół prezentuje niezmiennie od bardzo długiego już czasu.

czytaj dalej »