Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2008. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2008. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 grudnia 2009

Bohren & der Club Of Gore - Dolores



Nie cierpię niemieckiego. W szkole szło mi całkiem nieźle, ale robiłem po prostu dobrą minę do złej gry, no cóż, czasami trzeba. Ale już wyjaśniam, to tylko „rasizm językowy”, o ile takowy istnieje, do samej narodowości nie trawię żadnej urazy, a już na pewno nie do panów z Bohren & der Club of Gore. Mam jedynie do nich żal za ostatni "Dolores", który mam nadzieję był tylko fatalną pomyłką przy pracy.

Nie pamiętam już dokładnie, od której płyty zacząłem znajomość z Bohren & der Club Of Gore, ale doskonale pamiętam, że zostałem zwalony z nóg. Tak jak stojący z wrażenia siadają, tak chyba ja będąc wtedy w pozycji siedzącej, powinienem był się położyć. "Czegoś takiego szukałem" pomyślałem i zacząłem eksplorować malowany ciemnym barwami świat Niemców. Trzeba przyznać, że kwartet nie ma zbyt dużej konkurencji na muzycznym terytorium jakie wyznaczyli. Nietuzinkowa hybryda ambientu, jazzu i doom metalowej motoryki nie znalazła zbyt wielu naśladowców. Natchniony poprzednimi dokonaniami, kolejnego krążka wyczekiwałem bardzo intensywnie. No i chyba niepotrzebnie tak bardzo się nastawiałem, bo "Dolores" strasznie mnie rozczarowało, nie tego oczekiwałem od sąsiadów zza zachodniej granicy, po dość namiętnym wyczekiwaniu.

Żeby policzyć momenty, które przykuły moją uwagę na tym krążku, nawet jedna dłoń będzie zbyt dużym polem manewru. Jestem mocno zawiedziony, tym że nie dostałem kolejnej dawki przytłaczającej i ponurej, night music, a jedynie mało ciekawe i zwyczajnie w świecie nudne smęcenie, które obok atmosfery zawartej na wcześniejszych albumach niestety nawet nie przemknęło. Co z tego, że zasada budowania atmosfery jest podobna, skoro ta nuta kompletnie nie chwyta? Instrumentarium się nie zmieniło, nadal słychać sunący przy ziemi, głęboki bas, saksofon czy rhodes, ale w tej odsłonie wszystko to jakoś niespecjalnie jest w stanie mnie poruszyć. Nie wiem, może zbyt zakorzeniłem się w ponurej, depresyjnej aurze poprzednich dokonań i ten lekko romantyzujący jazz nie jest w stanie mnie zachwycić. Dałem sobie czas i poczytałem opinię na temat krążka w sieci. Rozbawiło mnie sformułowanie w jednej recenzji o tym, że "Dolores" nie różni się od poprzednich albumów; że jeszcze więcej w niej tęsknoty i depresyjnej melancholii. Trzeba być głuchym, żeby tego nie słyszeć. Chyba nie wypadało inaczej napisać stąd przesadna do bólu przychylność.

Co by nie było aż nader dramatycznie, całkiem nieźle wypada plamisty "Schwarze Biene (Black Maja)" i to też w sumie tylko fragmentami, oraz wieńczący album "Welten". Reszta? Są momenty, ale całościowo to się zwyczajnie w świecie nie broni. Przykro mi to mówić, ale ten krążek po prostu nudzi i ma się nieodpartą ochotę, żeby już się skończył. Zdecydowanie wolę wrócić do poprzednich albumów. "Dolores" to chyba najsłabsza pozycja w dorobku Bohren & der Club Of Gore. Ale cóż, wybaczam im tą wpadkę i póki co, będę pocieszał się wcześniejszymi albumami bo do tego wątpię, żebym jeszcze z własnej woli powrócił.


czytaj dalej »

czwartek, 26 listopada 2009

Fennesz - Black Sea



Nazwisko Fennesza nigdy nie było mi obce, przewijało się w moich oczach i uszach wiele razy, ale nigdy nie było dość silnego bodźca, który spowodowałby, abym bliżej zapoznał się z jego twórczością, w końcu jednak coś pękło. Mocno zastanawiałem się, który album wrzucić na przełamanie lodów, wybór padł na ostatnie dzieło Austriaka, czyli „Black Sea”. Jak się później okazało był to strzał w dziesiątkę.

Gdy tylko zobaczyłem okładkę „Black Sea” od razu pomyślałem, że człowiek, który tworzy takie kompozycje winien za życia doczekać się pomnika. Nie wiem czy to zdjęcie czy grafika komputerowa, ale wiem jedno, chciałbym usiąść u dołu okładki i móc gapić się na ten krajobraz godzinami. Mroźna ziemia, momentami pokryta delikatną powłoką śnieżną, gdzie nie gdzie sporadycznie pojawiające się zamarznięte kałuże. Środkiem biegnie bliżej niezidentyfikowana ścieżka, która być może była kiedyś torami kolejowymi. W oddali, za mleczną, przezroczystą kotarą widać powoli zanikające budynki. Po wysłuchaniu muzyki i dokładnej analizie obrazu zawartego na okładce, zawsze okazuje się, że całośc ze sobą idealnie współgra, a umieszczenie innego widoku byłoby pomyłką, nie inaczej jest w tym wypadku. Nie wyobrażam sobie innego obrazu, który służyłby za okładkę „Black Sea”.

Słuchając tego albumu czuję się jak synestetyk zorientowany jedynie na wszystkie odcienie z zimnej palety barw. „Black Sea” aplikuje sporą dawkę kojącego chłodu, który wylewa się z głośników. Czuję jakbym kręcił kalejdoskopem zaprogramowanym na wszystkie odcienie koloru niebieskiego od bladego przez lazurowy brzask na granacie skończywszy. Moje ciało stanowi swoisty przewodnik dla hałaśliwej, brudnej elektroniki mieszającej się z relaksującym ambientem. Album czaruje od pierwszych sekund. Elektryzujący wstęp przepełniony różnymi szumami, tajemniczymi tąpnięciami, świdrującymi, kontrolowanymi sprzężeniami i zgrzytami po chwili ustępuje miejsca oszczędnej gitarze akustycznej wspomaganej rozmytym, minimalistycznym tłem z czasem dodatkowo wzbogaconym o małe, piaszczyste ziarenka dźwięków, które zgrzytają w uszach tworząc przybrudzone muzyczne konstrukty. Moim faworytem jest „Vacuum”. Płynny, rozmarzony chłód stanowi idealny soundtrack do okładki. Podróż przez czarne morze to przeprawa zgoła inna od tej do jakiej przyzwyczaił swoich fanów Fennesz. Złożony, glitchowy "Endless Summer" nijak ma się do mroźnych noisująco – ambientowych tworów zawartych na płycie. Całość to rzecz jasna autorska robota Fennesza, jedynie w "wybuchowym i eksplozywnym" "The Colour Of Three", który z czasem gaśnie, wspomagał go australijski kompozytor Anthony Patera, którego specjalnością jest gra na pianinie i analogowych syntezatorach, natomiast "Glide", które w zgrabny sposób łączy (dark) ambient z charakterystycznym, artystycznym hałasem to efekt współpracy z Rosy Parlanem, kojarzonym z projektów Thela i Parmentier. Wrażenie robi też lekko wygładzona wersja eksperymentów Heckera w postaci wieńczącego album "Saffron Revolution".

Zwykło się mawiać, że nie należy zaczynać od ostatniego albumu jakiegokolwiek artysty, ale ja sukcesywnie staram się łamać te zasadę, która często gęsto okazuje się nic nie znaczącym mitem. Muzyka nie zna schematów, nie uznaje reguł ani obiektywnych zasad, które mają sterować gustem odbiorcy. Każdy dobiera dźwięki wg własnego gustometru, który w moim przypadku wskazał strzałką "Black Sea" i jak się okazało mroźne, arktyczne wcielenie Austriaka trafiło mnie w samo serce.



czytaj dalej »

czwartek, 12 listopada 2009

Richard Barbieri - Stranger Inside



Richard Barbieri. Jeśli o mnie chodzi, facet stanowi nieodłączny element muzyki Porcupine Tree i z pewnością jej monumentalny filar. Cały urok muzyki Jeżozwierzów przepadłby w bezkresne ciemności, gdyby nie magiczne klawisze Ryśka. Niegdyś gwiazda Japan, dziś ustatkowany, starszy pan, który po za swoją zespołową działalnością postanowił również poszaleć na solowym poletku. Czy był to dobry pomysł? Szczerze mówiąc mam mieszane odczucia.

„Stranger Inside” nie jest pierwszym owocem solowej działalności Barbieriego. Debiut Barbieriego ukazał się 3 lata temu pod tytułem „Things Buried”. Rychu ma na swoim koncie również sporo kolaboracji, między innymi z Timem Bownessem oraz wspólny projekt z Hansem-Joachimem Roedeliusem i Claudio Chianura.

Nigdy nie byłem specjalnie przekonany co do solowej działalności Barbieriego. Zarówno jego debiut jak i ten album, wydają mi się lekko nie trafionym pomysłem. Ale skupmy się na jednym albumie. Gdy pojawiła się informacja o tym, że Barbieri szykuje nowy album, wiedziałem, że i tak to sprawdzę, ale rewelacji się nie spodziewałem.

Płytę otwiera od samego początku dynamiczny „Cave” z intensywnym, wysuniętym na pierwszy plan basem i perkusją, w tle rozbrzmiewają różnego rodzaju „przeszkadzajki”. Z czasem dochodzi ponury, elektryzujący motyw. I jak by nie patrzeć „Cave”, to jeden z bardzo niewielu dobrych, po prostu dobrych, momentów na płycie. Za chwile wszystko lega w gruzach (zgodnie z tytułem utworu), gdy rozbrzmiewają pierwsze dźwięku „All Fall Down”. Wszystko toczy się w leniwym tempie, do wszystkiego dołącza monotonne pianino, którego brzmienia i funkcje są stopniowo modyfikowane, na chwilę pojawia się również gitara akustyczna. Niby fajnie, ale całościowo wypada okrutnie blado. Dodatkowo kompletnie nietrafiony pomysł z dziecięcym pseudo-chórkiem, który pasuje tam jak pięść do oka. Zdawałoby się, że dwa następne utwory, czyli „Hypnotek” i „Decay” są jasnymi punktami na horyzoncie, ale po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że to cholernie miałkie i nudne kawałki, które niczego ciekawego nie wnoszą. Są naprawdę całkiem niezłe momenty, ale poziom nudy niestety jest większy niż ogólnego zaciekawienia. Nawet efekt czystej ekspozycji nie zadziałałby na mnie, a wywołałby raczej skutek odwrotny i jeszcze bardziej znielubiłbym Barbieriego, a tego bym nie chciał. Szanuję go za to co robi z Wilsonem, ale jego solowa działalność to jedna, wielka pomyłka.

„Abyssn” to nieudana próba tworzenia ambientu. Nie wiem mam chyba uczulenie na solowego Barbieriego bo jak słyszę ten nudny, powtarzalny klawisz co chwila to przypomina mi się ostatnie spotkanie na kolanach w wucecie przy panu klozecie. Wybaczcie przesadny naturalizm, ale dokładnie takie mam odczucia i jestem wściekły na Barbieriego, że tak schrzanił sprawę. Nie ma tu nic, co może na dłuższą chwilę przykuć uwagę, przynajmniej moją. Totalnie pomylone i kompletnie źle podobierane brzmienia, efekty. Nawet wszystkie te „przeszkadzajki”, który Rysiek serwuje w Porcupine Tree, tutaj przybierają nieznośne, uciążliwe kształty, które powodują, że „przeszkadzajki” należy rozumować w dosłownym tego słowa znaczeniu. Z ciekawości przejrzałem zarówno polskie jak i zagraniczne recenzje tej płyty. Nie mam zielonego pojęcia nad czym Ci wszyscy ludzie się tak zachwycają, przejrzyjcie na oczy, tego człowieka stać na dużo więcej!

Może w kolaboracjach Rychu wypada lepiej? Nie wiem, ale obiecuję, że sprawdzę. Tymczasem osobiście nie polecam „Stranger Inside”, dla mnie jest to płyta nie do przetrawienia. Oczywiście z ciekawości nikt nie broni nikomu sprawdzać, ale fajerwerków się nie spodziewajcie. Jego solowe dokonania są dalekie od tego co robi w Porcupine Tree, a szkoda, wielka szkoda.


czytaj dalej »

wtorek, 8 września 2009

Monkey: Journey to the West


Damon Albarn, co tu dużo mówić. Niektórym może się wydawać, że wiedzą w czym rzecz, zdążyli tego pana trochę poznać, odpowiednio zaszufladkować i na tym koniec. Niestety to nie takie proste, tą płytą po raz kolejny Albarn udowadnia, że traktowanie go wyłącznie jako twórcę miłych dla ucha piosenek mija się z rzeczywistością.

Jedna z twarzy britpopu, dla wielu nastolatek w latach 90-tych symbol seksu, odpowiedzialny za muzykę kontrowersyjnego i wizjonerskiego Gorillaz, główna postać supergrupy The Good, the bad & the queen. Oczywiście też lider nieodżałowanego Blur, miotającego się znowu między sceną a nieporozumieniami. Dziś, po drastycznej zmianie wizerunku, tryska pomysłami, udziela się społecznie i aktywnie wspiera muzyków afrykańskich. Warto pamiętać o jego głośnej krytyce Live 8, za co oberwało mu się od znacznej części światka muzycznego.

Tym razem Albarn sięgnął po...operę. Journey to the west jest klasyczną chińską powieścią napisaną przez niejakiego Wu Cheng`en. Adaptacją tekstu i reżyserią zajął się Chen Shi-zheng. Muzyką, jak łatwo się domyśleć, Damon Albarn, zaś kwestiami wizualnymi (filmiki i stroje) drugi twórca Gorillaz, Jammie Hewlett. Całość jest sporym przedsięwzięciem; samych akrobatów i innych speców od sztuk walk jest ponad 70-ciu. Premiera przedstawienia miała miejsce w 2007 roku podczas Manchester International Festival w tamtejszym Palace Theatre. W tej sytuacji pozostało jeszcze podbicie publiczności w paru miejscach na świecie: Londyn, Paryż, Berlin i również za oceanem, w Charleston (South Carolina). Soundtrack ukazał się w 2008 roku.

(Nie będę wchodził w szczegóły historii, powiem tylko, że na wstępie ze sporego kamiennego jaja wykluwa się małpa.)

Dla Albarna nie jest to pierwszy egzotyczny album. W 2002 roku wydał Mali Music nagrane z Afelem Bocoum i Toumanim Diabeté w Mali. Tam jednak koncepcja była nieco inna – zeuropeizowanie miejscowej muzyki przy zachowaniu jej typowych cech. Dla Monkey na pewno bliższe będzie tu nawiązanie do „chińskiej” piosenki Gorillaz, „Hong Kong”.

Muzyka zaprezentowana na recenzowanym albumie jest...niby chińska, ale mocno unowocześniona. Trudno wymagać od Albarna, by miał w małym palcu tamtejszą obszerną tradycję grania, na pewno jednak poświęcił temu trochę czasu. Przefiltrował nabytą wiedzę, rozbił ją, poskładał na nowo ze swoim niezawodnym popowym wyczuciem. Elementów rockowych prawie nie uświadczy (gdzieś tam coś pod koniec, bardzo ładnie wplecione), czasem wkradnie się nieco z europejskiej tradycji muzyki poważnej, co raczej nie może dziwić. Po prostu zagłębianie się w meandry tych dźwięków jest czystą rozkoszą.

Dzieje się na tej płycie dużo, dużo szalonych rzeczy. Już same piosenki są wciągającą historią. Świeżość, żywiołowość, oryginalność, pasja, most międzykulturowy. Wypada mi jeszcze za przyjacielem-muzykiem powtórzyć, że takiej płyty nie powstydziłby się sam Frank Zappa.

czytaj dalej »

czwartek, 3 września 2009

Pig Destroyer - Natasha



Od razu powiem szczerze, że w grindcore nigdy nie zagłębiłem się na tyle, aby uważać się za eksperta. Nadal jest to dla mnie gatunek, który wymaga poznania i będę w miarę możliwości czasowych eksplorował go bo naprawdę warto, jest masa interesujących zespołów, które warto bliżej poznać vide polska Antigama, która swoją drogą zaliczyła split z Pig Destroyer i Coldworker. Ale wracając do tematu, pomimo całego chaosu, natłoku dźwięków jaki prezentuje ten nurt, wszystko ma to jednak swoje miejsce, odgrywa określoną rolę i jest w pewien sposób uporządkowane, z tym, że na samym początku należy zadać sobie pytanie, co ta płyta ma w ogóle wspólnego z grindcorem?

„Natasha” jest czymś, czego Pig Destroyer nigdy wcześniej nie zaprezentował. Jeśli szukacie zabójczych i dynamicznych temp, to proponuje Wam od razu dać sobie spokój z tym krążkiem i sięgnąć po starsze dokonania, tego tutaj nie znajdziecie. W zamian za to, dostajemy wolne i średnie tempa oparte na sludge/doomowym motorze okraszone wściekłymi wokalami, które jedyne pozostały bez zmian, i dobrze. Poszli drogą, która wcześniej była im zupełnie obca. Nie sądzę, aby na wczesnych albumach, serwowali swym słuchaczom elementy pokręconego ambientu maczanego w noise’owym sosie. Byłem totalnie zaskoczony tym co usłyszałem, bo liczyłem na totalną rozwałkę. Sporo się tu dzieje, daje się słyszeć świergoczące ptaki, padający deszcz, lejącą się woda jak i również niepokojące szepty, naprawdę płyta kompletnie inna od tego do czego przyzwyczaili swoich fanów starszymi albumami. W pewnym momencie możemy uświadczyć nawet melodii wygrywanej na czystej gitarze w towarzystwie bliżej nieokreślonych zaśpiewów. Bałem się to pisać, ale cholera jest moment, który jak w mordę strzelił kojarzy się z pogrzebowym doom metalem, podniosła elektronika w tle, monumentalny riff i powolna perkusja. Co by było jeszcze dziwniej, lecz już o wiele dalej od funeralowych skojarzeń, wszystko to „przyozdabia” jakiś pół-melodyjny śpiew. Album zamyka ulewny deszcz, który z resztą w tym momencie pada również u mnie za oknem.

„Natasha” to blisko 40 minut muzyki, która z każdą sekundą wciąga coraz bardziej. Z minuty na minutę zaczynają dochodzić kolejne elementy tworząc jeden, wielowarstwowy twór. Utwór ten pojawił się już wcześniej na dodatkowej płycie dołączonej do albumu „Terrifyer”, ale dopiero w listopadzie 2008 roku zespół zdecydował się wydać go na osobnej płycie. I tutaj nasuwa się pytanie skąd taki zabieg? Po co wydawać coś, co zostało już wydane? Odpowiedź znają jedynie ludzie ze środowiska Pig Destroyer. Nie mniej jednak, miło jest spojrzeć na tą EP z perspektywy osobnego krążka, który posiada swoją okładkę i opakowanie. Kto wie, może to po prostu marketing? Wydanie osobnej płyty z utworem o wiele bardziej dotrze do słuchaczy, aniżeli umieszczanie ów utworu jako dodatku do pełnometrażowego albumu.

Jestem pewny, że fanom wszelkich eksperymentalnych zagrywek, „Natasha” przypadnie do gustu, a i starsi fani Pig Destroyer nie powinni się obrazić.



czytaj dalej »

środa, 19 sierpnia 2009

Orange The Juice - You Name It



Alternatywne spojrzenie na muzykę w naszym kraju, z dnia na dzień przybiera na rozmiarach. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko dzielnie dopingować wszystkie te zespoły, które starają się stworzyć własny styl, odciąć się od wszechobecnych schematów muzycznych i zaprezentować własną wizję muzyki. W przypadku Orange The Juice mamy do czynienia z wizją szaleńca, który świetnie włada wszystkimi instrumentami z wokalem na czele. Cierpi na nieuleczalne ADHD, nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu, ma kilka rąk, które sprawnie obsługują wszystkie instrumenty na raz i dwie głowy – jedną do machania, drugą do opętanego komponowania.

„You Name It” to materiał szalenie eklektyczny, skupiający w sobie części składowe wielu gatunków, począwszy od jazzu, którego na płycie jest bardzo dużo, a na ekstremalnym metalu skończywszy. Szalone wokale świetnie uzupełniają te pokręconą, awangardową jazdę jaką serwuje nam sekstet ze Stalowej Woli. Mój pierwszy kontakt z OTJ był bardzo pozytywny, spowodowali, że moja szczęka podświadomie zaczęła się otwierać, a obśliniony jęzor czując, że droga jest wolna, wyślizgnął się z ust i mimowolnie zaczął zwisać. Płytę otwiera niepozorny, z początku elektroniczny „Facing The Monsters”, który po około minucie przeradza się w mieszaninę muzycznych, popieprzonych i surrealistycznych myśli szalonego kompozytora, które idealnie zwiastują to, przez co w ciągu najbliższej półgodziny będziemy się dzielnie przedzierać. „Package Deal” to jedna, wielka tytułowa awangardowo-jazzowa paczka, po której otwarci przywita nas klaun na sprężynie z szyderczym uśmiechem i przyklejoną na czole kartkę z napisem „bang!”. W jednej chwili jesteśmy miażdżeni masywnym, dynamicznym riffem by za chwilę zostać zaskoczonym wyciszeniem i jazzowymi zagrywkami. Pochód basowy, rytmiczne uderzenia pałeczki w ride i „brudna” trąbka do spółki z saksofonem, które wymieniają się co chwila rolami. Ludzie, tam jest nawet ska! Takich patentów jest na tej płycie od groma.

Tak eklektyczna wizja muzyki podparta musi być równie szalonymi, wizjonerskimi inspiracjami, których moim zdaniem powinniśmy doszukiwać się u Franka Zappy i zespołów pokroju Primus i wszelakie awangardowe twory. Ich płyta została nawet wyróżniona w Stanach Zjednoczonych i okrzyknięta została szaloną fuzją Franka Zappy, Napalm Death, Primus oraz System of a Down. No akurat z tym SOAD chyba lekko ich poniosło, no ale chyba, że chodziło im o stare płyty, wtedy jak najbardziej. Co do Napalm Death to również lekka przesadza, z grindcorem bym ich nie wiązał, chociaż momentami balansują na granicy. Słychać, za to, że lubią zapuścić w głośnikach różne wcielenia Pattona i Johna Zorna!

Połączenie klasycznego instrumentarium z sekcją dętą było genialnym zabiegiem, który spowodował, że całość przybrała niesamowite kształty i spowodowała intensywną prace mojej wyobraźni. Podążając bezimiennymi ulicami, widzimy cyrkowe obozowisko, w którym żonglującym klaunom wokół których zgromadziły się liczne gromadki dzieci z balonami, przygrywa wesoły, wąsaty, gruby kataryniarz dookoła, którego podskakuje małpka. Idąc przecznice dalej, stąpamy po wilgotnej kostce brukowej, nastrój jak i pora dnia, diametralnie się zmieniają, widzimy ponure mury starych kamienic oświetlane wiekowymi latarniami, na których zdają się tańczyć wszelakiej maści cienie. Droga przepełniona jest fikuśnymi ławkami, na których co jakiś czas przesiadują różne, abstrakcyjne postacie. To przepełniona groteską historia, w którą umiejętnie wpleciona została groza.

Chłopaki zaserwowali genialną syntezę, od której nie mogę się oderwać. Wyślizgując się wszelakim ramom, tworzą mieszankę iście wybuchową i na całej linii szaloną i oryginalną. Chyba muzycy nie bez powodu kazali słuchaczowi samemu nazwać sobie to czego słucha, według własnego uznania i odczuć, bo ciężko jednoznacznie określić muzykę Orange The Juice, a pewnie każdy z nas znajdzie w niej co innego i inaczej ją określi. Jednym słowem: must have! Gorąco polecam!


czytaj dalej »

piątek, 14 sierpnia 2009

Klimt - Jesienne Odcienie Melancholii



Kto by pomyślał, że w naszej rodzimej, muzycznej piaskownicy, ktoś zacznie się bawić tymi angielskimi zabawkami z początku lat. 90. Nie przypominam sobie, żeby ktoś starał się już wcześniej, tak na poważnie, bawić się shoegazem. Ale dobrze, że w końcu powstają na polskim rynku przedstawiciele gatunków, które dawno za granicami naszego kraju są już eksplorowane. Co prawda załogę szeroko pojętego rocka alternatywnego zasila kilka mocnych pozycji, ale spadkobierców z prawdziwego zdarzenia nieodżałowanego Slowdive chyba jeszcze u nas nie było.

Na czele Klimt stoi Antonii Budziński, który na co dzień wiosłuje w składzie trójmiejskiej Saluminesii. Szczerze Wam powiem, że o projekcie dowiedziałem się całkiem przypadkiem eksplorując różne portale internetowe. Uniknąłem tym samym uporczywego wyczekiwania na płytę, które zostało zastąpione bardzo przyjemną i niespodziewaną zaskoczką. Klimt pierwszy raz zaznaczył swoją obecność na składance „Sleep Well 3”, na której to podopieczni wytwórni Requiem zaprezentowali swoją relaksacyjną wizję muzyki. Później projekt Budzińskiego w miarę regularnie zaczął pojawiać się w audycji Piotra Stelmacha w Programie III Polskiego Radia „3maj z nami” oraz „Pastelowy Świat Rocka”, a także w nieistniejącej już audycji Pawła Kostrzewy „Trójkowy Ekspress". Ale przejdźmy do rzeczy.

„Jesienne Odcienie Melancholii”
to chyba pierwsza płyta, która podejmuje próbę wprowadzenia tego typu muzyki w umysły i uszy naszych słuchaczy. Senne, rozmyte plamy wpadającej w ambient elektroniki starają się nawiązać dialog z przestrzennymi gitarami i niekiedy schowanym w tle wokalem, a w zasadzie szeptami, bo te pojawiają się zdecydowanie częściej. Muzyka została w całości skomponowana przez Budzińskiego, który po za perkusją, która została zastąpiona syntetycznym automatem perkusyjnym, w pełni odpowiada na partie instrumentalne na krążku. Automat automatem, ma swoje lepsze i gorsze okoliczności, w tym wypadku zgrabnie wkomponowuje się w całość i dodaje specyficznego smaku całej muzyce, ale z wielką chęcią posłuchałbym tej muzyki z żywą perkusją. Zachęcam do odwiedzenia profilu myspace i odsłuchania utworów, które nie znalazły się niestety na płycie, mianowicie „Ostatnie Chwile Dzieciństwa” oraz „Pożegnanie”. Szkoda, bo idealnie by tam pasowały.

W inspiracjach Budzińskiego możemy doczytać się takich zespołów jak między innymi Mogwai, Slowdive, a nawet ich Deftones i Nine Inch Nails. O ile dźwięki zapoczątkowane przez dwoje pierwszych daje się odnaleźć, o tyle dwa kolejne zespoły zostały chyba bardziej potraktowane nie jako inspiracje stricte, a raczej zespoły, w muzyce których Antonii znajduje coś dla siebie. Ale cóż, pojęcie inspiracji jest bardzo względne. Apropos, „Pygmalion” to piękna rzecz! Fani islandzkich siugórów też znajdą tu coś dla siebie.

Uroku wszystkiemu dodaje nastrojowa okładka, która wręcz idealnie oddaje ducha zaklętego w dźwiękach płyt. Obraz utrzymany jest głównie we fioletowym odcieniu, gdzie niegdzie przenikającym się z nieśmiały błękitem, we wszystko to została wlana kontrastująca biel podkreślając poszczególne elementy jak i czerń zaznaczająca na obrazie postacie. A sama scenografia okładki to nic innego jak sopockiego molo. No i jakby nie patrzeć, Budziński trafnie dobrał obraz do muzyki jaką zawarł na krążku. Wyobraźmy sobie postać stojącą na molo, opierającą się o barierkę i z wielką tęsknotą w oczach wpatrującą się w morskie fale, które raz po raz rozbijają się o siebie i giną pochłonięte samymi sobą. Te oczy szukające nadziei w niekończącym się błękitnym horyzoncie i chłodny wiatr, który muska policzki i układa kołujące się w głowie szepty.

Gwoli podsumowania. Zawsze gdziekolwiek piszą Klimt, łapałem się na tym, że podświadomie pisałem „klimat”. Tego jak najbardziej nie można mu odmówić, nostalgiczna bryza wieje na nas ze wszystkich stron, giniemy pochłonięci oceanem ścian melancholii. Bardzo się cieszę, że w końcu i takie granie znalazło zainteresowanie w naszym kraju i mam szczerą nadzieję, że tego typu projektów z czasem będzie jeszcze więcej. Na koniec dodam tylko, że przyszłą wiosną szykuje się nam drugi album Klimt i mocno liczę na to, że będzie jeszcze lepszy niż debiut.


czytaj dalej »

wtorek, 28 lipca 2009

Kangding Ray - Automne Fold



Niemiecka wytwórnia Raster Noton słynie z wydawania rzeczy niełatwych do słuchania: niekonwencjonalnych, eksperymentalnych, hermetycznych. Do tego jeszcze wyrafinowana, zwykle minimalistyczna estetyka towarzysząca zarówno płytom, jak i występom czy stronom internetowym wydawanych artystów – i nic dziwnego, że niektórzy nie wahają się używać wobec Raster Noton przymiotnika „snobistyczny”. Pamiętam, że gdy odsłuchiwałem jedną z płyt czołowych reprezentantów tego labelu, Ryoji Ikedy, czułem dziwne, przeszywające wibracje na całym ciele. Przeszedłem do drugiego pokoju, gdzie słyszałem już tylko jeden piszczący, ale intensywny dźwięk, od którego nabawiłem się bólu głowy. Gdy wróciłem do pokoju, przez kolejne kilkanaście minut tego szumiąco – pikającego dzieła nieprzyjemne pulsowanie w moich skroniach nasiliło się. Nie twierdzę, że była to zła płyta – Ryoji twierdzi, że w dużym stopniu skupia się na badaniu fizycznych właściwości dźwięku. Jeśli zatem tak podchodzić do tej złożonej z mikrodźwięków muzyki – okej, jest ona ciekawa. Ale, do rzeczy – dziś zajmę się inną interesującą postacią z Raster Noton.

Kangding Ray to kolejna persona z niemieckiej wytwórni, po którą sięgnąłem. Zaciekawiło mnie między innymi to, że Francuz ten jest z wykształcenia architektem i grafikiem – a wydaje mi się, że może to w pewnym stopniu wpływać na podejście artysty do malowania dźwiękowych pejzaży.

„Automne Fold” okazała się płytą łatwiej przyswajalną od twórczości Ikedy: zero bólu głowy, zero chęci przełączenia na kolejny utwór. Zamiast tego charakterystyczne brzmienie, które na swój sposób można określić jako ciepłe, choć muzyka Kangding Ray do wesołych nie należy. Przywodzi raczej na myśl niegasnące metropolie-molochy, z ich smutkiem i samotnością wypełzającymi po zmroku na gęstą siatkę ulic. Francuz balansuje między precyzyjnymi glitchami („Downshifters”), a głębszym, pulsującym beatem jak np. w „A Protest Song” (gdzie dodatkowo atmosferę budują subtelne, damskie wokalizy) czy „Idle” (bardziej syntetyczne tło i kolejne trip hopowe nawiązania). Sięga do rejonów elektroakustycznych („Apnée”), ale też i zręcznie „upycha” loopy z różnych instrumentów w wielu innych utworach. Wszystko to wywołuje wrażenie przełączania się i przenikania pomiędzy muzyką analogową i cyfrową. Heckerowskie pejzaże sprzężonych szumów, „klikająca” glitchowość Jelinka, atmosfera przypominająca wczesne dokonania Tricky'ego oraz muzykę Massive Attack, a także subtelne roszady w stronę idm'u spod znaku Murcofa czy elektroakustyki: to właśnie „Automne Fold”. Płyta świeża i zgrabnie utkana, płyta, gdzie skłonność do eksperymentowania wcale nie oznacza wyczerpującej gry z uszami słuchacza.

czytaj dalej »

Jack Daniels Overdrive - Pure Concentrated Evil


Ten powstały w 2007 roku w Katowicach band, sporo namieszał na polskiej scenie stoner rockowej. Wydany przez nich w marcu 2008 roku album Pure Concentrated Evil , zebrał sporo dobrych recenzji oraz uznanie fanów. Zespół miał też zaszczyt supportować zespół Down, na ich jedynym w 2009 roku, koncercie w Polsce. Parę występów zagrali również u boku znanego zespołu Beatallica. A co pogrywają? Stoner metal na światowym poziomie, świetnie wyprodukowany, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Parę numerów dosłownie wyrywa z trampek. Cóż, Zło przyjechało do miasta!

Pierwszy kawałek The Art of Demolition daje przedsmak tego, co będzie działo się dalej. Świetny riff, podbijany przez świetną grę sekcji (Maciej „Luksus” Rutkowski/Kuba „Oldboy” Pawlewski). Kawałek przez swoje 4 minuty nie daje wytchnienia. Cholernie ciężkie brzmienie, świetna linia wokalna refrenu i ostatnia minuta która dosłownie wgniata w ziemię najcięższym chyba riffem na płycie i krzykiem Demolition! Robi wrażenie.

Następny, trochę monotonny track to Stoned to Death. Zaczyna się ciekawie riffem, którego sam Pepper by się nie powstydził. Ale minusem jest to że praktycznie ten riff prowadzi ten kawałek od początku do końca. Jedynie ostatnie sekundy dodają whisky i ognia do pieca, pracą dwóch central i nisko nastrojonej gitary. Na plus można zaliczyć tu głos Wojtka „Susła” Kałuży. Na początku głos Wojtka wydawał mi się nieco zmanierowany, zwłaszcza w pierwszych dwóch trackach. Jakby nadrabiał wyginaniem twarzy, żeby te dźwięki lepiej brzmiały. Ale to co już robi w następnym kawałku Demonize! Wow!

Kawałek trwa 7:25 i to najdłuższy track na tej EP. Jest to również najciekawszy track pod względem wokalnych możliwości "Susła". Mamy śpiewy znane już z wcześniejszych tracków, ale jest też coś nowego. Wojtek w pewnych miejscach kawałka, wyje i łamie głos jak Serj Tankian ze świętej pamięci System of a Down! Brzmi to rewelacyjnie w połączeniu z piekielnym riffem, który prowadzi Michał „Stempel” Stemplowski. To zdecydowanie najjaśniejszy punkt tego wydawnictwa. Również dlatego, że mamy w końcu zwolnienie w środku kawałka! Robi się trochę przestrzeni, pojawia się trochę spokoju, który serwuje nam Wojtek, delikatnym zaśpiewem i reszta ekipy gra nieśpiesznie swoje. Takich zwolnień mi brakuje! Do tego piękne solo Stempla no i kawałek jest kompletny. Więcej takich zagrywek panowie!

Płytę zamyka również długi, bo 6-minutowy track Come Full Circle. Zaczyna się grą na skali bardzo orientalnej, wysokim śpiewem Wojtka, by po półtorej minuty przywalić świetnym riffem również w konwencji dalekiego wschodu. Ten kawałek niewiele na dobrą sprawę ma wspólnego ze stoner rockiem. To już po prostu metalowe łojenie! I do tego znane z Max`a Cavalera "what goes around, comes around!", świetne solo w końcówce, łojenie dwóch stóp...i album się kończy.

Pure Concentrated Evil to świetne wydawnictwo, które spokojnie można polecić każdemu fanowi stoner/metalowego grania. Panowie i Panie, pojawił się nam chyba kolejny po Black River, towar eksportowy! Zobaczymy jak kariera chłopaków z JDO będzie się dalej rozwijać. Te 4 tracki które serwują nam na debiutanckim EP, robią świetne wrażenie. Jest parę wpadek. Nudny Stoned to Death, czy śpiew "Susła", którego maniera może wkurzać po pewnym czasie. Ale to pierwsze wydawnictwo! Będzie na pewno jeszcze lepiej.

czytaj dalej »

czwartek, 21 maja 2009

Mexico


Jeśli album duetu Eric Truffaz i Murcof, byłby naszym jedynym wyobrażeniem o Meksyku, to zamiast słońca i bogatej flory, widzielibyśmy szare i puste uliczki miasta i czasem pojawiających się na nich zabłąkanych ludzi.

Album „Mexico” jest częścią tryptyku muzycznego „Rendez-Vous” którego głównym twórcą jest jazzowy trębacz - Eric Truffaz. Eric zainspirowany swoimi podróżami, postanowił nakreślić, muzyczny obraz kilku zakątków świata.

Sama praca nad „ Mexico” przebiegała bardzo spontanicznie. Co słychać zresztą, na albumie każdy dźwięk jest niewymuszony, płynący z silnej potrzeby wydobycia jego na światło dzienne.

Truffaz zaprosił do współpracy Murcof'a, meksykańskiego twórcę muzyki elektronicznej/ ambientu, silnie zainspirowanego muzyką klasyczną. Przez pewien czas panowie wymieniali się za pomocą internetu swoimi nagraniami, by w końcu spotkać się w Paryżu i w cztery dni dopracować materiał, który stworzyli. Tak właśnie powstało świetne połączenie jazzu i spokojnej, trochę minimalistycznej elektroniki.

Rzadko kiedy okładka płyty, tak dobrze oddaje jej charakter. Mamy dwie wyglądające na zagubione dziewczynki. Dalej ciężarówka i zabytkowy budynek. Dużo przestrzeni... Bo i podobnie prezentuje się ten krótki album od strony muzycznej. Szybciej jest tylko w pewnej części utworu „Good News From The Desert”.

Właściwie „Mexico”; moglibyśmy podzielić na muzyczne ilustracje: miasto o poranku - „Al Mediodia”; popołudnie, wtedy nagle przez chwilę robi się tłoczno („Good News From The Desert”) i noc, spędzoną samotnie w jakiejś miłej knajpce („Avant L'Aube”).
Jedyną wadą tej płyty jest jej długość... Jest zdecydowanie za krótka. Pomysły zawarte w tych trzech utworach, aż się proszę o rozbudowanie w jakiejś większej całości. Jednak może lepszy jest niedosyt, niż przesyt.

Za każdym razem kiedy odpalam „Mexico” odpływam... Elektronika Murcofa i dźwięk trąbki Truffaza, mają w sobie coś zagadkowego, tajemniczego.

Spokojnie mogę powiedzieć że ten album jest jednym z najlepszych albumów, jakie pojawiły się w ubiegłym roku.

czytaj dalej »

środa, 20 maja 2009

Kobieta, Flet i Doom Metal



Z czym Wam się kojarzy Kanada? Syrop klonowy? Ottawa Senators? South Park? Pamela Anderson? No właśnie. A muzycznie? Zapewne Rush i Devin Townsend. Ja więcej grzechów nie pamiętam (no, może Nickelback). W każdym razie kanadyjczykom doszedł kolejny powód do dumy, obok wyżej wymienionych. Mowa o składzie Blood Ceremony, doomowej kapeli powstałej w 2006 roku. Po kilku falstartach, koncertach w klubach w rodzinnym Toronto i po występie na CMJ Festival w Nowym Jorku w 2007 roku, zainteresował się zespołem Lee Dorian z Rise Above Records i z miejsca podpisał z nimi kontrakt.

Album ukazał się we wrześniu roku 2008, więc ma już lekki zarost. I żałuję z całego serca, że nie poznałem go od razu po premierze, a dopiero teraz. Cóż, Rise Above nie jest aż taki znowu Major Label, co nie? Może zawiodła promocja, może zawiodłem ja, bo nie śledziłem wydawnictw z RA. Nie istotne. Jestem po dwunastu odsłuchaniach albumu, więc mogę się wypowiedzieć.

Pierwsze co przychodzi na myśl w trakcie słuchania tracku otwierającego (mniejsza o tytuł Master of Confusion), to nazwa pewnej kapeli z Birmingham, z lat `70. Kojarzycie Black Sabbath? Właśnie ta. Riff już od pierwszych sekund ocieka mrokiem, jakby był grany palcami samego mistrza Iommi. Ale to nic. Za chwilę, pod ten cudownie staro brzmiący riff, dostajemy nic innego jak flet poprzeczny. Kawałek nabiera wielkiej mocy i podniosłości. Ale to też nic. Wchodzą hammondy obsługiwane przez Panią Alię O`Brien. Teraz już brzmi to jak połączenie Sabbs, Tull i Purple. No i zaczyna się śpiew..KOBIECY! Tak panie i panowie, w każdym z dziewięciu tracków na płycie śpiewa właśnie Alia. Przy tym, gra jeszcze na hammondach i wszechobecnym flecie.
Wielu uzna flet i kobietę przy mikrofonie za profanację, bo to ma być doom! Szatan, niskie zawodzenia, epickość i cała ta reszta. Ale ja – przyznam szczerze – też uważałem podobnie. Flet poprzeczny nie leżał mi nigdy w rocku, a tu nagle ma się pojawić w najcięższej z odmian metalu. I ileż bym stracił, gdybym nie dał szansy Blood Ceremony.

Album pełen jest odniesień do działalności Sabbs, nie tylko w riffach, ale również w brzmieniu albumu. Wyprodukował go Billy Anderson znany ze współpracy z m.in. Orange Goblin, Neurosis czy Fantomas. Więc komentarz zbędny. Album pomimo, że brzmi jak z lat `70, nie cuchnie formaliną, jak na przykład Witchcraft. Billy uchwycił ducha Sabbs, ale wpuścił też trochę świeżego powietrza, żeby przyjemniej się tego słuchało. Świetnie mu się ten zabieg udał. Mi ten album przelatuje jednym tchem, pomimo że trwa prawie 50 minut. Świetny na ciemne wieczory przy świecach. Jeśli współczesne czarownice też organizują szabaty, to mają Ipody z Blood Ceremony.

Pojawiły się głosy że to wszystko było 40 lat temu. No i? Venom też był 30 lat temu, a ciągle dostajemy świetne albumy death czy black metalowe. Dlaczego podobnie nie może być z doomem? Bo sięgają jeszcze dalej? Debiutancki album Blood Ceremony to dla mnie świetne wydawnictwo, które przywraca mi wiarę w Republikę. Bardzo klimatyczne granie, z ciekawymi tekstami i - co dobre - nie jest piekelnie ciężkie.

A jednym zdaniem? Gdybym dostał ten album jeszcze w roku 2008, to mój ranking 10 Najlepszych Płyt Roku, wyglądałby nieco inaczej...

czytaj dalej »

poniedziałek, 18 maja 2009

Chaos kontrolowany



Otwieram opakowanie płyty oprawionej okładką przedstawiającą parę ludzi pierwotnych. Niepewnie wciskam "play" w odtwarzaczu. Daję porwać się w toń muzyki.
Przenikający do szpiku kości chłód, wymieszany z neurotycznym, znerwicowanym i zmanieryzowanym wokalem. Wszystko to okraszone ścianą gitar, które tylko pozorują swój ciężar. W tle słychać mocno "stąpającą po ziemi" perkusję, która na chwilę nie daje odpocząć zmęczonemu rytmowi.

The Ruiner, bo to o tym albumie piszę, to najnowsze dziecko brooklyńskiego kwartetu (J. Christmas, M.Engan, E.Cooper, B ."Bunny" Tobin), które ustawiło się dokładnie po środku granicy między sludge'owym transem gitar a noisowym chaosem budowy piosenek i wokaliz. Mowa tu o Made Out Of Babies, czyli dość młodej formacji, od której debiutu minęły zaledwie trzy lata. Trzy krótkie lata, które przyniosły światu kolejną, po Jarboe, wokalistkę-genialną, wokalistkę, która bawi się głosem i potrafi nim wywołać skrajne emocje u odbiorcy.

Ale po kolei.

Kawałek Cooker, który otwiera The Ruiner, stanowi swoistą preambułę do całokształtu płyty. Pierwsze sekundy porażają słuchacza zmasowaną falą przesterowanego wokalu Julie Christmas, chaosem gitar, bębnów - tak wielkie natężenie misz-maszu instrumentów i elektroniki może wywołać chore zaciekawienie lub zniechęcić od razu. Jednak po tych paru sekundach, rozchwiana kompozycja zmienia się diametralnie w uporządkowaną, zahaczającą nawet gdzieś o melodyjne rejony - nie tracąc przy tym nerwowego (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) klimatu. Za nic w świecie nie chce się uciekać by ratować swoje życie, jak to wykrzykuje w refrenie wokalistka.

Wspomniany wyżej utwór, jest zdecydowanie najmocniejszym punktem całej płyty. Jak już wcześniej napomknąłem, zawiera w sobie wszystkie elementy charakterystyczne dla Made Out Of Babies; Julie Christmas wydaje się pokazywać w nim swoje wokalne atuty z każdej strony. Pozostałe piosenki można określić mianem rozbitych czynników pierwszych Cooker'a. Płyta składa się w przepełnioną emocjami całość, której potencjał zabija się słuchając wyrywko poszczególnych utworów.

O kompozycjach na The Ruiner można pisać w nieskończoność, każde zanurzenie się w tę muzyczną warstwę niesie ze sobą kolejne muzyczne odkrycie, tu słychać dzwoneczek w perkusji, tam zapulsuje bas, znowu z drugiej strony słuchacz może doszukać się ciekawych przesterów w gitarach. Mała rzecz, a cieszy.
Warto jednak po raz kolejny skupić uwagę na zdecydowanie najbardziej interesującym "instrumencie" materializującym się na płycie - tak, w tym miejscu znów w roli głównej pojawia się Julie Christmas. Pośród głosów krytyków, można dosłyszeć częste porównania wyżej wymienionej do Björk. I faktycznie, wokalistka Made Out Of Babies potrafi swoim cukierkowym głosem wręcz zalać odbiorcę, wprowadzając w swoisty trans, raz szepcąc raz melodyjnie nucąc kolejne frazy tekstu piosenki (vide Invisible Ink). I w tym momencie kończą się wokalne podobieństwa do islandzkiej wokalistki - pani Christmas bowiem potrafi w dość zdecydowany sposób wybudzić z melancholijnego nastroju potężnym krzykiem, który bez większego problemu wywołuje marsz mrówek przez cały kręgosłup. I nie jest to tępy wrzask, a świetnie wyważony sposób na urozmaicenie całokształtu kompozycji. Krótko - brutalizacja kontrolowana.

Podsumowując - The Ruiner to płyta dojrzała; śmiało można pokusić się o stwierdzenie, że zespół dorósł muzycznie. Zupełny chaos, czyli to, co mogło podobać się w poprzedniczkach najmłodszego wydawnictwa Made Out Of Babies, na najnowszej płycie ucywilizował się. Można powiedzieć, że Trophy i Coward miażdżyło dźwiękiem niczym maczugą. The Ruiner zabija natomiast z precyzją snajperskiej kuli.
Fenomen zespołu polega natomiast na tym, że grupa osiągnęła tę, niewątpliwie trudną, sztukę w krótkim okresie trzech lat. Płyty słucha się z niesamowitą przyjemnością, a gdy ta dobiegnie końca, aż chce się ją odtworzyć jeszcze raz.

Mając czyste sumienie i muzyczne świętości w nienaruszonym stanie - polecam.

czytaj dalej »