Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tim Hecker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tim Hecker. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 stycznia 2010

Tim Hecker - An imaginary country



Tim Hecker po raz kolejny udowadnia, że zasługuje na miano jednego z najlepszych twórców muzyki ambient obecnych czasów. “An imaginary country” to ok. 50 minut niesamowitej atmosfery i klimatu. Płyta roku 2009…

Kanadyjczyk serwuje nam jak zwykle cudowne ambientowe melodie, wszystko schowane jest za odrobiną szumów i trzasków. Pierwszym albumem Tima jaki miałem przyjemność posłuchać było “Harmony in Ultraviolet” i wciąż uważam tę płytę za najlepszą w jego dorobku. Mimo to słuchanie “An imaginary country” sprawia mi równie wiele przyjemności. Mamy tutaj do czynienia z naprawdę czymś niezwykłym, z czymś w co możemy się zagłębić całkowicie, a kiedy minie już owe 50 minut wcisnąć “play” ponownie.

Te dźwięki wciągają i hipnotyzują, delikatne melodie wprowadzają w trans przy czym wszystkie noise’owe odgłosy wcale nie przeszkadzają, wręcz przeciwnie! Idealnie dopełniają całe wrażenie. Tutaj nie na niepasujących elementów, wszystko stanowi całość – łącznie z dość minimalistyczną okładką.

Nie chcę wyróżniać tutaj lepszych czy gorszych utworów, ponieważ jak już wcześniej wspomniałem ta płyta stanowi całość i słuchanie pojedynczych utworów mija się z celem. Oczywiście nie ma tutaj mowy o jakiejkolwiek nudzie, od tej płyty ciężko się oderwać, te 50 minut mija niezwykle szybko.

Podsumowując “An imaginary country” to naprawdę niezwykła muzyka, która przenosi nas w zupełnie inny świat, wystarczy zamknąć oczy i uważnie się wsłuchać…

czytaj dalej »

poniedziałek, 4 maja 2009

Bóg ma swoje radio



Muzyka ambient. Dla wielu to nawet nie muzyka, ale wylewające się plamy dźwięków i rozwlekłe szumy, nie powodujące kojenia tylko podrażnienie. Nie muzyka, a dźwiękowa tekstura, która zwykle wymaga odłączenia się od typowego dla nas przyzwyczajenia do rytmu czy melodii. Tak samo dyskusyjne jest określenie słuchać muzyki ambient. Może bardziej adekwatne byłoby słyszeć, albo otaczać się nią. Ciężko zatem przypuszczać, czy muzyka ambient kiedykolwiek przeniknie do szerszej publiczności – wydaje mi się, że wymagałoby to szerszej zmiany w sposobie myślenia, kategoryzowania dźwięków. Może to właśnie pobudzenie na tak abstrakcyjne formy muzyczne będzie jednym z przyczółków podczas tworzenia się społeczeństw przyszłości...? Już teraz możemy zaobserwować pewne poruszenie na rynku tego typu muzyki. Warto zatem spoglądać w tamtą stronę, bo kto wie, jak ambient odciśnie się na przyszłych twórcach muzyki?

Tak jak i każda inna muzyka, tak i ambient ma lepszych i gorszych, znanych i nieznanych. Gdy mówimy o współczesnym ambiencie do takich „tuzów” gatunku należą Christian Fennesz, Boards of Canada, Alva Noto, William Basinski czy... no właśnie, Tim Hecker.

Z tym urodzonym w Montrealu artystą zetknąłem się jakiś czas temu. Szukam w pamięci przykładu kogokolwiek, kto mocno, albo chociaż trochę ostrzej skrytykował Heckera, ale naprawdę nie spotkałem się z czymś takim. Muzyczne portale – czy to od strony użytkowników, czy to krytyków – wydają się jak jeden mąż chwalić Tima. „Fantastic”, „great”, „superb”, „amazing”, „wonderful” - te przymiotniki mocno trzymają się recenzji płyt Kanadyjczyka. Postanowiłem więc spotkać się z nim i jego twórczością, dowiedzieć się gdzie czai się prawda. Wybrałem Radio Amor, nazywaną jedną z najlepszych płyt artysty.

Anglosasi mają takie ładne słowo – imaginative. Imaginatywny. U nas nie brzmi tak dobrze, ale już od otwierającego „Song Of The Highwire Shrimper” czuje się nagłe zbliżenie z wyobraźnią. Ciężko nie zamknąć oczu, nie oderwać się od ziemi. Hecker wyraźnie walczy z grawitacją. Struktura tej muzyki jest bardzo gęsta: część wysunięta do przodu, jak na przykład klawiszowe drgania, część bardziej schowana i naszpikowana szumami oraz trzaskami. Jednak elementy te często przetasowują się, zmieniają się akcenty, na jakie Kanadyjczyk kładzie nacisk. W „(They Call Me) Jimmy” artysta pośród roziskrzonych dronów mocniej wibruje klawiszowym motywem – jednak już w następnym „Spectral” przestrzeń robi się rozleglejsza i gładsza. Wychodzimy na równinę. Wszystko to jednak tylko pozory, bo okazuje się, że tak naprawdę stoimy do góry nogami: Hecker przerzuca nas jak marionetkę po swoim własnym niebie. Tonięcie w obłokach i całowanie kropel deszczu jak w „The Star Compass”, albo „Trade Winds, White Heat” które sprawia, że ma się ochotę zmienić stan skupienia. Słychać w oddali jakieś głosy, jak z jakiegoś dalekiego radioodbiornika – to nasze życie, to my, to oni?

Podjęcie innej perspektywy, rekategoryzowanie przestrzeni - to właśnie wywołuje artysta. Przypomniał mi on jeden z najpiękniejszych obrazów mojego życia: lot samolotem w istnej dżungli chmur, lot ku słońcu i białe skrzydło Jumbo-Jeta ponabijane złocistymi promieniami. Muzyka Heckera wydaje się być czuła zwłaszcza na takie porównania. W różnych „interpretacjach” twórczość Kanadyjczyka jest też na przykład postrzegana jak pływanie, jak ruch pośród wodnistej, swobodnej masy, zanurzanie się w głębiny. Różnie można postrzegać też nastrój tej muzyki. Wielu twierdzi, że Radio Amor kryje pod swoją skórą melancholię, którą można by porównać do tytułu powieści czeskiego pisarza Milana Kundery - „Nieznośna lekkość bytu”.

Lekkość – tak. Czy nieznośna? Nie wiem. Wiem tylko, że Radio Amor to najpiękniejsza apoteoza latania jaką słyszałem. Cytując imiennika Kanadyjczyka, Tima Leary'ego: „Turn on, tune in, drop out”.

czytaj dalej »