Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orange The Juice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orange The Juice. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 października 2009

Orange the Juice nagrywa drugi album



Po entuzjastycznie przyjętym przez fanów i krytykę debiucie "You Name It", zespół nie spoczywa na laurach i rozpoczął prace nad kolejnym krążkiem, który zatytułowany będzie "The Messiah Is Back". Zespół zapowiada muzykę totalnie nieszablonową i wyrwaną z kajdan schematów oraz gościnny udział innych muzyków.

Pierwszym etapem procesu rejestracji nowego albumu Orange the Juice będzie nagranie podstawowej sekcji zespołu: perkusji, basu, kontrabasu, gitary, fortepianu oraz klawiszy. Miejscem wybranym na ten cel przez grupę została sala kina "Wrzos" w Stalowej Woli, charakteryzująca się akustyką w pełni satysfakcjonującą muzyków. Zupełną nowością jest fakt, iż wspomniana sekcja instrumentalna będzie w całości rejestrowana na żywo. - Zależy nam na uchwyceniu emocji towarzyszących muzyce. Żadne rejestrowanie ścieżek poszczególnych instrumentów nie jest w stanie oddać tego, co dzieje się z nami podczas wspólnego grania - komentuje Dawid Lewandowski. - Po raz pierwszy realizujemy w Orange the Juice nagranie płyty w taki sposób, jednak jesteśmy na to gotowi i w pełni czujemy się na siłach - dodaje wokalista Konrad Zawadzki.

Nad prawidłowym brzmieniem powyższych nagrań będzie czuwał Piotr "Falko" Rychlec, znany ze współpracy choćby z Justyną Steczkowską, Stanisławem Sojką, Matragoną, Tołhajami czy Zbigniewem Hołdysem.

Na stronie możemy obejrzeć pierwsze filmy dokumentujące przygotowania zespołu do procesu nagrania nowej płyty.


czytaj dalej »

środa, 19 sierpnia 2009

Rynek muzyczny, gabinet Dr. Caligari i lepsze jutro przy soku pomarańczowym



Nie podejrzewałem, że kiedyś taki projekt jak Orange The Juice pojawi się w Polsce. Wciąż jednak pozostają niedostrzegani w naszym kraju, zmuszeni są promować swoją muzykę za granicami kraju, która spotyka się tam z dużo większym entuzjazmem niż mogłaby się spotkać u nas. Docenieni w Stanach Zjednoczonych, zaproszeni na jeden z największych festiwali muzycznych Sziget odbywający się w Budapeszcie, ale wciąż niestety w Polsce pozostają zespołem niedocenianym. Nie kryją swego szaleństwa i otwartości umysłowej na wszelakie udziwnienia muzyczne, wciąż starają się udoskonalać swoją muzykę i walczyć o lepsze jutro. Rozmawiałem z Dawidem Lewandowskim, gitarzystą i drugim wokalistą zespołu.

Na samym początku przybliż nam pokrótce historię powstania Orange the Juice. Czy z tą ekipą gracie od samego początku czy może z czasem skład był uzupełniany?

Wszystko zaczęło się 2002 roku. W zasadzie zaczynaliśmy jako trio: Ja, Konrad i Mariusz Szmuc, nasz wcześniejszy basista. Mieliśmy małe problemy z perkusistą. Po prostu ciężko było znaleźć kogoś, kto byłby na tyle otwarty i pomysłowy, żeby sprostać naszym chorym wymaganiom. W końcu pojawił się Janek i wtedy wszystko zaczęło się kleić. Powstawał materiał, było wiele prób. W międzyczasie staraliśmy się powiększyć instrumentarium. Jeśli dobrze pamiętam, po roku dołączył do nas Mariusz Godzina (saksofon). W takim 5cio osobowym składzie, zagraliśmy na wielu festiwalach w Polsce. W późniejszym czasie, podczas nagrań do drugiego demo, zaprosiłem do współpracy Marcina A. Steczkowskiego. Znamy się jeszcze ze szkoły średniej, więc wiedziałem, czego się po nim spodziewać. Mówiąc krótko: „zażarło”. Od roku mamy nowego basisto - kontrabasistę, który wykorzystuje również elektroniczne brzemienia, dzięki czemu nasze instrumentarium, a tym samym nasze możliwości są jeszcze większe. Marcin podobnie jak inni członkowie jest naszym kolegą od lat, razem tworzymy także Minimatikon, razem jam’ujemy. Jest również członkiem The Transgress. To chyba tyle z mglistej przeszłości ;-)

Oglądałem wywiad z Waszym wokalistą, który dosyć radykalnie stwierdził, że w naszym kraju nie ma rynku muzycznego, na którym Orange The Juice mogłoby się odnaleźć, dlatego też planujecie atak na rynki zagraniczne. Nadal podtrzymujecie to stanowisko?

Konrad powiedział to kilka lat temu, a w zasadzie to powtarzamy to dość często, gdyż niestety jest to prawda. Mówiąc „rynek” nie mamy na myśli tylko słuchaczy, bo odbiorców oczywiście mamy. W naszym kraju brak jest jednak festiwali z prawdziwego zdarzenia, na których bylibyśmy do przyjęcia. Nie ma rozgłośni radiowych, które chciałyby nadawać muzykę inną niż „same złote przeboje” itd. Może nie jest tak, że zupełnie nic nie ma, ale na pewno trudno mówić o rynku muzycznym otwartym na coś świeżego. Myślę, i to chyba najważniejsze, że świadomość niektórych osób decyzyjnych, które mogłyby coś zmienić, jest nieco „wąska”. A my nie jesteśmy jedynym polskim zespołem myślącym w ten sposób. Wiele grup osiąga sukcesy za granicą. Dla niektórych sukces w Polsce był wynikiem zagranicznych osiągnięć. Dla mnie osobiście taki stan rzeczy jest chory. Więc jak to wcześniej ująłeś planujemy atak! Oczywiście nie zapomnimy o naszych polskich słuchaczach. Wszak w grupie siła cha, cha, cha.

Wiadomo, że młodym zespołom nie łatwo jest znaleźć od razu wydawcę, zwłaszcza jeśli starają się grać muzykę odbiegającą od oklepanych schematów rocka czy metalu. Jednak udało znaleźć się Wam polskiego wydawcę, jak współpracuje się Wam z Ars Mundi? Czy spełniają Wasze oczekiwania? Jak doszło do tej współpracy? Jak idą Wam poszukiwania wydawcy na rynku zagranicznym?


Powiem krótko Ars Mundi jest OK. Wywiązuje się bezbłędnie z postanowień zawartej między nami umowy, więc czego chcieć więcej. Nikt z nas przy tym dealu nie oczekiwał kontraktu życia, a raczej jedynie tego aby debiut płytowy mieć już za sobą. I tak też się stało. Czas na następny krok.

Słyszałem, że nazywano Was „pogromcami festiwali” ze względu na porażającą ilość wyróżnień jakie otrzymywaliście na wszelakiego rodzaju konkursach i przeglądach muzycznych. Co czuje młody zespół, który ma za sobą dosyć spory bagaż wyróżnień na samym starcie?


Nadzieje na lepsze jutro ;-) ,a przede wszystkim jest to dowód na to, że słuchacze chcą czegoś nowego, alternatywy do skostniałego mainstrea’mu.

Szukając informacji na Wasz temat, trafiłem na projekt o nazwie „Minimatikon”, mógłbyś przybliżyć garść informacji na ten temat?

Minimatikon to filmowe oblicze Orange The Juice poszerzone o dwóch członków z zespołu The Transgress. Razem tworzymy muzykę do filmów. Naszym najmłodszym dzieckiem jest soundtrack do kultowego filmu „Gabinet Dr. Caligari”, który od 10 lipca można obejrzeć wraz z naszą muzyką w kinach studyjnych w całej Polsce. To dla nas „straszna” frajda ;-)

Muzyka prezentowana przez Wasz sekstet jest szalenie eklektyczna, można w niej znaleźć liczne odniesienie do przeróżnych gatunków muzycznych. Co podkusiło Was do grania takiej muzyki? Jakie zespoły bądź artyści miały na Was największy wpływ?


Co nas podkusiło? Myślę, że to efekt naszych charakterów. Dla nas muzyka jest po prostu muzyką, nie jakimś stylem, czy gatunkiem. Chodzi o emocje, słuchając bossy można popaść w melancholię, słuchając metalu można dostać ataku epilepsji cha, cha, cha … i o to właśnie chodzi ! Muzyka jest tak różnorodna, że nie rozumiem jak można dobrowolnie skazywać się na nudę. Pytasz o inspiracje. Jest ich tak wiele, że trudno wymienić. Dla mnie osobiście ważną postacią, która wiele lat temu otworzyła mi głowę jest John Zorn, „książką” którą wciąż czytam i która nadal mnie uczy. Oczywiście Zorn to nie wszystko. W zasadzie każdy dobry zespół, który spotykam na swojej drodze wnosi coś nowego i otwiera kolejną furtkę. Myślę że to bardzo naturalne dla nas wszystkich.

Wasz krążek doceniono również w Stanach Zjednoczonych, jak myślisz, czy będzie to miało jakiś wpływ na Waszą pozycję na naszym, rodzimym rynku muzycznym, czy ktoś to w ogóle doceni? Może już to zrobił?

Trudno powiedzieć. To spore wyróżnienie i w jakiś sposób jestem z nas dumny i na razie chyba to mi wystarczy ;-)

Jak wspominacie Wasz zeszłoroczny występ na węgierskim festiwalu Sziget? Jak udało się Wam tam znaleźć? Macie w planach jeszcze jakieś zagraniczne festiwale, koncerty? A jak wygląda sytuacja z Waszymi koncertami w kraju?

Wspaniały festiwal, świetna atmosfera, doskonała organizacja w zasadzie same superlatywy. Chętnie powtórzylibyśmy ten wypad. Zanim zostaliśmy zaproszeni na Sziget graliśmy koncert w Budapeszcie w ramach imprezy Soundquest. Jeden ze współorganizatorów widział nasz koncert i to wystarczyło ;-) Jeśli chodzi o nasze koncerty planujemy małą, jesienną trasę po Polsce i Europie. 14 listopada wystąpimy w Austrii w miejscowości Linz, która w tym roku została wybrana na europejskie miasto kultury. Będziemy reprezentować Polskę obok takich zespołów jak Rh+ , Village Kollektiv i Miloopa.

Na koniec kilka słów do naszych czytelników.

Dziękuje za uwagę, wspierajcie nasza muzyczna batalię o lepsze jutro! Pozdrawiam intensywnie w imieniu całego OTJ.


czytaj dalej »

Orange The Juice - You Name It



Alternatywne spojrzenie na muzykę w naszym kraju, z dnia na dzień przybiera na rozmiarach. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko dzielnie dopingować wszystkie te zespoły, które starają się stworzyć własny styl, odciąć się od wszechobecnych schematów muzycznych i zaprezentować własną wizję muzyki. W przypadku Orange The Juice mamy do czynienia z wizją szaleńca, który świetnie włada wszystkimi instrumentami z wokalem na czele. Cierpi na nieuleczalne ADHD, nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu, ma kilka rąk, które sprawnie obsługują wszystkie instrumenty na raz i dwie głowy – jedną do machania, drugą do opętanego komponowania.

„You Name It” to materiał szalenie eklektyczny, skupiający w sobie części składowe wielu gatunków, począwszy od jazzu, którego na płycie jest bardzo dużo, a na ekstremalnym metalu skończywszy. Szalone wokale świetnie uzupełniają te pokręconą, awangardową jazdę jaką serwuje nam sekstet ze Stalowej Woli. Mój pierwszy kontakt z OTJ był bardzo pozytywny, spowodowali, że moja szczęka podświadomie zaczęła się otwierać, a obśliniony jęzor czując, że droga jest wolna, wyślizgnął się z ust i mimowolnie zaczął zwisać. Płytę otwiera niepozorny, z początku elektroniczny „Facing The Monsters”, który po około minucie przeradza się w mieszaninę muzycznych, popieprzonych i surrealistycznych myśli szalonego kompozytora, które idealnie zwiastują to, przez co w ciągu najbliższej półgodziny będziemy się dzielnie przedzierać. „Package Deal” to jedna, wielka tytułowa awangardowo-jazzowa paczka, po której otwarci przywita nas klaun na sprężynie z szyderczym uśmiechem i przyklejoną na czole kartkę z napisem „bang!”. W jednej chwili jesteśmy miażdżeni masywnym, dynamicznym riffem by za chwilę zostać zaskoczonym wyciszeniem i jazzowymi zagrywkami. Pochód basowy, rytmiczne uderzenia pałeczki w ride i „brudna” trąbka do spółki z saksofonem, które wymieniają się co chwila rolami. Ludzie, tam jest nawet ska! Takich patentów jest na tej płycie od groma.

Tak eklektyczna wizja muzyki podparta musi być równie szalonymi, wizjonerskimi inspiracjami, których moim zdaniem powinniśmy doszukiwać się u Franka Zappy i zespołów pokroju Primus i wszelakie awangardowe twory. Ich płyta została nawet wyróżniona w Stanach Zjednoczonych i okrzyknięta została szaloną fuzją Franka Zappy, Napalm Death, Primus oraz System of a Down. No akurat z tym SOAD chyba lekko ich poniosło, no ale chyba, że chodziło im o stare płyty, wtedy jak najbardziej. Co do Napalm Death to również lekka przesadza, z grindcorem bym ich nie wiązał, chociaż momentami balansują na granicy. Słychać, za to, że lubią zapuścić w głośnikach różne wcielenia Pattona i Johna Zorna!

Połączenie klasycznego instrumentarium z sekcją dętą było genialnym zabiegiem, który spowodował, że całość przybrała niesamowite kształty i spowodowała intensywną prace mojej wyobraźni. Podążając bezimiennymi ulicami, widzimy cyrkowe obozowisko, w którym żonglującym klaunom wokół których zgromadziły się liczne gromadki dzieci z balonami, przygrywa wesoły, wąsaty, gruby kataryniarz dookoła, którego podskakuje małpka. Idąc przecznice dalej, stąpamy po wilgotnej kostce brukowej, nastrój jak i pora dnia, diametralnie się zmieniają, widzimy ponure mury starych kamienic oświetlane wiekowymi latarniami, na których zdają się tańczyć wszelakiej maści cienie. Droga przepełniona jest fikuśnymi ławkami, na których co jakiś czas przesiadują różne, abstrakcyjne postacie. To przepełniona groteską historia, w którą umiejętnie wpleciona została groza.

Chłopaki zaserwowali genialną syntezę, od której nie mogę się oderwać. Wyślizgując się wszelakim ramom, tworzą mieszankę iście wybuchową i na całej linii szaloną i oryginalną. Chyba muzycy nie bez powodu kazali słuchaczowi samemu nazwać sobie to czego słucha, według własnego uznania i odczuć, bo ciężko jednoznacznie określić muzykę Orange The Juice, a pewnie każdy z nas znajdzie w niej co innego i inaczej ją określi. Jednym słowem: must have! Gorąco polecam!


czytaj dalej »

piątek, 7 sierpnia 2009

Orange The Juice




Pochodzenie: Stalowa Wola, Polska

Rok powstania: ?

Status: Aktywny

Skład:

Konrad Zawadzki – wokal
Dawid Lewandowski – gitara, wokal
Mariusz Szmuc – bas
Janek Biedrzyński – perkusja
Marcin A. Steczkowski – instrumenty klawiszowe, trąbka
Mariusz Godzina – saksofon

Wytwórnia: Ars Mundi

Kontakt:

Oficjalna strona
Myspace


Rok powstania tego Stalowowolskiego sekstetu jest niestety bliżej nie znany. Przez cały czas swojej działalności gościli na wszelakiej maści festiwalach muzycznych na terenie całego kraju zdobywając wyróżnienia i nagrody. Zespół ma za sobą również udział w prestiżowym Sziget Festival, który co roku w okresie wakacyjnym odbywa się na Węgrzech, a dokładniej w Budapeszcie. Przez długi okres Orange The Juice poszukiwali wydawcy, zarówno krajowego jak i zagranicznego, jak na razie udało im się nawiązać współpracę z warszawską wytwórnią Ars Mundi, pod skrzydłami której wydali swój pierwszy krążek zatytułowany „You Name It”. Album spotkał z ciepłymi reakcjami w Stanach Zjednoczonych, gdzie znalazł się w zestawieniu zatytułowanym “Best Breakthrough Artist of the Year” i okrzyknięty został szaloną mieszanką Franka Zappy, Napalm Death, Primus oraz System of a Down co jest jak najbardziej uzasadnione.

Orange The Juice to zespół szalenie eklektyczny, który sprawnie żongluje wszelakimi gatunkami tworząc mieszankę iście wybuchową i nieprzewidywalną. Nie stronią od ciężkich riffów, jazzowych zagrywek, wściekłych, opętanych wokaliz jak i delikatnych, subtelnych zaśpiewów, które przy akompaniamencie saksofonu wypadają więcej niż znakomicie. Nie brakuje atmosferycznych, niepokojących momentów, niekiedy można poczuć się jak w starodawnym kabarecie w otoczeniu cyrkowej scenografii.
















CD, 2009

"You Name It" - pierwsze wydawnictwo zespołu wydane pod skrzydłami Ars Mundi. Materiał został zarejestrowany Studio X w Olsztynie pod okiem Szymona Czecha, natomiast mastering i mix, nad którymi pieczę trzymał ten sam człowiek, odbyły się w Elephant Studio, również w Olsztynie.

1. Facing the Monsters
2. Cradle to the Grave
3. Out of Place
4. Package Deal
5. Hope (It's Dead)
6. 10,5
7. Project Good Life
8. 10.5 Final



czytaj dalej »