Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2005. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2005. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 października 2009

Ogród ulotnych wrażeń



Szary wiosenny poranek. Stary ogród, do którego dawno nie zawitał żaden człowiek. Przyroda powoli budzi się do życia, kwiaty i krzewy zroszone rosą. Tak wyobrażam sobie tę prawie pięćdziesiąt minutową kompozycję.

Na hasło ambient większości interesujących się ambitniejszą muzyką ludzi przychodzi do głowy kilka nazwisk, w tym człowieka o polskich korzeniach - Williama Basinskiego.

Dziwną muzykę serwuje nam ten artysta – na „The Garden of Brokenness” składają się pojedyncze dźwięki klawiszy, z których autor konstruuje przewodni motyw muzyczny, pozwala mu wybrzmieć i wyciszyć. Dodatkowo mamy „płynące” szumy i... ciszę, której Basinski bardzo często używa. Po takim opisie można by powiedzieć – że to wydumane nudy, silenie się na artyzm którego nie da się słuchać. Jednak album nie ma nic z eksperymentów Cage'a, niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny i subtelne piękno. Basinski pozwala nam popłynąć z jego dźwiękami po swoim własnym wyśnionym ogrodzie.

Ten album jest odtrutką na współczesny wszechobecny pośpiech, pozwala się wyciszyć, odejść na chwilę od rzeczywistości. Jest obrazem dzikiej uśpionej przyrody. Jednocześnie ukazuje ulotność chwili, przemijanie. Jest próbą zatrzymania obrazu, emocji. Może Basinski zobaczył przed nagraniem tego albumu coś, co po chwili całkiem się odmieniło i może postanowił przez muzykę zatrzymać, utrwalić ten obraz. Bo jest w tej muzyce jakiś ból z powodu ulotności dźwięków, zapachów, obrazów... Sama muzyka Basinskiego też jest emferyczna. Piękny klawiszowy motyw pojawia się na chwilę by potem zniknąć i zostawić nas z szumem, szelestem lub ciszą. U Basinskiego dźwięki umierają by narodzić się ponownie, a my wsiąkamy coraz bardziej w brzmienia graniczące z ciszą.

Nie będę pisał dla kogo przeznaczono jest ta płyta, bo myślę że warto spróbować przeżyć ten album na swój sposób; „odlecieć” na te niecałe pięćdziesiąt minut.

czytaj dalej »

czwartek, 7 maja 2009

Proces Eliminacji



Na początku wypadałoby przybliżyć kilka informacji dla niewtajemniczonych. Leng Tch'e to 4 beligijskich rzeźników, którzy w 2001 roku, wpadli na pomysł, aby poprzez grindcore dać ujście swojej agresji i frustracji, do których doprowadza ich gnijące społeczeństwo w jakim są zmuszeni się obracać. Do tej pory wychodzi im to rewelacyjnie, każdy krążek daje spory zastrzyk adrenaliny i mocy! Zawsze lepsze jest uwalnianie swoich niespożytych zasobów energii właśnie poprzez taki alternatywny sposób jakim jest muzyka, a nie bieganie z pistoletem po ulicy...

"The Proces Of Elimination" to 33 minuty totalnej rozwałki i masakry. Stworzyli krążek naładowany nie małą dawką energii, na którym wylali całą swoją złość i nienawiść. Album jest dynamiczny i zwarty, słuchając go nawet przez moment się nie nudziłem, bo szczerze mówiąc nie było kiedy, dopiero po wyciszeniu wszystkich instrumentów, złapałem trochę oddechu. Trzeba się naprawdę skupić, żeby odnaleźć metodę w tym gąszczy dzikich, intensywnych i dynamicznych riffów, które wgryzają się w naszą głowę i do oporu wiercą w niej dziurę swym pneumatycznym ostrzem.

Na dużą uwagę zasługuje sekcja rytmiczna, która nadaje zabójcze tempo całemu procesowi eliminacji, bębniarz nie ustawia swojego zestawu względem gwiazd, nie oblicza rozstawienia bębnów ze wzorów matematycznych, bierze pałki, siada i łoji ile sił mu starczy, słychać, że daje z siebie naprawdę wiele, a basista dzielnie dotrzymuje mu kroku!

"Another Hit Single" to utwór, który rzeczywiście może stanowić hit. Rozbujany, pędzący do przodu, catchy riff. Co by chwytliwych partii nie było mało, podobną dawkę wpadających w ucho zwolnień i riffów dostajemy w "Glamourgirl Concubine", który w towarzystwie napędzającej machiny perkusyjnej, tworzy świetny koncertowy numer przy, którym głowa lata sama, oraz "Pimp", gdzie w pierwszym momencie jego odsłuchu myślałem, że jest to cover jakiegoś hard rockowego bandu. Dlaczego? Posłuchajcie sami.

Belgowie nie ograniczają się tylko do natłoku riffów, ale w swojej muzyce stosują wiele przemyślanych zagrywek, zwolnień, zmian tempa, dosyć często pojawiają sample w postaci bliżej nie znanych mi nagrań dialogów, które służą jako zdawkowe, ale i oryginalne, wprowadzenia do poszczególnych utworów. Wszystko to o czym mówię, wypadałoby blado, gdyby nie głęboki, przejmujący, a niekiedy zwierzęcy wokal. Przez całą płytę możemy podziwiać paletę wszelakiej maści wyziewów od zapchanego klozetu, po kwik zarzynanej świni. Boris daje radę, ale moim zdaniem i tak są lepsi „hydraulicy”.

Generalnie rzecz biorąc płytę przyswaja się bardzo łatwo (zdecydowanie subiektywne odczucie), co w głównej mierze zawdzięczamy trwającym po średnio 2 minuty utworom. Myślę, że pół godziny spokojnie wystarczy, aby stopniowo i sukcesywnie dewastować od środka umysł słuchacza.

czytaj dalej »