Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1999. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1999. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 listopada 2009

Today Is The Day "In The Eyes Of God"


Ponoć styl Today Is The Day powstał, gdy Steve Austin – dusza, mózg i serce zespołu – wkurwił się pewnego dnia na rodziców, zszedł do piwnicy, włączył gitarę możliwie najgłośniej i grając na niej, jednocześnie wrzeszczał do sufitu: „Pierdolę Was!”

„In The Eyes Of God” przedstawia ów styl już dopracowany, w stadium, które podobało mi się najbardziej. Muzyka Austina wyszła gdzieś z ducha hard core’a, nabierając kształtów nosie rock’owych. Zresztą pierwsze trzy płyty wydane zostały przez Amphetamine Reptile – labela specjalizującego się w tym gatunku (pod skrzydłem AR ponadto nagrywał m.in. Helmet). Z płyty na płytę wkurzony Steve urozmaicał swoje dźwięki nowymi składnikami. Na „In The Eyes...” styl zespołu został wzbogacony o elementy grindcore’a. Dodać do tego Brann’a Dailor’a za perkusję (dziś Mastodon) i mamy album – w moim odbiorze – niemal doskonały.

Dla jednych Steve Austin jest szaleńcem i pojebem, dla innych nawet geniuszem. Dla mnie jest nimi wszystkimi na raz. Chryste! Jak ta płyta się zaczyna! Utwór tytułowy to jeden z najlepszych pierwszych kawałków w moim mniemaniu. Krótki fragment pewnego filmu dokumentalnego, stłumione gitary, bębny Dailor’a budują napięcie i miazga. Krzywa, wykrzyczana, obłędna melodia, ściana dźwięku. Słuchać maksymalnie głośno! Dalej wściekły grindowy blast. Boli. Austin daje upust swemu szaleństwu, Dailor na swym zestawie perkusyjnym wręcz lata (genialny pałker – bardzo jazzowy jak na rockowca). I tak jest do końca tego longplaya. Szaleństwo, zgrzyty, piski, hałas, nieludzkie wrzaski Austina, czy też dziwaczne melodie i gdzieś ulatująca czarnomagiczna aura. A wszystko za pomocą głosu, gitary, perkusji, basu Bill’a Kelliher’a i stylowych sampli. O tekstach Steve’a nie ma co się nawet rozwodzić. Bełkot człowieka, który ma nierówno pod sufitem. Przytoczę może jeden – mój ulubiony – tytuł: „The Russian Child Porn Ballet”.

Sztuka? Bezsprzecznie, przez duże „S”! W końcu wzburza emocje i to cały wulkan. Nie są to jednak bynajmniej emocje pozytywne. Słuchanie tej muzyki sprawia ból. Ukojenie na końcu nie przychodzi. Po kilkuminutowej noise’owej improwizacji w środkowej części „There Is No End”, Steve Austin – razem z indiański szamanami – za pomocą pomylonych dźwięków odprawia rytuał. Kończy się płyta, a słuchaczowi pozostaje niepokój.

czytaj dalej »

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Ice - "Bad Blood Transfusion"; "Trapped In Three Dimensions"; "Headwreck"

Dorobek Ice nie należy do najobfitszych jeśli idzie o ilość wydanych krążków. Obok dwóch long playów mamy dwa mini albumy z remixami utworów z „Bad Blood” i Epkę „ Headwreck”. Niektóre źródła podają jeszcze jedno wydawnictwo zawierające dwa remixy utworów z „Under the Skin” i jeden nowy kawałek. Obecnie zdobycie tego albumiku, noszącego nazwę „Quarantine”; graniczy z cudem. Na jakim poziomie są „małe rzeczy” od Ice'a? Jak się prezentują, gdy je porównamy do długich albumów?



Zacznijmy może od „Bad Blood Transfusion”. Zawiera on różne wersje dwóch utworów z „Bad Blood” (EPka ta została wydana jeszcze przed albumem). Wersje, nie ukrywając, kiepskie. „X-1” remiksowane przez Underdog'a ciągnie się jak flaki z olejem, to samo dotyczy instrumentalnej wersji tego utworu. Remix „Trapped in 3 Dimensions” nuży, by pod koniec przez chwilę porwać industrialnym, nihilistycznym klimatem. Piękna soczysta wisienka, na kiepskim torcie. Ostatni utwór na tym wydawnictwie to nic innego jak oryginalna wersja „X-1”.

Pocieszające jest to, że nie nawalił duet ukrywający się pod szyldem Ice, tylko autorzy remixów którzy najwidoczniej nie poradzili sobie z duchem oryginału.



Inaczej jest z „Trapped in 3 Dimensions” zawierającym tylko dwa, ale za to genialne remixy utworu o tym samym tytule.

Pierwszy w wykonaniu Dom & Roland przenosi nas w noc, na ulice opustoszałego miasta. Spacerując widzimy ostre światła neonów i latarni. Czasem nas oślepiają. My jednak kontynuujemy naszą wędrówkę donikąd. Zewsząd bije klimat alienacji i osamotnienia. Dekadencka atmosfera utworu robi ogromne wrażenia.

Alec Empire w swojej wersji „Trapped in 3 Dimensions” serwuje nam zwierzęco – elektroniczną ścianę hałasu. Utwór ma specyficzny transowy klimat. Łączy on jakąś zwierzęcą dzikość z czysto „technicznymi” dźwiękami.



Na koniec zostawiłem sobie prawdziwą małą perełkę - „Headwreck”. Składają się na nią cztery utwory – dwa remixy i dwa wcześniej nie publikowane utwory.

Ten mały albumik, przenosi nas do wielkomiejskich slumsów rozpalonych słońcem, gdzie po uliczkach walają się metalowe kubły na śmieci. Brud i gorąc. Straceni dla społeczeństwa młodzi ludzie wykrzykują opętańcze monologi tworząc psychotyczny miejski folk pełen niepokojącego, narkotycznego klimatu. Tak przez trzy utwory. Na koniec przychodzi wieczór. Młody człowiek przysiada obok pogodzonego z swoim losem starego grajka ulicznego i zaczyna wykrzykiwać swój gniew. Wraz z coraz bardziej agresywnym tonem rapera muzyka przeradza się w narastający hałas. Nad wszystkim zaczyna górować industrialny przester, który wydaje się być jakąś mantrą.

„Headwreck” ma bardzo przemyślaną konstrukcję. Mamy świetne wprowadzenie do klimatu płytki, a potem wszystko zmierza do niesamowitego końca.

Podsumowując EPki Ice'a, z jednym wyjątkiem, trzymają poziom długich albumów. A miernotę jaką jest „Bad Blood Transfusion” można wysłuchać ku przestrodze – jak można zepsuć świetny utwór i jak wielką władzę ma osoba, która remixuje nagranie.

czytaj dalej »

czwartek, 23 lipca 2009

Isis - The Red Sea


You were away.
When honey, when was I away?
I'm not sure. You were, though.
Away in the sea of red


Pisałem już o tym przy okazji recenzji „Mosquito Control”, ale wspomnę również tutaj bo dotyczy to obu albumów. Japonia jak zawsze została wyróżniona i dostali dwupłytowe pudełeczko, w którego skład wchodzi „Mosquito Control” poszerzone o cover Godflesh „Streetcleaner” oraz druga płyta zawierająca materiał z „The Red Sea” wzbogacona o cover „Hand Of Doom” Black Sabbath i dodatkowo poszerzona jeszcze o zawartość „Demo 1998”. Jeśli jesteśmy już przy coverze Ozzy’ego i spółki, warto wspomnieć, że utwór został zaśpiewany nie przez Turnera jak mogłoby się wydawać, tylko przez Clifforda Meyera, który przyszedł na miejsce Jaya Randalla, a wcześniej znany był z udziału w zespole The Gersh.

Zespół nie zwalnia tempa, dalej toczy się niczym masywny głaz spuszczony ze skarpy i rozbija się z wielkim hukiem. Tym razem dostaliśmy większa dawkę hałasu, za którą odpowiedzialny jest już nie Chris Mereshuck, a Jay Randall znany z grindcore’owego Agoraphobic Nosebleed. Naturalnie odpowiada on za elektronikę w 3 pierwszych utworach, bo pierwotnie „The Red Sea” to 3 utwory, reszta pochodzi z demówki, a tam w elektronice palce maczał Chris Mereschuk.

Krążek otwiera zagadkowy i hałaśliwy „Charmicarmicarmicat”, który jak tłumaczy zespół, tytuł miał swój początek w piosence zespołu The Melvins pt. „Charmicarmicat”, a dla zabawy Isis dodał do tytułu dodatkową frazę „cat”, aby wprowadzić trochę absurdalnego humoru charakterystycznego dla Melvinów. Jako inspiracje do napisania tego kawałka zespół wymieniał również Earth oraz noiseowy Bastard Noise.

Do you know how it hurts your eyes to stare at the horizon?
If you stare at the horizon long enough, all you can see is fire
The entire line of the horizon is burning
Fire is as far as the eyes can see

Utworu stanowiące macierzysty materiał „The Red Sea” wzbogacone są o dialogi pochodzące z miniserialu składającego się z trzech odcinków w reżyserii Davida Lyncha, który swego czasu emitowała stacja HBO pt. „Hotel Room”, a dokładniej z odcinka trzeciego zatytułowanego „Blackout”. Za muzykę odpowiedzialny był Angelo Badalamenti. Z kolei utwór pt. „Ochre” zawiera sample z filmu „Dead Man”, gdzie główną rolę zagrał Johnny Deep Jak pwidać Turnera często sięga po inspirację do kinematografii i całkiem zgrabnie mu to wychodzi. Natomiast jeśli chodzi o motywy pojawiające się w tematyce tekstów Isis, tym razem pojawia się motyw wodny, który w późniejszym czasie zostanie kontynuowany na „Oceanic” oraz postać żeńska, zwana często więżą, której topos będzie również kontynuowany na krążku „Celestial”.

Podsumowując. Zespół nie zmienił kierunku, poszedł ścieżką wydeptaną już na „Mosquito Control” serwując dawkę solidnego, mięsistego, pełnego miażdżących riffów grania, dodatkowo urozmaicając je samplami z filmów i po raz kolejny sporą porcją elektronicznego hałasu. Dzięki świetnym koncertom towarzyszącym promocji „Mosquito Control” i „The Red Sea”, które grali u boku takich kapel jak Cave In, Candiria oraz The Dillinger Escape Plan, zespół zyskał sporą rzeszę fanów, która murem stoi za nimi po dziś dzień. Turner powiedział wówczas w jednym z wywiadów: „Naprawdę próbujemy grać najciężej jak to możliwe, wszystko to po to być dać ludziom, którzy przyszli nas zobaczyć, czystą rozrywkę.”

czytaj dalej »