Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2001. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2001. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 maja 2009

Dyskoteka na kwasie albo jak wracać do domu



Duża, obskurna piwnica. Hipnotyczne, czerwone światło, rozbijające półmrok. W jednym krańcu sali prowizorycznie zainstalowany barek. Skórzane czarne kanapy, które w tym oświetleniu idealnie pasują do miejsca. Wszystko jest odrealnione. Po klubie kręcą dziwne typy. Co pewien czas ktoś wykrzykuje opętańczo jakiś monolog. Głośno puszczona muzyka uderza, szumi, wibruje i bije po uszach.

Takie obrazy stawały mi przed oczami, kiedy słuchałem pierwszej połowy płyty „Brotherhood of the Bomb” duetu Justin Broadrick i Kevin Martin, znanego jako Techno Animal. Projektu łączącego w sobie industrial, noise, hip-hop, breakbeat (inspiracje muzyczne mógłbym, zapewne jeszcze długo wymieniać). Jednak panowie popisując się erudycją muzyczną, tworzą zupełnie oryginalne i autorskie dzieło. Mógłbym długo pisać o tym albumie odnosząc się do różnych gatunków muzycznych, jednak nie chodzi tu o łatki, tylko o samą jakość, jaką prezentuje. A muszę przyznać że stoi ona na wysokim poziomie.

Lubię albumy „filmowe” i nie chodzi mi tu bynajmniej o soundtracki, po które bardzo rzadko sięgam. Myślę raczej o płytach, podczas słuchania których, przed oczami pojawiają się gotowe sekwencje filmowe. „Brotherhood of the Bomb” jest zdecydowanie takim albumem. Kiedy słucham początku płyty wyobrażam sobie, zagubionego młodego człowieka, który przypadkiem trafiła do opisanego wcześniej klubu. Uderza go ściana hałasu i szumu prowadzącego do transu. Na początku nie może się przyzwyczaić do miejsca w którym się znalazł. Może jest to jakiś japiszon, który pomylił uliczki. Może mały chłopaczek, który powiedział rodzicom że nocuje u kolegi. Jednak wraz z rozwojem płyty ta osoba coraz bardziej oddaje się muzyce, by w końcu ulec hałaśliwemu szaleństwu.

W drugiej części płyty wybrzmiewa nocny powrót do domu. Po drodze nasz bohater postanawia zwiedzić miasto. Po niepokojącej atmosferze klubu, nie ma ochoty wracać do codziennego życia. Zapuszcza się w coraz bardziej nieznajome i podejrzane rejony.

Z twórczością Techno Animal zetknąłem się już wcześniej, za sprawą albumu „Techno Animal Vs. Reality”. Jednak nie mogłem w tym albumie znaleźć jakiegoś punktu zaczepienia. Zaciekawił mnie, ale nie miałem ochoty wracać do tej płyty. Krótko potem natknąłem się na bardzo pozytywne opinie o „Brotherhood of the Bomb”. Na dodatek przeczytałem, że do jednego utwory rapuje Dälek, którego bardzo lubię i cenię. Stwierdziłem więc, że warto temu duetowi dać jeszcze jedną szansę. Była to bardzo dobra decyzja.

Mogło by się wydawać że „ Brotherhood of the Bomb” jest albumem o wszelkich znamionach wybitności. Niestety muzykom zbrakło trochę siły. Lwia część płyty to kawałki wgniatające w ziemię. Jednak pojawiają się też utwory, bez których album prezentował by się lepiej. W „Freefal”; napięcie opada. Natomiast „Piranha” już zupełnie nie pasuje mi do ogólnego klaustrofobicznego nastroju albumu.

Jednak mimo moich narzekań, mamy do czynienia z albumem bardzo dobrym, momentami nawet świetnym, z którym na pewno warto się zapoznać (jeśli lubi się takie eksperymentowanie) i poświęcić więcej czasu.

czytaj dalej »

wtorek, 5 maja 2009

World's End Girlfriend - Farewell Kingdom



Muszę przyznać, że krążek ten zaskoczył mnie niezmiernie. Jak nie znoszę powtarzalności i schematyczności post-rocka obecnej dekady, tak ten bardzo przypadł mi do gustu. Tylko czy to na pewno jest czystej krwi post-rock? Na pewno bardzo różni się od post-GY!BE'owskich tworów typu Explosions in the Sky czy God is an Astronaut. Jeśli post-rock dla ciebie, Czytelniku, to instrumentalny twór bazujący na wytwarzanych przez gitarę melodiach, to nie, od "Farewell Kingdom" nie możesz się tego spodziewać. Jeśli natomiast traktujesz to jako gatunek, w którym w rockowe struktury, wplata się niecodzienne dla rocka rozwiązania - jak najbardziej.

Nie jestem specjalistą w tej konkretnej dziedzinie, ale takiego albumu jeszcze u post-rockowców nie słyszałem. Katsuhiko Maeda stosuje wprawdzie utarty schemat stopniowania napięcia, robi to jednak w niecodzienny sposób. Udział gitary w albumie jest bardzo ograniczony. Od czasu do czasu słychać jakieś akustyczne plumkanie, czasem artysta przerzuca się na gitarę elektryczną, lecz nie łudźmy się, że usłyszymy jej tu wiele. Bazę stanowią bowiem elektronicznie wytwarzane dźwięki oraz pianino. Spora część kawałków oparta jest na ambientowej melodii, sporo tu także glitchy, znajdą się nawet breakcorowe beaty (tak! końcówka "Daydream Loveletter" na przykład!). Ogromne wrażenie robią także sample, dla przykładu szum morza w "Halfmoon Girl". Japoński artysta do stworzenia swojego unikalnego stylu zapożycza też od starszych kolegów z GY!BE/ASMZ skrzypce, świetnie pracujące na przykład w otwierającym album "Yes" lub genialnie współpracujące z wspomnianym wcześniej pianinem w "You", które zdecydowanie można uznać za puentę albumu.

Jestem jednak pewien, że album nie przypadnie do gustu każdemu. Album jest dość długi, wymaga przy tym skupienia. Oczywiście nie brak tu świetnych melodii (znajdą się, choćby w "You" lub "Yes") wybudzających nieskupionego słuchacza z letargu, jednak aby go w pełni docenić, należy poświęcić mu te 74 minuty. Nie jest to może album, który swoją wspaniałością definiuje na nowo pojęcie post-rocka, jednak jedno trzeba mu przyznać - prezentuje naprawdę oryginalne podejście do grania takiej muzyki, o czym wielu artystów współczesnych może pomarzyć. Nie znam kolejnych albumów Japończyka, ten jednak bardzo przypadł mi do gustu i z pewnością sięgnę po więcej. Co też i tobie, Czytelniku, polecam. Bardzo dobry album, oby takich więcej.

czytaj dalej »