Pokazywanie postów oznaczonych etykietą made out of babies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą made out of babies. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 maja 2009

Chaos kontrolowany



Otwieram opakowanie płyty oprawionej okładką przedstawiającą parę ludzi pierwotnych. Niepewnie wciskam "play" w odtwarzaczu. Daję porwać się w toń muzyki.
Przenikający do szpiku kości chłód, wymieszany z neurotycznym, znerwicowanym i zmanieryzowanym wokalem. Wszystko to okraszone ścianą gitar, które tylko pozorują swój ciężar. W tle słychać mocno "stąpającą po ziemi" perkusję, która na chwilę nie daje odpocząć zmęczonemu rytmowi.

The Ruiner, bo to o tym albumie piszę, to najnowsze dziecko brooklyńskiego kwartetu (J. Christmas, M.Engan, E.Cooper, B ."Bunny" Tobin), które ustawiło się dokładnie po środku granicy między sludge'owym transem gitar a noisowym chaosem budowy piosenek i wokaliz. Mowa tu o Made Out Of Babies, czyli dość młodej formacji, od której debiutu minęły zaledwie trzy lata. Trzy krótkie lata, które przyniosły światu kolejną, po Jarboe, wokalistkę-genialną, wokalistkę, która bawi się głosem i potrafi nim wywołać skrajne emocje u odbiorcy.

Ale po kolei.

Kawałek Cooker, który otwiera The Ruiner, stanowi swoistą preambułę do całokształtu płyty. Pierwsze sekundy porażają słuchacza zmasowaną falą przesterowanego wokalu Julie Christmas, chaosem gitar, bębnów - tak wielkie natężenie misz-maszu instrumentów i elektroniki może wywołać chore zaciekawienie lub zniechęcić od razu. Jednak po tych paru sekundach, rozchwiana kompozycja zmienia się diametralnie w uporządkowaną, zahaczającą nawet gdzieś o melodyjne rejony - nie tracąc przy tym nerwowego (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) klimatu. Za nic w świecie nie chce się uciekać by ratować swoje życie, jak to wykrzykuje w refrenie wokalistka.

Wspomniany wyżej utwór, jest zdecydowanie najmocniejszym punktem całej płyty. Jak już wcześniej napomknąłem, zawiera w sobie wszystkie elementy charakterystyczne dla Made Out Of Babies; Julie Christmas wydaje się pokazywać w nim swoje wokalne atuty z każdej strony. Pozostałe piosenki można określić mianem rozbitych czynników pierwszych Cooker'a. Płyta składa się w przepełnioną emocjami całość, której potencjał zabija się słuchając wyrywko poszczególnych utworów.

O kompozycjach na The Ruiner można pisać w nieskończoność, każde zanurzenie się w tę muzyczną warstwę niesie ze sobą kolejne muzyczne odkrycie, tu słychać dzwoneczek w perkusji, tam zapulsuje bas, znowu z drugiej strony słuchacz może doszukać się ciekawych przesterów w gitarach. Mała rzecz, a cieszy.
Warto jednak po raz kolejny skupić uwagę na zdecydowanie najbardziej interesującym "instrumencie" materializującym się na płycie - tak, w tym miejscu znów w roli głównej pojawia się Julie Christmas. Pośród głosów krytyków, można dosłyszeć częste porównania wyżej wymienionej do Björk. I faktycznie, wokalistka Made Out Of Babies potrafi swoim cukierkowym głosem wręcz zalać odbiorcę, wprowadzając w swoisty trans, raz szepcąc raz melodyjnie nucąc kolejne frazy tekstu piosenki (vide Invisible Ink). I w tym momencie kończą się wokalne podobieństwa do islandzkiej wokalistki - pani Christmas bowiem potrafi w dość zdecydowany sposób wybudzić z melancholijnego nastroju potężnym krzykiem, który bez większego problemu wywołuje marsz mrówek przez cały kręgosłup. I nie jest to tępy wrzask, a świetnie wyważony sposób na urozmaicenie całokształtu kompozycji. Krótko - brutalizacja kontrolowana.

Podsumowując - The Ruiner to płyta dojrzała; śmiało można pokusić się o stwierdzenie, że zespół dorósł muzycznie. Zupełny chaos, czyli to, co mogło podobać się w poprzedniczkach najmłodszego wydawnictwa Made Out Of Babies, na najnowszej płycie ucywilizował się. Można powiedzieć, że Trophy i Coward miażdżyło dźwiękiem niczym maczugą. The Ruiner zabija natomiast z precyzją snajperskiej kuli.
Fenomen zespołu polega natomiast na tym, że grupa osiągnęła tę, niewątpliwie trudną, sztukę w krótkim okresie trzech lat. Płyty słucha się z niesamowitą przyjemnością, a gdy ta dobiegnie końca, aż chce się ją odtworzyć jeszcze raz.

Mając czyste sumienie i muzyczne świętości w nienaruszonym stanie - polecam.

czytaj dalej »