poniedziałek, 27 lipca 2009

"Hate Worldwide": zapowiedź nowej płyty Slayera


Zapowiadana nowa płyta Slayera coraz bliżej. Zapach zbliżającej sie thrashowej rzeźni zwiastuje kawałek Hate Worldwide, którego to już można odsłuchać w sieci pod tym adresem.

Utwór pochodzi z płyty World Painted Blood, która, zgodnie z zapowiedziami członków zespołu, powinna ukazać się pod koniec lata. W ramach promocji nowego krążka, zespół powinien odwiedzić również Europę.

Do tej pory dyskografię Slayera zamyka płyta Christ Illusion wydana w sierpniu 2006 roku.

czytaj dalej »

niedziela, 26 lipca 2009

"Księżyc w nowiu" i Thom Yorke



Wokalista Radiogłowych, tym razem solo, użyczy swojego talentu muzycznego do ścieżki dźwiękowej kontynuacji hitu filmowego pt. Zmierzch.


Informację o udziale Thoma Yorke'a w przygotowaniu soudtracka do Księżyca w nowiu (bo taki tytuł nosić będzie sequel wspomnianego wcześniej filmu) potwierdził reżyser rzeczonej produkcji - Chris Weitz.

Osobiście, marzę, by na scieżce dźwiękowej, znalazły się utwory artystów, których muzykę kocham ja, oraz spora część obsady filmu - stwierdził Weitz.

Ciekawostką dla fanów może być również fakt, że oprócz wokalisty Radiohead, swój udział w ścieżce dźwiękowej zaznaczą m.in. tacy artyści jak Bon Iver i Band Of Skulls.

The Eraser, ostatnie, i jak do tej pory jedyne, wydawnictwo Thoma Yorke'a ukazało się na rynku muzycznym w 2006 roku.

czytaj dalej »

Is this trip really necessary?


This remarkable, sometimes incorherent transcript ilustrates a phantasmagoria of fear, terror, grief, exaltation and finally breakdown. Its highlights have been compressed on this record to make their own disquieting points.


The time is 9.30 PM, one hour after the participants have eaten sugar cubes saturated with LSD.

We hear Brian and his fellow travellers observing their gradual transformation.

Brian's been amusing his friends by chewing on some plastic flashbulbs.

Brian's mood is gradually changing. He orders all of his friends into another room and closes the door.

He sits alone on the wooden floor, visible only by the dim light shining from the bathroom. He talks to himself.

The time is now 1 am. Brian is unable to snap his fingers and terminate the trip, which continues.

He sobs, as his joy turns to fear.

Brian's rocky journey ended twelve hours after it so innocently had begun. He was shattered by it.

This young man never had a bummer in some 33 LSD trips. Every one of them was a delight. Everything under control. He needed only to snap his fingers and down he came, any time. But on Voyage 34 he finally met himself coming down an up-staircase, and the encounter was crushing.




Tych wypowiedzi możemy posłuchać przez cały czas trwania pierwszej fazy krążka, które zostały umiejętnie wkomponowane w psychodeliczno-kosmiczne wizje Wilsona. Głównym motywem skupiającym cały album jest zagadnienie LSD (silna substancja psychoaktywna) i jej wpływ na młodych ludzi, w tym wypadku na niejakiego Briana, którego dotyczą wszystkie wypowiedzi. Teksty są fragmentami dokumentu na temat Timothiego Leary'ego i jego badań. Leary prawdopodobnie jest odpowiedzialny za rozpropagowanie w środowiskach akademickich idei zażywania LSD w celach pozamedycznych. Jest autorem książki pt. Polityka ekstazy - utopijnej wizji świata, w której ludzie pojednani za sprawą LSD wiodą "bogate życie duchowe".

To nie pierwsza płyta, na której Wilson dał ujście swemu zainteresowaniu LSD, na „On The Sudany Of Life”, również pojawiły się utwory, które nawiązywały do LSD jak np. utwór „Linton Samuel Dawson”. Pewnie wielu zacznie się zastanawiać czy Wilson kiedykolwiek doświadczył działania tego środka czy też nie, będę zapewne jednym z Was, bo nie znam odpowiedzi na to pytanie. W wywiadach zaprzeczał jakoby brał LSD. Wszystko to może wydawać się nieco dziwne, facet nagrywa płyty o narkotykach i wizjach im towarzyszących, a później przyjmuje postawę radykalnie negatywną i ostrzega cały świat jakie to zgubne w skutkach dla młodych ludzi są dragi. Ale cóż, podobnie jak muzyka Porcupine Tree, postawa Wilsona uległa zmianie, tudzież ewolucji.

Voyage 34 składa się z 4 faz. The Complete Trip to kompilacja, na której zostały zebrane utwory z wcześniejszych winylowych wydawnictw tj. Voyage 34 (Faza I i II) oraz Voyage 34: Remixes (Faza III i IV). Na album składa się blisko 70 minut muzyki, która hipnotyzuje i uzależnia. Psychodeliczne inkarnacje Wilsona możemy podziwiać na tej płycie w całej okazałości. Płyta obfituje w pejzaże dźwiękowe generowane zarówno przez syntezator jak i solówki gitarowe, których zdecydowanie nie brakuje. Właśnie, solówki, chwilę się przy nich zatrzymam. Na wczesnych dokonaniach PT Wilson zagrał solówki swojego życia, trzeba to jasno powiedzieć, nigdy później na żadnym nowym albumie (mam tutaj na myśli okres od In Absentia wzwyż) nie zagrał tak przejmujących i pełnych pasji partii solowych, faza I i II są tego najlepszymi dowodami, czysta poezja i muzyczna ekstaza, nie wspominając już nawet o takich albumach jak Up The Downstairs czy Signify, ale to już lekko wybiegłem w przyszłość. Pełne przestrzeni, uczucia, emocji i radości z grania nieograniczonej żadnym czynnikiem spowodowały, że ów solówki jeszcze przez długi czas będą rozbrzmiewać w mojej głowie i z wielką chęcią będę powracał do tej płyty.

Na krążku nie brakuje również niepokojącego, tajemniczego tła, które wypełnia dostępną przestrzeń, chciałoby się powiedzieć, kosmiczną, bo tak to wszystko brzmi. Niczym podróż w przez gwiazdy widziana z perspektywy osoby odurzonej, przepełniona jaskrawymi kolorami, które rażą po oczach i oślepiają.

Podsumowując. V34 to jeden długi, hipnotyczny, narkotyczny trip, pełen przestrzeni i swego rodzaju narkozy oddzielającej nas od świata rzeczywistego, a wprowadzającej w trans i przenoszącej w alternatywną rzeczywistość pełną rzeczy i możliwości znanych nam tylko ze snów i marzeń. Wyobraźnia nawet przez chwilę nie odpoczywa, muzyka zaspokaja wszystkie nasze zmysły, co rusz wytwarza obrazy, które ze zjawiskami przyziemnymi mają niewiele wspólnego…



Well I never think that when I'm twenty-one - I think of tomorrow or this minute...

And hope there's a tomorrow, 'cause I don't like what's going on in the world. I'm scared of that, more than drugs. I'm not afraid of them.

I'm just... I'm just scared you know?

We're told that perhaps a million Americans, most of them young people, have made the LSD experience part of their lives. Is this a social menace and a cause for alarm? I don't think so. I see nothing less than the speedy evolution of a new, indigenous religion.

I'm just... I'm just scared you know?

Everybody is... pretty uptight.

I'm just... I'm just scared you know?

The LSD religionist knows; that the temple of worship is the human body, that the shrine must be located, not in a public place, but in the privacy of your own home, and that the congregation cannot extend beyond your family and your closest friends...

...And then the paintings on the walls were dripping. You know... you could see the paint coming down like this, just like if somebody was hosing it off at the top and all the paint was running down onto the floor. And it was so pretty... they were running. Like they were melting. It was so groovy...

It was like a... it was like a massage. It was so... it was so groovy, you can't believe how groovy... it wasn't just... oh wow! You know it was like... it was like... it was like a caress. You know kind of... and you could really feel the hot and the cold. You could feel hot "hot" and cold "cold", you know and... and each little drop that came out was a different one, you know... it wasn't.. I don't think the water must mix inside. It must come out hot and cold or something, 'cos you could feel hot cold hot cold all over you. It was really groovy.

I guess... it was.. I guess the world for it is sensual... you know just.. your body just oh! It grooved.

For psychedelics are stimulators of ideas and feelings, but generally these ideas and feelings would express constructively rather than violently or destructively.

If it were possible during a riot to spray small doses of LSD from a helicopter into the air... People would soon quieten...

Is this trip really necessary?




czytaj dalej »

sobota, 25 lipca 2009

Luna Negra - Soundproof Demo EP



Ostatnio przeczytałem na jakimś myspace: Co wy w Europie wiecie o robieniu stoner rocka? Pustyń u was nie ma, słońce nie pali wam skóry, w przyczepach raczej nie mieszkacie, a urodziny urządzacie na plażach, a nie z agregatami prądotwórczymi, grając dla kojotów. Jak bardzo się ktoś pomylił. Scena stoner rockowa chociażby w Polsce, od paru lat rośnie w siłę. Nie eksportujemy tych kapel hurtem, (no może Corruption czy Black River) ale widać wyraźnie, że coś zaczyna się dziać. Świetnym na to przykładem jest sochaczewsko-warszawska Luna Negra.

Tegoroczne, wydane własnym sumptem debiutanckie EP zespołu zwane Soundproof Demo, zawiera ponad pół godziny energetycznej dawki stoner rocka na całkiem przyzwoitym poziomie. Otwierający track Tornado (skojarzenia z Unida jak najbardziej na miejscu), to jeden z jaśniejszych punktów albumu. Dynamiczny, wpadający w ucho riff plus zagrywki wysokimi nutami rodem z nieodżałowanej Karma to Burn. Nie bez kozery przywołuję skład z Zachodniej Wirginii. Luna Negra, tak jak ich koledzy z USA, nie posiadają bowiem w składzie wokalisty. W tym momencie wielu fanów muzyki desert rockowej, prawdopodobnie zakończy czytanie tej recenzji. Cóż, wasza sprawa. Nie wiecie co tracicie.
Następny track, nazwany Echo Elephant, już nie porywa tak jak otwieracz EPki, ale niesie ze sobą świetną grę sekcji a zwłaszcza perkusji za którą przesiaduje obecnie KaVa.

Później zaczyna się kosmos i olbrzymia przestrzeń, która będzie nam towarzyszyła już do końca tego wydawnictwa. Trzeci track Blue Bird to rozmarzony, intrygujący wstęp na cichutko pracującej gitarce i perkusji, który od połowy, gdy pojawia się linia basu zmusza już do miarowego tupania nóżką. Kawałek trwa bez mała 8 minut, jest bardzo space-rockowy, przywołuje skojarzenia z inną bandą z gatunku – Oresund Space Collective. Następny kawałek to najbardziej chyba znany i lubiany (wierząc recenzentom i różnym shoutbox`om) kawałek Luna Negra. Night time women. 6 minutowy, odlotowy numer, który od samego początku nie pozostawia złudzeń, że nie mamy do czynienia z kolejną kapelą z bloku wschodniego, ale graniem na naprawdę światowym poziomie. Kawałek rozpędza się, nabiera mocy, dochodzą kolejne instrumenty i melodie by w drugiej minucie uderzyć już z pełną mocą. Do tego jeszcze dodajmy bardzo ciekawe zwolnienia, przez co kawałek nabiera przestrzeni i klasycznego bluesowego feelingu. Przyjemny utwór, który zdecydowanie jest moim faworytem jeśli chodzi o ten album.

Płytę zamyka utwór Canyon Diablo, który zgodnie z moimi oczekiwaniami jest po prostu kopem w twarz dla wszystkich, którzy myśleli że w Polsce nie ma miejsca na takie granie.
Prosty, ciężki i szybki kawałek, który z fasonem zamyka album...ale jednak jest trochę nudnawy.

Podsumowując, Luna Negra i ich debiutackie Soundproof Demo, to granie na niezłym poziomie. Niestety większość z patentów wykorzystanych przez zespół, już słyszeliśmy. Lubię być zaskakiwany, a takich momentów nie było mi dane przeżyć wiele. Blue Bird jako jedyny wyrwał mnie z kapci, właśnie przez swoją nieprzewidywalność. Tornado z resztą również, ale dlatego że lubię mocne uderzenie. Mam świadomość, że scena stonerrockowa w Polsce raczkuje i mam nadzieję że patentów bardziej oryginalnych, naszych własnych, będzie coraz więcej. Cholernie wierzę w ten zespół i na pewno dorzucę swoje 100 groszy na Megatotal. Mam nadzieję że kolejne wydawnictwo, wyda już Rise Above Records. A co! Sky is the limit!

czytaj dalej »

Baroness znów w natarciu



Zapewne wszystkich fanów amerykańskiego kwartetu ucieszy informacja, że następca świetnie przyjętego debiutu wydanego 2 lata temu, ukaże się w październiku tego roku i podobnie jak poprzedni krążek, wydany zostanie nakładem Relapse Records.

Odpowiedzialny za brzmienie krążka jest John Congletonm, znany ze współpracy z takimi zespołami jak Exolsions In The Sky, This Will Destroy You czy Black Mountain. Cały materiał zarejestrowany został w TX Studios w Dallas. Dodatkowo zespół ujawnił również tracklistę nadchodzącego albumu, który jak na razie nie ma jeszcze ustalonego tytułu. Aktualnie zespół koncertuje po Ameryce Północnej dzieląc scenę z Clutch.

1. Bullhead's Psalm
2. The Sweetest Curse
3. Jake Leg
4. Steel That Sleeps the Eye
5. Swollen and Halo
6. Ogeechee Hymnal
7. A Horse Called Golgotha
8. O'er Hell And Hide
9. War, Wisdom and Rhyme
10. Blackpowder Orchard
11. The Gnashing
12. Bullhead's Lament


czytaj dalej »

piątek, 24 lipca 2009

Julee Cruise - "The Voice Of Love"



Wiem, że to, co prezentuje Julee Cruise w swoim albumie nie jest związane z muzyką, którą opisuje ten blog. Jednocześnie domyślam się, że jego czytelnicy są otwartymi osobami i dlatego zdecydowałem się na napisanie tej recenzji.
Muzyka, którą tworzy ta pani obdarzona powalającym głosem ma w sobie coś z jazzu i dream popu. Jednak ten oniryczny, mroczno – romantyczny klimat jest nie do podrobienia. Zarówno za sprawą głosu Julee, muzyki którą skomponował Angelo Badalamenti jak i tekstów autorstwa Davida Lyncha.

Słuchając albumu spacerujemy po dziwnych miejscach, klubach, w których przesiadują ludzie w teatralnych pozach. Wszystko wokół nas ma ten nierealistyczny, dziwny i senny klimat. Otacza nas dużo czerwieni, o tym samym odcieniu jaki mają kotary w filmach wymienionego już Davida Lyncha.

Julee niczym piękna nieznajoma, która istnieje tylko w snach, szepcze nam do ucha swoje piosenki. My kołyszemy się do rytmu utworów. Gdy zamkniemy oczy, widzimy kolaż intensywnych kolorów. Ta muzyka wydaje się być snem na jawie.

Jest w tej muzyce też atmosfera jakiś dziwnych i tanich klubików, otwartych tylko nocami, przesyconych dymem papierosowym, w których swój talent marnują artyści, którym coś nie wyszło.

Julee czasem świadomie ociera się o kicz, przez cały album buduje ten niepowtarzalny klimat, klimat dziwnych snów, pełen romantyzmu, jednocześnie odbiorca ma poczucie jakiejś niepewności i lęku. Taki nastrój w muzyce współczesnej udało się osiągnąć, chyba tylko Julee, a w kinematografii – Lynchowi.

Reżyser ten jest świadomie przywoływany po raz kolejny. To właśnie dzięki serialowi Twin Peaks młoda wówczas i prawdę mówiąc nie grzesząca urodą piosenkarka została usłyszana i zauważona. Udało się jej zdobyć pewną popularność. Jest to stosunkowo dziwne, bo i głos i muzyka, która pojawia się na jej albumach do chwytliwych nie należy. Może to właśnie dlatego jej muzykę zna obecnie tylko garstka zapaleńców.

Jak już pisałem stawiam na otwartość czytelnika tego bloga. I mimo że dzieło Julee Cruise niewiele ma wspólnego z muzyką prezentowaną na tym blogu, wierzę, że jej twórczość powinna zostać zauważona przez każdego kto interesuje się muzyką alternatywną ( nie lubię tego słowa, ale brak w naszym języku lepszego odpowiednika). Każdy powinien dać się ponieść tym snom, które można śnić na jawie.

czytaj dalej »

czwartek, 23 lipca 2009

Isis - The Red Sea


You were away.
When honey, when was I away?
I'm not sure. You were, though.
Away in the sea of red


Pisałem już o tym przy okazji recenzji „Mosquito Control”, ale wspomnę również tutaj bo dotyczy to obu albumów. Japonia jak zawsze została wyróżniona i dostali dwupłytowe pudełeczko, w którego skład wchodzi „Mosquito Control” poszerzone o cover Godflesh „Streetcleaner” oraz druga płyta zawierająca materiał z „The Red Sea” wzbogacona o cover „Hand Of Doom” Black Sabbath i dodatkowo poszerzona jeszcze o zawartość „Demo 1998”. Jeśli jesteśmy już przy coverze Ozzy’ego i spółki, warto wspomnieć, że utwór został zaśpiewany nie przez Turnera jak mogłoby się wydawać, tylko przez Clifforda Meyera, który przyszedł na miejsce Jaya Randalla, a wcześniej znany był z udziału w zespole The Gersh.

Zespół nie zwalnia tempa, dalej toczy się niczym masywny głaz spuszczony ze skarpy i rozbija się z wielkim hukiem. Tym razem dostaliśmy większa dawkę hałasu, za którą odpowiedzialny jest już nie Chris Mereshuck, a Jay Randall znany z grindcore’owego Agoraphobic Nosebleed. Naturalnie odpowiada on za elektronikę w 3 pierwszych utworach, bo pierwotnie „The Red Sea” to 3 utwory, reszta pochodzi z demówki, a tam w elektronice palce maczał Chris Mereschuk.

Krążek otwiera zagadkowy i hałaśliwy „Charmicarmicarmicat”, który jak tłumaczy zespół, tytuł miał swój początek w piosence zespołu The Melvins pt. „Charmicarmicat”, a dla zabawy Isis dodał do tytułu dodatkową frazę „cat”, aby wprowadzić trochę absurdalnego humoru charakterystycznego dla Melvinów. Jako inspiracje do napisania tego kawałka zespół wymieniał również Earth oraz noiseowy Bastard Noise.

Do you know how it hurts your eyes to stare at the horizon?
If you stare at the horizon long enough, all you can see is fire
The entire line of the horizon is burning
Fire is as far as the eyes can see

Utworu stanowiące macierzysty materiał „The Red Sea” wzbogacone są o dialogi pochodzące z miniserialu składającego się z trzech odcinków w reżyserii Davida Lyncha, który swego czasu emitowała stacja HBO pt. „Hotel Room”, a dokładniej z odcinka trzeciego zatytułowanego „Blackout”. Za muzykę odpowiedzialny był Angelo Badalamenti. Z kolei utwór pt. „Ochre” zawiera sample z filmu „Dead Man”, gdzie główną rolę zagrał Johnny Deep Jak pwidać Turnera często sięga po inspirację do kinematografii i całkiem zgrabnie mu to wychodzi. Natomiast jeśli chodzi o motywy pojawiające się w tematyce tekstów Isis, tym razem pojawia się motyw wodny, który w późniejszym czasie zostanie kontynuowany na „Oceanic” oraz postać żeńska, zwana często więżą, której topos będzie również kontynuowany na krążku „Celestial”.

Podsumowując. Zespół nie zmienił kierunku, poszedł ścieżką wydeptaną już na „Mosquito Control” serwując dawkę solidnego, mięsistego, pełnego miażdżących riffów grania, dodatkowo urozmaicając je samplami z filmów i po raz kolejny sporą porcją elektronicznego hałasu. Dzięki świetnym koncertom towarzyszącym promocji „Mosquito Control” i „The Red Sea”, które grali u boku takich kapel jak Cave In, Candiria oraz The Dillinger Escape Plan, zespół zyskał sporą rzeszę fanów, która murem stoi za nimi po dziś dzień. Turner powiedział wówczas w jednym z wywiadów: „Naprawdę próbujemy grać najciężej jak to możliwe, wszystko to po to być dać ludziom, którzy przyszli nas zobaczyć, czystą rozrywkę.”

czytaj dalej »

sobota, 18 lipca 2009

Mastodon style.


Do tej pory fani zespołu Mastodon mogli dumnie paradować w koszulkach swojej ulubionej kapeli. Nie było też problemem zaopatrzenie się w naszywki - chciałoby się rzec: do wyboru, do koloru, co kto lubi - od delikatnych wpinek, po ogromne ekrany.
Tym razem pora jednak na coś nowego, opatrzonego dodatkowo logiem obuwniczego giganta.

Chodzi o firmę Vans, która podpisała umowę z rzeczonym zespołem, co zaowocowało wypuszczeniem na rynek oryginalnego obuwia zdobionego okładką przedostatniej płyty panów z Mastodon - Blood Mountain . Autorem grafiki zdobiącej trampki jest znany artysta Paul Romano.

Więcej informacji na ten temat można znaleźć tu: www.vans.com/mastodon

czytaj dalej »

Isis - Mosquito Control



Jakiś czas temu zacząłem bardzo wnikliwie analizować wczesne wcielenie amerykanów i powiem szczerze, że zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. Wcześniej nie wiedzieć czemu jakoś nie bardzo mi było po drodze z pierwszymi płytami, eksplorowałem raczej nowsze rejony, ale wreszcie zebrałem się do kupy i zacząłem sukcesywnie zaznajamiać się ze „starym” Isis, na pierwszy ogień poszła EP „Mosquito Control”.

Krążek składa się z 4 utworów, a dodatkowych utworów, a w zasadzie coverów tj. „Streetcleaner” Godflesh i "Hand Of Doom" Black Sabbath, możemy posłuchać na japońskiej wersji wydawnictwa. Trochę niepotrzebnie to wszystko zostało zakręcone, bo japońska wersja to "Mosquito Control" i "The Red Sea" połączone w jedno, dwupłytowe wydawnictwo, gdzie na zawartość tego drugiego składa się jeszcze demo. Produkcją płyty zajął się Kurt Ballou, gitarzysta Converge, a wydana został pod szyldem Escape Artist Records.

Od pierwszych sekund słychać, że Turner i spółka mają określoną wizję własnej muzyki, chcą eksperymentować i nie boją się tego.„Poison Eggs” otwiera niepokojąca, czysta melodia, która za chwilę przeradza się w masywny riff podparty agresywnym, brudnym, schowanym w tle wokalem Aarona. W zasadzie to by było na tyle jeśli o łagodniejsze momenty, płyta opływa w ciężar, który stopniowo będzie zanikał w muzyce zespołu na rzecz eksperymentów, większej dawki elektroniki jak i również kontrastowania wokalu i jego łagodzenia. A jeśli jesteśmy już przy eksperymentach to warto zaznaczyć, że już tutaj zespół nie bał się urozmaicenia swego brzmienia i dodał szczyptę elektronicznego hałasu, który wije się w tle wypełniając całą duszną przestrzeń, za który odpowiedzialny jest niejaki Chris Mereschuk, współpracował również z Isis przy tworzeniu ich "Demo 1998", na kolejnym krążku zostanie zastąpiony już przez kogoś innego.

Od samego początku działalności grupy po dziś dzień, za wszystkie okładki krążków i ich całą oprawę graficzną, odpowiedzialny jest Turner. „Mosquito Control” przedstawia komara, a w tle daje się zobaczyć jego mikroskopową analizę z wyszczególnieniem poszczególnym części ciała. Ów przetworzone tło pochodzi z filmu "La Jetee” w reżyserii francuza Chrisa Markera, który stał się kamieniem milowym dla przyszłych filmów scence – fiction, między innymi stał się mocną inspiracją dla Terego Williama przy tworzeniu „Dwunastu Małp”. 28 minutowy obraz pokazuje wszystko, wyłącznie za pomocą nieruchomych obrazków. Przedstawia post apokaliptyczną, niedaleką przyszłość jako opowieść bezimiennego mężczyzny. Film mocno inspirował muzyków nie tylko przy tworzeniu „Mosqiuto Control”, ale również w późniejszym okresie.

To był po prostu inspirujący dla nas film, zarówno wizualnie jak i tematycznie, zwłaszcza przy albumie "Celestial". Istnieje wiele podobieństw tematycznych pomiędzy tym filmem, a moim tekstami, więc uznałem za stosowne wykorzystanie tych obrazków we wkładce. Isis jako zespół lubi odkrywać tematy zarówno muzyczne jak i wizualne i trzymamy się tych tematów tak długo aż uznamy je za wyczerpane.

Okładka japońskiej reedycji ukazuje dodatkowo motyw wieży, który również będzie się jeszcze pojawiał w tematyce zespołu. Isis nigdy nie starało się grać prosto i jechać po najmniejsze linii oporu, zawsze starali się posługiwać zgrabnymi metaforami, które niosły za sobą większe wartości, nie inaczej sprawa ma się przy ich pierwszej EP. Użycie symbolu komara zespół tłumaczy jako element większej części, zorganizowanej zbiorowości. Symbole na okładkach wszystkich płyt są w jakimś stopniu ze sobą powiązane. Więzienie z „Panopticona” jak i moskit łączą w sobie pewien udoskonalony poziom obserwacji, niedostępny zwykłemu ludzkiemu postrzeganiu.

Podsumowując. Wydając „Mosquito Control” zespół narobił niemałego zamieszania, pokazał się z jak najlepszej strony, a to jak najbardziej korzystnie wpłynęło na ich przyszły status na rynku muzycznym.


czytaj dalej »

sobota, 11 lipca 2009

Slayer odroczony.



Zapowiadana na lipiec nowa płyta Zabójców, ukaże się z małym poślizgiem. World Painted Blood (bo taki tytuł nosić będzie dzieło kwartetu) na półki sklepów trafi dopiero pod koniec lata.

Do tej pory spod twórczych rąk Kerry'ego Kinga i Jeffa Hannemana wyszło odpowiednio 6 i 7 utworów, ostatecznie jednak ustalono, że tracklista płyty zamknie się w okolicach jedenastu kawałków.

Na temat swojego nowego dzieła, członkowie legendy thrashu wypowiadają się w dość lakoniczny sposób. Rąbka tajemnicy uchylił Kerry King:

Lubię, kiedy Jeff tyle pisze. Jak tylko jedna osoba komponuje, masz ograniczoną perspektywę. Wiele nowych kawałków Jeffa ma silną punkową wibrację, moje są bardziej thrashowe, choć też z elementami punka. U Jeffa proporcje są odwrotne. Razem bardzo to dobrze gra.

Na krążku znajdzie się m.in. znany już od jakiegoś czasu utwór Psychopathy Red. Jeśli wierzyć plotkom, które wiążą się z problemami głosowymi wokalisty Slayera, oczekiwany album będzie ich ostatnim studyjnym dokonaniem.

Dyskografię Amerykanów zamyka świetnie przyjęty Christ Illusion, który ukazał się w 2006 roku.

czytaj dalej »