piątek, 6 listopada 2009

Them Crooked Vultures


Szykuje się nam kolejna supergrupa! Them Crooked Vultures to nowo powstały skład, który łączy muzyków Queens of the Stone Age, Foo Fighters oraz Led Zeppelin. Niewiarygodne? A jednak!

Josh Homme zaprosił do współpracy znanego z bębnienia na jego Songs for the Deaf Dave`a Grohla oraz legendarnego basistę Led Zeppelin - Johna Paula Jonesa. Trio to wyda debiutancki album Them Crooked Vultures już 17 listopada. Za darmo - do odsłuchu na ITunes - mamy utwór Mind eraser, No chaser. Zbudowany na psychodelicznym riffie kawałek, to perfekcyjny miks klasycznej i współczesnej szkoły rocka. Czyżby na koniec rocku szykował się nam kolejny album do Top 10?

czytaj dalej »

czwartek, 5 listopada 2009

Echoes of Yul, Guantanamo Party Program, Sun for Miles - 3 way split



Od jakiegoś czasu było wiadomo, że taki album ma się pojawić, ale dokładnie nie było wiadomo kiedy ów split ujrzy światło dzienne. No i tak na dobrą sprawę, nadal termin premiery nie jest znany, ale za to poznaliśmy kilka innych, ważnych szczegółów.

Będzie to 3 way split wrocławskiego Guantanamo Party Program, opolskiego Echoes Of Yul, o którym ostatnio zrobiło się bardzo głośno na polskim poletku muzycznym oraz dołączy do nich nowojorski Sun for Miles. Jak zapowiadają zespoły: "Szykuje się ponad godzina podróży poprzez krainę niespokojnych rytmów, dźwięków i myśli." Wrocławianie poinformowali, że z ich strony możemy liczyć na około 15 minut muzyki. Obecnie trwają końcowe prace w studio nad materiałem. Zespoły zastanawiają się również w jakiej formie split ma zostać wydany. Trwają również prace nad projektami okładek albumu, jeden z nich możemy podziwiać powyżej. Za stronę graficzną w większości odpowiada Jarek z Echoes Of Yul.

czytaj dalej »

Darwinsbitch – Ore


Wylew projektów droneowych, ambientowych lub pochodnych ostatnimi czasy jest dość znaczny. Ciężko się we wszystkim orientować, a coraz ciężej trafia się na prawdziwe perełki. (Na początku wydawało mi się, że ta płyta nią nie jest, lecz im dłużej słucham, tym trudniej mi się od niej oderwać.)

Za Dziwką Darwina stoi jedna osoba – Marielle V. Jakobson, a Ore jest właściwym debiutem (jeśli nie liczyć jakiejś tajemniczej kasety i epki). Nie jest to jednak jedyne pole działalności bohaterki tego tekstu. Udziela się ona również w innych podejrzanych projektach, jak: TrioMetrik (trio of interactive new music), Date Palms (gdzie eksploruje okołoindiańskie brzmienia przy współpracy z niejakim Greggiem Kowalskym) oraz coś o wdzięcznej nazwie Myrmyr (z Agnes Szelag, gdzie idą w eksperymentalny, uroczy opór). Pani Jakobson udziela się również stricte artystycznie tworząc ciekawego rodzaju instalacje. I, kurde, z przykrością stwierdzam, że Darwinsbitch wydaje mi się w tym zestawie najmniej atrakcyjne.

Album otwiera 11-minutowe „iron lake” (to druga co do długości kompozycja na płycie, zaraz za zamykającym całość „shadow leaves”, reszta plasuje się gdzieś między trzema a sześcioma minutami). Utwór toczy się powoli, (przesadnie) majestatycznie, od dźwięków przyjemnie przenikających czaszkę słuchacza, po coraz wyższe rejestry aż jakimś cudem ujawniają się królewskie organy. Nie dzieje się zbyt wiele, a nie odczuwa się tego w sposób dokuczliwy, całość jest bardzo przyzwoita i sympatyczna. Zresztą, w ogóle dźwięki produkowane przez Mariellę V. dostarczają wyjątkowo przyjemnych wrażeń i oddziałują na słuchacza absolutnie rozkosznie. Nic tylko zamknąć oczy i cieszyć się subtelnymi doznaniami, których sekret kryje się w samej istocie tonów.

Czuję się wewnętrznie rozdarty zastanawiając się nad tą płytą. Ambiwalencja i te sprawy. Trzeźwo oceniając mało zostało zaproponowane i... Ale czy to ważne? Czy zawsze musi coś się przesadnie dziać, skoro jest dobrze? Przecież to takie miłe. Nigdzie mi się nie spieszy, mogę posłuchać jeszcze raz. I zaskakują mnie nagle skrzypce (instrument, z którą panią Jakobson najczęściej można spotkać na zdjęciach) uzupełniające tę muzykę dozą nostalgii. W pewnym momencie pomyślałem nawet o Sigur Rós, o zbliżonym nastroju lub stanie ducha. Nie jest to oczywiście ( ) (2002), przy którym spędziłem wiele przyjemnych godzin, ale przecież wcale nie musi to być tak wielkim i magicznym dziełem.

Jesienna atmosfera (jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi) i te sprawy pozwalają Dziwkę Darwina obdarzyć pewną dozą zaufania. Myślę, że warto czekać na kolejny etap ewolucji medytując w międzyczasie ten album. Medytując? To chyba dobry wyraz. A może pani Jakobson pokusi się w przyszłości o jakąś kolaborację? Mile widziane.

czytaj dalej »

środa, 4 listopada 2009

Slayer - World Painted Blood


Od ostatniego albumu Slayer upłynęło już 3 lata. Niespokojne lata, pełne oczekiwań i pytań związanych nie tyle z kondycją zespołu (Christ Illusion uciszyło malkontentów), ile z jego przyszłością. Pojawiające się plotki o pożegnalnym albumie i o odejściu na emeryturę zelektryzowały fanów. Nie wiem czy World Painted Blood jest albumem pożegnalnym. Wiem że jest jedną z lepszych pozycji w dyskografii Pogromcy. A jeśli ci młodzi 50-latkowie odejdą na emeryturkę, thrash straci bardzo dużo i już nigdy nie będzie tak ekstremalny jak thrash wg Slayer.


Album otwiera kawałek tytułowy, który od pewnego czasu był dostępny do odsłuchu na myspace zespołu. Wojskowe, marszowe tempo a po minucie riff. Szybki, drapieżny, któremu dodatkowo Tom nadaje mocy szybkim śpiewem. Tego brakowało nam ostatnio – szybkiego „wyszczekiwania” sylab a`la Dittohead z Divine Intervention. Na World Painted Blood, mamy tego manewru pod dostatkiem. W połowie utwór zwalnia, Kerry i jego tremolo mają głos, oddalające się dźwięki przechodzą w wolny, ciężki riff, a Tom po prostu mówi. Przypomina się końcówka Mandatory Suicide? I dobrze, tak ma być. Numery 2 i 3 (Unit 731 i Snuff) to odpowiednio patenty z Divine Intervention i Seasons in the Abyss. Unit 731 to po prostu szaleństwo od początku do końca, opętany szybki riff i Lombardo, któremu – tak jak kiedyś – starcza pół sekundy na wciśnięcie przejścia. Jeśli otwieracz wystraszył co niektórych zwolnieniami w środku, to teraz już będzie dla nich idealnie. Podobnie ze Snuff. Album otwierają solówki obu gitarzystów, rozpędza się riff by w jednostajnym szaleństwie doprowadzić nas do końcowego krzyku Toma: Murder is my future!

Przywołuję Divine Intervention i będę robił to dalej, gdyż z tego albumu jest tu najwięcej patentów. Nawet brzmienie kawałków jest podobne w sensie producenckim. Surowo, bez chirurgicznej precyzji. W obecnych czasach jest to zaleta, ale fanom Diabolus In Musica, czy God Hates us All, może zabraknąć efektu przysłowiowego „wgniecenia w fotel”. Pomimo to, jest to kawał bezkompromisowego thrashu, bez zbędnej ilości ozdobników czy zwolnień. Jeśli takowe są, to zawsze w świetnym stylu i dodające utworowi głębi. Jak na przykład w utworze tytułowym czy dalej w las: w Beauty through order czy Hate Worldwide.

Jedźmy dalej. Wspomniany Beauty through order zaczyna się wolno niczym utwór tytułowy z Divine Intervention. W takim tempie zespół prowadzi nas, hipnotyzuje ciężarem i wprowadza niespokojną atmosferę. Po 2 minutach wszystko wubucha. Szalony riff i nawiedzone jak zwykle solo Kerry`ego oraz genialny podkład Jeffa, sprawia, że ciarki przechodzą po plecach. Ten kilkunastosekundowy riff to jeden z lepszych momentów na płycie. Później znów zwolnienie i ten opętany riff wraca na koniec utworu. To granice thrashu.

Hate worldwide – miał to być utwór tytułowy, wyszło jednak inaczej. Popis wytrzymałości organizmu Dave`a, bardzo szybki śpiew Toma i zwolnienia w refrenie, dodające utworowi klimatu. Następny utwór (Public display of Dismemberment) otwiera bardzo ostry riff i do tego Dave bije blasty! Fani tego zabiegu w Supremist z poprzedniego albumu będą zadowoleni tym bardziej, że w tym utworze perkusyjne „jedynki” pojawiają się tu aż trzykrotnie. To chyba starczy jako zapewnienie o szybkości i agresywności utworu.

Human strain to najwolniejszy utwór na płycie, ale przy tym najbardziej niepokojący. Wolne riffy i jadące non stop dwa taktowce. Świetny numer, pomimo że nie typowo thrashowy. W połowie kawałka zostają już tylko bębny, zawodzenie Toma i pojedyncze nuty gitary, które tworzą rewelacyjny nastrój. Americon to prosty kawałek. I niestety prosty, w tym wypadku znaczy też słaby. Chciałbym coś miłego o nim powiedzieć, ale „łupana” perkusja i riffy cały czas te same nie pozwalają mi na to. Na uwagę zasługuje jedynie dobre solo Jeffa.

Psychopathy Red to pierwszy kawałek jaki było nam dane poznać, gdyż wypłynął stosunkowo szybko po premierze Christ Illusion. Cóż o nim powiedzieć, skoro wszyscy go znają? Wścieklizna to wystarczający opis tak do muzyki jak i do chorego tekstu autorstwa Kinga.

Dwa ostatnie tracki Playing with Dolls i Not of this God, to dobre podsumowanie albumu. Wolny i klimatyczny pierwszy, z przyśpieszeniem i świetnym solówkami w końcówce, oraz agresywny Not of this God, który zamyka album. Co teraz? Wstać, wyjąć płytkę, ucałować i przeprosić. Oni ciągle to mają.

Już pojawiły się głosy że zespół szedł w dobrym kierunku PRZED tym albumem. Że nie ma ognia, że za mało basu w i że nie kolejny Christ Illusion czy God Hates us All. Ciężko polemizować z takimi argumentami. Christ Illusion było naprawdę dobrym albumem, szczególnie patrząc przez pryzmat łubudubu, jakim było GHuA. Ale że porównuje się albumy do najlepszych pozycji w dyskografii, a nie do słabych, muszę powiedzieć że World Painted Blood w porównaniu z Seasons In the Abbys czy Divine Intervention wypada doskonale. I TO jest rekomendacja.

czytaj dalej »

Jubileusz Warp Records



Z okazji okrągłego jubileuszu 20-lecia założenia kultowej wytwórni Warp Records, wydawnictwo przygotowało trzy kompilacje, które będą opatrzone wspólnym tytułem "Warp20".

"Recreated" będzie albumem dwupłytowym, na który złożą się covery utworów artystów przynależących do wytwórni przez ich przyjaciół tworzących wytwórnię. Drugą kompilacją będzie "Unheard", w którego skład wejdą niepublikowane dotąd nagrania takich tuz jak Boards Of Canada, Nightmares on Wax czy Clark. Natomiast trzecią kompilacją przygotowaną przez wytwórnię będzie "Chosen", który podobnie jak pierwszy album, będzie składał się z dwóch krążków, lecz tym razem utwory wypełniające album zostały wybrane przez wszystkich fanów z katalogu Warpa w drodze internetowego głosowania.

Wydawnictwa będą dostępne od 9 listopada jako osobne albumy jak i również złączone w jedną całość i wydane w okazjonalnym boksie.

czytaj dalej »

Drugi album Division By Zero



Od jakiegoś czasu zespół ciężko pracuje nad następcą dobrze przyjętego zarówno w kraju jak i na świecie debiutu zatytułowanego "Tyranny Of Therapy", który ukazał się w 2007 roku nakładem Insanity Records. Nowy krążek będzie nosił tytuł "Independent Harmony".

Krążek zostanie wydany nakładem nowej wytwórni ProgTeam, w którą zaangażowani są ludzie związani z Riverside. Data premiery nie jest niestety jak na razie znana, ale możemy już podziwiać okładkę, która będzie zdobić nowe wydawnictwo.

Warto przypomnieć, że zespół wystąpił w poprzednim roku na prestiżowym holenderskim festiwalu ProgPower Europe.

czytaj dalej »

Nile - Those Whom The Gods Detest


Muszę się z Dallasem i Karlem przeprosić. Dwa poprzednie albumy utwierdziły mnie w przekonaniu że Nile jako jedyny i niepowtarzalny reprezentant swojego gatunku*, skończył się. Annihilation of the Wicked było przecież tylko death metalem. Brutalną, wściekłą rozpierduchą. Na Ityphallic było już dużo lepiej, ale ciągle Karl nie mógł sobie przypomnieć wystaczająco patentów na przykład z Black Seeds of Vengeance i stanęło na awansie do death metalu hołdującego egipskiemu bogowi Phallusowi. Za to nowe wydawnictwo Those Whom the Gods Detest, to powrót na tron. To powrót do gatunku, który sami stworzyli.
*Egipski Kurwa Death Metal, Zdmuchujący Bandaże z Mumii i Burzący Świątynie Ra.

Dlaczego tak ostro o poprzednich albumach? Bo ciężko jest w śmierć metalu, zdobyć się na oryginalność. Przestałem się interesować tym gatunkiem już jakiś czas temu. Nowe łubudubu Cannibal Corpse, Suffocation czy powrót (po co?!) Pestilence, doprowadził mnie do wniosku, że albo to koniec gatunku, albo zbieg okoliczności, że żaden z Władców gatunku nie ma pomysłu na dobre granie. To była długa posucha. Jednak jeden zespół wyrwał się po raz kolejny z kółeczka przeciętności. Jest nowy Nile.

Do rzeczy. Fanów potęgi In Their Darkened Shrines czy Black Seeds of Vengeance ucieszy fakt, że znowu pojawiają się te wszystkie egipskie smaczki, których na AotW nie było wcale, a na Ityphallic były w mizernej ilości. Chóry, niepokojące dźwięki, modlitwy i oczywiście instrumenty, których nazw nie potrafię nawet poprawnie wymówić. Ważne że Karl umie się nimi posługiwać i robi to z wielką klasą. Może to jego drugi solowy album przypomniał mu, że w opętańczo szalonych riffach i lawinie blastów, również można znaleźć sposób na stworzenie tej specyficznej atmosfery, do której przyzwyczaił nas Nile, ładnych parę lat temu. Dodajcie do tego riffy długie na 15 sekund (Kafir!), ostre zagrywki na orientalnej skali, pod które ryczy Dallas (Utternaces of the Crawling Dead), czy majestatyczne, epickie wręcz zwolnienia i chór w utworze tytułowym i otrzymujemy prawdziwą perełkę. Album, który wskakuje na potrójne pierwsze miejsce z In their darkened shrines i Black seeds of Vengeance.

Konkrety? Weźmy otwierający Kafir! Szaleństwo na skali jako jeden riff, na głowę sypią się blasty, a po chwili ciężki jak walec riff i gra Koliasa tak niemożliwa, że momentami śmieszna. To co młody grek wyczynia na nowym albumie, to szczyt szybkości i techniki. Tak dobrze nie grał jeszcze ani w Nile ani w macierzystym Sickening Horror, w którym i tak wyczyniał cuda. W połowie i końcówce utworu usłyszymy też jakieś orientalne zaśpiewy, które nie tyle łagodzą to szaleństwo, co dodają kawałkowi głębi.

Nie ma chwili wytchnienia, już miażdży nas Hittite Dung Incantation z głębokimi growlami Dallasa i połamaną perkusją oraz świetnym solo Sandersa. Później świetne, wspomniane już Utterances of the Crawling Dead z ociekającymi wściekłością riffami i zwolnieniem w środku, by pod te ciężkie riffy, taktowce Koliasa bijące z niewiarygodną prędkością, stworzyły niesamowitą atmosferę. Podobne tempo ma utwór tytułowy, który przenosi nas w czasy Black Seeds of Vengeance. Wstęp na sitarze, zachrypiały niski głos w tle buduje nastrój, przejścia George nadają tempo i zaczyna się kanonada prowadząca do riffu w tej samej skali co głos Dallasa: We are they, whom the gods detest…

Wszystko jest tu przemyślane i brzmi jak najlepsze lata zespołu. Kopalnia riffów i to nie byle jakich, niemożliwa do odtworzenia gra perkusji, ściany dźwięków i pełno pogłosu, który dodaje potęgi i mocy utworom (Permitting the Noble Dead to Descend to the Underworld), do tego dialogi gitar, „podbijanie” riffów jednego gitarzysty przez drugiego tymi samymi dźwiękami ale wyżej, to mistrzostwo. Posłuchajcie też pojedynku na solówki w Khem Khefa Kheshef. To po prostu poezja. Jeden utwór jest zagrany tylko na sitarach z mnóstwem niepokojących dźwięków w tle (pamiętacie pierwszą część suity In their darkened shrines?).

Nie mniej istotnym faktem jest również długość trwania albumu. Ten masowy gwałt na uszach trwa 56 minut! Znacie jakikolwiek death metalowy album, trwający godzinę? Może to wydawać się nawet za długo, ale według mnie świadczy to jednak o kondycji zespołu, prawda? Dallas, Karl i George nie są tymi, których Bogowie poddają próbie. Teraz to Oni są Bogami i poddadzą próbie wszystko co w ciągu najbliższych lat dostaniemy od pozostałych Władców death metalu. A taki bat może mieć na nich zbawienny wpływ. Kto wie, może wrócę jeszcze do słuchania death metalu? Mam nadzieję.

czytaj dalej »

wtorek, 3 listopada 2009

Grammal Seizure – Death Camps


Czy niemieckie (podkreślmy ten wyraz dla uniknięcia nieporozumień) obozy zagłady mogą stać się motywem, inspiracją, bodźcem dla muzyków w XXI wieku? Zdaje się, że tak. Nawet jeśli temat jest odrobinę passé. Warto pamiętać, że niejakie Throbbing Gristle w swojej symbolice wykazywało tego typu zainteresowania.

Nie bez powodu wspominam tu Genesisa Breyera P-orridge i jego załogę. Amerykanin Erik Stanger (człowiek stojący za każdym dźwiękiem w Grammal Seizure) nie ukrywa swoich fascynacji dawną twórczością brytyjskiego kwartetu. Może nie tworzy muzyki tak głębokiej i z tak rozwiniętym przekazem, lecz to, co zaproponował na tym wydawnictwie jest całkiem ciekawe.

Trzy obozy (kolejno): Sobibor, Bergen-Belsen i Birkenau – trzy utwory. Niecałe 15 minut muzyki, więc nie będę się specjalnie rozpisywać. Impresje Stangera wokół tragedii z przeszłości są dość nieprzyjemne dla nieprzyzwyczajonego ucha. Zaczyna się od natłoku bębnów, nieco zniekształconych, ale zaraz po nich otwiera się wycinek noiseowego światka, z którym ciężko dyskutować. Buczenie, piski, fale bezwstydnie wypaczonych dźwięków, chociaż w bezpiecznej odległości od nieznośnego ekstremum.

Wolę sobie nie wyobrażać o czym muzyk myślał nagrywając te piosenki. Przy odrobinie skupienia odczuć można konsystencję przekazu, w którego skład wchodzą: agresja, choroby, zezwierzęcenie, krzywda, smród, niepewność, itd. A zapadająca po tym kwadransie cisza jest niepokojąco przenikliwa.
(Stanger udostępnił to wydawnictwo za darmo w sieci.)

czytaj dalej »

poniedziałek, 2 listopada 2009

Koncertowy reunion Godflesh



Z pewnością wielu fanów ucieszy informacja, że Earache Records potwierdziło informację, o tym, że Godflesh, któremu przewodzi Justin Broadrick planuje reunion. Ostudźcie jednak swój entuzjazm ponieważ póki co, jest to tylko reaktywacja koncertowa, ale i tak jest się z czego cieszyć.

Głównym powodem reaktywacji brytyjskich pionierów industrialnego metalu jest zaproszenie do udziału we francuskim Hellfest Open Air. Jak na razie, nie ma żadnych sygnałów jakoby zespół planował reaktywację również na innych płaszczyznach. Na potrzeby udziału w festiwalu reaktywowały się również zespoły Carcass oraz Amebix.

Ostatnim krążkiem jaki został wydany pod szyldem Godflesh był "Hymns" z 2001 roku.

czytaj dalej »

Gorgoroth – Quantos Possunt Ad Satanitatem Trahunt


Gorgoroth, Gorgoroth… Zespół, który swego czasu wzbudził tyle popłochu wśród polskich, samozwańczych obrońców moralności, etyki, sztuki i ścisłych specjalistów od tego, co wypada – czego nie wypada. Grożono wymiarem sprawiedliwości, a w końcu i tak muzycy stanęli przed nim, chociaż w swojej rodzimej Norwegii, szarpiąc się o prawo do nazwy...

Panowie się poróżnili, czasem tak bywa, nic nowego w muzyce. Osławiony Gaahl i basista King postanowili pozbyć się z kapeli leniwego kolegi, a jednocześnie założyciela, Infernusa i dalej grać pod tym szyldem. Jednakże samozwańczy (a może mianowany?) minister samego szatana był sprytniejszy, odwołał się do sądu. I miał rację, prawnie nazwa należała do niego, o czym poinformował wszystkich w marcu tego roku. (Moja sympatia była po drugiej stronie.)

Gorgoroth traktowałem zawsze (przyrównując do boksu) jako kategorię półciężką albo średnią. Z krótkotrwałymi objawieniami, które jednak były zawsze przyćmione. Black to black, nie ma tu miejsca na jasność. Przy nowej produkcji interesowało mnie głównie, jak sobie Infernus poradzi. I znowu objawia się: All music by Infernus; a nie było tak od czasów Under the Sign of Hell (1997) lub Destroyer (1998). Wiadomo, przy każdej kolejnej płycie było go coraz mniej, mniej i w ogóle.

Jakoś sobie poradził, jednak im dalej w płytę tym coraz wyraźniej objawia się brak pomysłu. Dekadę temu Infernus nagrywał z pewnością ciekawsze rzeczy. O dziwo muzyka jest dość klarowna i przejrzysta, (zbyt) czytelna. Na pewno nie dziwi fakt, że brakuje jej głębi. Po Gaahlu wokal przejął Pest; już udzielał się w Gorgoroth w latach 1995-97. Nie kombinuje on specjalnie, jedzie dość typowym dla tego gatunku skrzekiem. Co ciekawe bas wpadł w ręce niejakiego Bøddela, czyli po prostu Franka Watkinsa z Obituary. Za bębnami zaś również nowa postać w zespole, Tomas Asklund, który kiedyś tam udzielał się w Dark Funeral i Dissection.

Wygląda to na próbę wskrzeszenia czegoś o zabawnej nazwie true norwegian black metal, będąc złośliwym można by dopisać not-gay. Jedni będą zachwyceni, drudzy rozczarowani, to oczywiste. Zespół powinien jakoś ładnie podziękować polskim dziennikarzom za skuteczną promocję. To ładnie brzmi w wywiadzie, że w takim a takim kraju jest się zwalczanym, że to średniowiecze, nienawidzą odmieńców i my biedni (sataniści albo coś innego) jesteśmy dyskryminowani. Tak czy inaczej do panteonu bóstw black metalu jeszcze daleko...i droga jakaś taka polskiej wybujałości. Osobiście najbardziej trafia do mnie smętny i wlokący się „rebirth”. Miłą niespodzianką jest zamykający album „introibo ad alatare satanas”, całkiem ładny riff (daleki, daleki wnuk sabbathów), namiastka klimatu, ale może zbyt mało true, by tworzyć z tego pełnoprawny utwór i temu nie trwa nawet minuty. Poza tym nikt mi nie wmówi, że rozpoczynający wszystko „aneuthanasia” (jeden z lepszych) nie nasuwa bezpośrednich skojarzeń z „total destruction” Bathory z czasów The Return (1985). Zresztą nie byłoby to pierwsze nawiązanie w karierze.

Niech Infernusowi będzie. Dał radę, chociaż wkurzające są niektóre zagrywki. Te wysokie z zacięciem wręcz à la Borknagar... Jako minister samego rogatego powinien się chyba skonsultować z premierem, co dalej robić. Na dzień dzisiejszy nie otrzymują jeszcze rozgrzeszenia, ale następnym razem...kto wie.

czytaj dalej »