poniedziałek, 9 listopada 2009

Dwa grindcore'owe ciosy od Selfmadegod Rec.


Selfmadegod Records - label z Białej Podlaskiej - uderza 10 grudnia dwoma nowymi wydawnictwami rodzimej grindcore'owej sceny. Swoją europejską premierę pod szyldem SMG będzie miał miejsce świeży album Squash Bowels, "Grindvirus". Pisałem ostatnio o EPce Neuropathii. Zupełnie niespodziewanie tego też dnia wyjdzie jeszcze nowszy materiał kapeli - singiel świętujący trzynaste urodziny.

SQUASH BOWELS "Grindvirus"

4 lata po wydaniu ostatniego longplay'a, weterani ze Squash Bowels powracają z całkiem nowym albumem. Fani intensywnego, gęsto-brzmiącego grindcore'a powinni być zadowoleni!

Tracklista:
1. Grindvirus
2. Two Cows And Monkey
3. Oust - Odour Eliminator
4. Wriggler
5. Abhorrently Stinking Rich Man
6. Shit Oneself
7. D.I.
8. Sheep Dag
9. Bacterial Fertiliser
10. Hamsters In Your Head
11. Don't Look A Gift Horse In The Ass
12. Nose - Lunger
13. Child Victims
14. Anodal Closing Odour

profil myspace



NEUROPATHIA "13"

Trzynastominutowy singiel "13" na trzynaste urodziny kapeli. 4 premierowe kawałki plus nowa wersja "Graveyard Cowboys" z pierwszej płyty.

Tracklista:
1. Silent Weapon
2. Digni Poser
3. Family Cancer
4. Before Became After
5. Graveyard Cowboys

profil myspace


czytaj dalej »

Katatonia - Night Is The New Day



Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie czekałem na ten album. Czekałem, i to jeszcze jak. Katatonia na dobre zadomowiła się w moim odtwarzaczu dopiero po ostatnim "The Great Cold Distance", który mnie pochłonął bez reszty i podobnie jak Jonas Renkse zapragnąłem, aby na moim pogrzebie rozbrzmiał wieńczący album "Journey Through Pressure". Tym razem Katatonia postanowiła pójść wydeptaną za sprawą poprzedniego albumu ścieżką, co jak najbardziej wyszło im na dobre.

Album otwiera początkowo ciężki „Forsaker”, który był pierwszym utworem jaki zespół udostępnił wszystkim śliniącym się fanom, do których również należałem. Utwór otwiera ciężki riff, który po krótkim, acz intensywnym wstępie przechodzi w stonowaną, okraszoną nastrojową gitarową melodią zwrotkę. Ogromnie się cieszę, że Jonas śpiewa wręcz identycznie jak na poprzednim albumie. Nie wiem jak śpiewał na pierwszych płytach Katatoni, ale to co wokalnie zaprezentował na poprzednim albumie trafiło mnie dokładnie tam gdzie powinno i koleś ma u mnie pomnik. Nie inaczej jest w tym przypadku. Nie chciałbym wyjść na jakiegoś ”pociętego” nastolatka (choć to już nawet nie mój przedział wiekowy), ale ten muzyczny smutek w wykonaniu Katatonii jak najbardziej do mnie trafia. Granie z góry nastawione na klimat i emocje, a nie na techniczne popisy, których w zasadzie nigdy w Katatonii nie było i miejmy nadzieję, że nie będzie. Są za to pomysłowe rozwiązania, chwytliwe zagrywki, które na długo zapadają w pamięć. Nie rozumiem tylko czemu zespół wytypował na singiel „Day And Then The Shade”, który oczywiście jest dobry, atakuje od początku ciężkim riffem z wysuniętym do przodu elektronicznym „wspomagaczem”, ale są na płycie utwory o wiele bardziej nośne i wpadające w ucho niż ten. Nie będę wyróżniał poszczególnych utworów, bo to album naprawdę równy i spójny, więc faworyzowanie któregokolwiek byłoby krzywdzące.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że gdyby nie ta specyficzna elektronika, która wylewa się zza gitar i perkusji, ich muzyka nie uderzałaby z takim ładunkiem emocjonalnym i nie tworzyła tak charakterystycznego, jakkolwiek banalnie to zabrzmi, nocnego klimatu. A kontynuując elektroniczny wątek, w pewnym momencie miałem wrażenie, że pomyliłem krążki, bo motyw w „Ownward Into Battle” brzmi jak wyjęty z umysłu jakiegoś prog-rockowego klawiszowca. To nie zarzut, lecz tylko spostrzeżenie.

Szwedzi zapewne mają świadomość, że nie odkrywają Ameryki, ale pewnie też nie o to im chodziło. „Night Is The New Day” to świetna kontynuacja muzycznych wątków, które zostały zawarte na poprzednim albumie. Podobno Mikael Akerfeldt określił tę płytę jako „prawdziwe arcydzieło i najlepszy "ciężki" album jaki słyszał od 10 lat”. Myślę, że śmiało przesadził, bo ani ten album nie jest żadnym arcydziełem dekady, ani również ciężarem nie zabija, dlatego też albo Akerfeldt ma małe problemy ze słuchem, albo po prostu ma spore zaległości z albumami sprzed 10 lat. A tak przy okazji, to słuchając „Idle Blood”, gdzie w jako jedynym utworze pojawia się gitara akustyczna, mam nieodparte wrażenie jakby to właśnie Mikael użyczał swojego głosu i przemycił szczyptę opethowskiej atmosfery. Z gościnnych występów mamy tylko Kristera Lindera w wieńczącym album „Departer”, który szczerze mówiąc nie wiem w jakim celu został zaproszony, bo równie dobrze, Jonas mógł zaśpiewać te partie. Linder to szwedzki kompozytor i producent, który aktualnie jest wokalistą w szwedzkim, heavy metalowym Enter the Hunt, ale to tak na marginesie.

Nie oczekiwałem żadnego zaskoczenia. Zespół zapowiadał to i owo, a na całe szczęście wyszło to czego się spodziewałem, czyli świetna kontynuacja „The Great Cold Distance”. Spójrzcie na okładkę albumu, a konkretnie na klatkę piersiową posążka, a potem na okładkę singla „My Twin”, prawda, że podobne motywy? W obu przypadkach Travis Smith odwalił kawał dobrej roboty. „Night Is The New Day” to kolejna porcja niebanalnego, melancholijnego klimatu ubranego w chwytliwe wokale i ciężkie gitarowe riffy nadające całości specyficzny groove, za którego sprawą całość od razu ląduje w głowie i pozostaje tam jeszcze na długi czas. Na samo zakończenie roku dostaliśmy na pewno jedną z jego mocniejszych pozycji.



czytaj dalej »

Jerzy Dorn znowu krzyknie!



Bydgoszczanie z George Dorn Screams na jesień tego roku przygotowali nowe wydawnictwo. Będzie to EP, na którą złożą się cztery niepublikowane wcześniej utwory. EP będzie nosić tytuł "The Large Glass", a jej wydanie zostało zaplanowane na 19 listopada.

Pierwszego z utworów, który nosi tytuł "The Terrace", już teraz możemy posłuchać na profilu myspace bydgoskiego kwintetu.

"Nagrywaliśmy to zupełnie bez stresu, bez żadnego właściwie ograniczenia czasowego, spędzając razem kilka dni na zupełnym odludziu, śpiąc razem i gotując sobie obiady. Materiał powstał właściwie bez żadnych dalszych planów co do niego, jako taki eksperyment, który wynikał z jakiegoś naszego wewnętrznego zapotrzebowania na małą odskocznię" - komentuje wokalistka Magda Powalisz.

"Ten projekt był okazją, żeby wykazać się o wiele większym wyczuciem, kunsztem i samoświadomością, niż w dotychczasowych sesjach nagraniowych. Nie było ściany przesterów i głośnych talerzy, ani też tricków realizatorskich, za którymi można by się było schować. Każdy dźwięk zatem musiał jakoś naturalnie dążyć na swoje miejsce, nie było miejsca na niechlujstwo czy ślamazarność. Dla mnie była to pierwsza praca nad muzyką, która nie miała nic wspólnego z hardcore czy noise, dlatego efekt wydaje mi się bardzo naiwny i szczeniacki, tym bardziej, że songwriterem jak Oldham nigdy nie byłem i nigdy być nie chciałem" - uzupełnia Girth McGarth.

"Na pewno byłem wówczas pod dużym wrażeniem Codeine, Smoga, The For Carnation i zależało mi, żeby zrobić utwory, które będą maksymalnie wolne w dwojakim znaczeniu. Po pierwsze chodziło o tempo, po drugie o próbę uwolnienia ich od tego, co robilimy do tej pory. Co chyba zresztą nie do końca się udało… W zasadzie kierowały nami chyba tylko nasze własne ambicje artystyczne. Każdy muzyk chce po prostu robić jak najwięcej numerów, poruszać się po różnej stylistyce, dzielić się efektami z otoczeniem" - mówi Wojtek Trempała, basista zespołu.

Wydawnictwo zostało zarejestrowane w niewielkim, kameralnym studio w Sucharach pod Nakłem nad Notecią. Nad całością czuwał Jarka Hejmana, który wcześniej pracował z zespołami obracającym się w rejonach reggae i dub. Stroną graficzną wydawnictwa zajął się Rafał Piekoszewski, który na co dzień wiosłuje w poznańskim Plum oraz jest autorem wielu plakatów dla klubu Kisielice.

Wydaniu EP będzie towarzyszyć trasa koncertowa, na której to będzie można usłyszeć między innymi utwory z "The Large Glass".

19 listopada - Poznań, W Starym Kinie (+ Tin Pan Alley)
20 listopada - Wołów, WOK (10. Baraque Festival)
21 listopada - Brno, Sklenena louka (+ Awberah)
22 listopada - Kraków, Re (+ Bad Light District)
4 grudnia - Szczecin, Delta (+ 3moonboys)
16 grudnia - Warszawa, Stodoła (support przed Myslovitz)

Dyskografią zespołu zamyka wydany na początku 2009 roku "O’Malley’s Bar" za pośrednictwem Ampersound.

czytaj dalej »

niedziela, 8 listopada 2009

Killing Joke w Polsce?



Wiadomość o tym, jakoby zespół miał wystąpić w Polsce, pojawiła się jakiś czas temu na oficjalnej stronie zespołu. Idąc za informacją, grupa wystąpi 27 kwietnia w katowickim Mega Clubie i dzień później w klubie Palladium w Warszawie.

Występy Brytyjczyków organizowane są z okazji 30-lecia istnienia grupy. Zespół wystąpi w oryginalnym składzie, czyli: Jaz Coleman (wokal), Geordie (gitary), Youth (bas) i Paul Ferguson (perkusja).

Kwartet zapowiedział również nową płytę, której najwcześniej możemy się spodziewać w kwietniu przyszłego roku. Krążek jak na razie nie ma tytułu, ale już wiadomo, że zostanie wydany za pośrednictwem wytwórni Spinefarm, z którą zespół właśnie podpisał kontrakt.

Dyskografię zespołu zamyka wydany w 2006 roku "Hosannas From The Basements Of Hell".

czytaj dalej »

sobota, 7 listopada 2009

Zła wiadomość dla fanów Paradise Lost


W grudniu tego roku mają mieć miejsce w Polsce wspólne koncerty Paradise Lost i Samael (w roli supportu). Niestety Greg Mackintosh, gitarzysta brytyjskiej formacji, nie pojawi się na tych występach.

Zespół na swojej stronie poinformował, że przyczyną nieobecności gitarzysty jest choroba ojca. Podczas reszty europejskiej trasy zatytułowanej po prostu Faith Divides Us – Death Unites Us zastępować go będzie Milly Evans (technik zespołu i klawiszowiec Terrorvision).

Przypomnijmy terminy polskich koncertów:
1. grudnia – Stodoła, Warszawa;
2. grudnia – Studio, Kraków.

Występy gwiazd poprzedzać będzie polski zespół Carnal.

czytaj dalej »

Neuropathia EP



Nie ma zmiłuj. Grindcore’owcy z białostockiej Neuropathii – nieco ponad rok po premierze longplay’a „Satan owns your stereo” (nota bene najlepszej płyty A.D. 2008 w moim mniemaniu) – wypluwają nowy materiał w postaci niezatytułowanej EP-ki. Zresztą po co tytuł? Wystarczająco sugestywny wydaje się obrazek z okładki. Zrujnowana metropolia, na środku znamię wielkiej rozpierduchy. Jedna z moich ulubionych kapel rozwala po raz kolejny.

To nie tak, że deklaruję się fanem Neuropathii, bo kapela jest z mojego miasta. W muzyce nie ma miejsca na jakikolwiek kredyt ulgowy, czy lokalny patriotyzm. Oni w dziedzinie grindcore’a są po prostu mistrzami i chuj! Chociaż... może się jednak mylę? Nie, nie w kwestii mistrzostwa, zastanawia mnie raczej istota Białegostoku. Bo coś z tym miastem jednak chyba jest. Dead Infection też są z Białego, a to jedna z największych legend polskiego grindcore’a, a nawet legenda światowa. W tym mieście narodził się również Squash Bowels. Nie wiem, czy to przez klimat, mentalność, czy panoszy się tu jakaś niewykryta choroba, roznoszona przez grindcore’owy wirus (taki jak z tytułu nowej płyty Squash Bowels). Może w północno-wschodniej Polsce wszyscy rodzimy się ze specjalnym genem, warunkującym wyjątkową wrażliwość na grindcore’a. Oczywiście ujawnia się on niezwykle rzadko, w co którejś jednostce, bo częściej jednak dominuje inny gen, ten discopolowy. O tak! Przewraca nam się tu w głowach! Statystycznie wypadło też i na mnie z tym grindcore’em. Ja również się taki urodziłem. W prawdzie ojciec od kołyski puszczał mi Szczepanika, ale nie dałem się oszukać. Mogę słuchać Beatlesów, Nicka Cave’a, ale grindcore’a się nie wyzbędę.

W każdym razie tak to jest, że w Białymstoku mamy najfajniejszych fanów tej muzy i najfajniejsze kapele. A przynajmniej Neuropathię, która potwierdza swoją klasę nową EP-ką. Ta płyta to również świadectwo konsekwentnego rozwoju kapeli. Debiutancka „Graveyard Cowboys” zdradzała jeszcze inspiracje goregrind’em, ale już wyróżniała grupę rock’n’rollowym podejściem do tematu. I wkrótce to właśnie ta swoista „przebojowość” i luz zdominowały muzykę zespołu. Po horrorach niewiele zostało. Panowie najwyraźniej przerzucili się na żarty z rogatego i jego wyznawców, kiczowate kino kopane klasy B i zaczęli zasłuchiwać się w Turbonegro. Po świetnych, rock’n’rollowych duchem, charakteryzujących się tzw. „szwedzkim” brzmieniem - „Satan is a cunt” i „Bubba Luciferi”, do kapeli doszedł niejaki Piotr Polak, który dodał muzyce Neuropathii jeszcze większej przebojowości. Zeszłoroczne „Satan owns your stereo” to – zdaniem piszącego – jedna z najlepszych grindcore’owych płyt ostatnich lat. Dzięki drugiemu gitarzyście kapela nabrała wręcz melodyjności. To już nie była tylko totalna demolka. Te kawałki wbijały się w umysł, je się po prostu nuciło!

Wraz z najnowszą EP-ką, zespół ewoluuje dalej. Rozwój słychać przede wszystkim w sposobie aranżowania. Neuropathia na dzień dzisiejszy gra grindcore’a niezwykle inteligentnie. Broń Szatanie rogaty, to nie jest już prymitywna muzyka! Struktura nowych numerów wydaje się być dobrze przemyślana. Riffy są co raz błyskotliwsze, mamy tu sporo ciekawych smaczków, acz wszystko wciąż ładnie napierdala i wyrywa flaki. Kolejnym urozmaiceniem jest też dodatkowy wokalista. Wiadomo, iż ostatecznie zastąpił starego, jednak jeszcze na tym krążku można nacieszyć się kilkoma barwami głosu. Płyta oczywiście nie jest długa. W sumie mamy dziesięć utworów: melodyjne intro, sześć zajebistych grindcore’owych ciosów, wręcz sludge’owy „Journey through the Wasterlands”, cover E.M.F. oraz jeden remiks na zakończenie. Jednak taki strzał wystarczy, by znokautować.

To nie tak, że deklaruję się fanem Neuropathii, bo kapela jest z mojego miasta. Jakie to ma znaczenie? Kolesie nagrali po prostu świetny krążek z inteligentnym grindcore’em. Kawał dobrej muzy i potwierdzenie rozwoju kapeli. Nie mogę się już doczekać następnej płyty! Polecam każdemu, kto lubi grindcore’a. I nieważne, czy jesteś z Białegostoku, Warszawy, Bakałarzewa, czy Kielczygłówka.


czytaj dalej »

Nirvana – Bleach (20th Anniversary Deluxe Edition - Remastered & Expanded)


Mija 20 lat od debiutu Nirvany. Rozumiem, że za dwa lata dostaniemy również jakąś solidnie poszerzoną reedycję Nevermind (1991). A w 2016 to już w ogóle, w końcu to będzie ćwierćwiecze jednego z najważniejszych albumów lat 90tych. Doją, doją, każdy doi, aż dziwne, że jeszcze da się coś z tej marki wycisnąć.

Fenomen Nirvany chyba ciągle żywy. To w końcu bardzo chwytliwe motywy: bunt, rewolucja muzyczna, samobójstwo, do tego idol będący prawdziwym everymanem, status legendy i piosenki banalne do zagrania. Każdy może chwycić gitarę, poświęcić parę chwil, łapać akordy i już z grubsza się umie. Do przodu.

Spośród dość skromnego dorobku Cobaina Bleach jest tym albumem, do którego czuję jakiś sentyment. Miał ciężar, był nieprzyjemny, na swój sposób złowrogi, wypaczony, toporny i dołujący. Każdy dźwięk wyrył się w mojej podświadomości. Taki prawdziwy grunge, a nie cukierkowate, wesołe, niby-punkowe, bezczelnie przebojowe granie w stylu kolejnej płyty. „Blew” tworzy bardzo schizofreniczną przestrzeń, „school” (mimo że prosty okrutnie) porywa tymi trzema powtarzającymi się linijkami tekstu. Zresztą to akurat Cobainowi nieźle wychodziło, takie zduszone powtarzanie tych samych wersów. „Paper cuts” do dzisiaj robi na mnie duże wrażenie. „Swap meat”, rozpędzony „mr. moustache”, ponury „sifting”… Miło powspominać, nie ma co.

Do wydawnictwa dorzucono koncert, w końcu trzeba jakoś to sprzedać, dać jeszcze parę ochłapów, które pewnie i tak dałoby się wyłowić w sieci, chociaż w gorszej jakości. A koncert jak koncert Nirvany; głośny, chaotyczny, brudny, ze swoimi niedociągnięciami i nieco wyciszoną publiką. Oczywiście zagrany jeszcze przed rewolucją 1991 roku w jakimś Pine Street Theatre. „School”, „floyd the barber” na początek... Z ciekawszych rzeczy „dive”, „spank thru”, „mollys lips” (cover The Vaselines), „sappy”, „been a son”. Nie dzieje się tu jednak nic specjalnego; wlatuje jednym uchem, drugim wypada.

Nowe pokolenia rosną, zapotrzebowanie na Nirvanę, jak widać, wciąż jest. Niech będzie. Może za jakiś czas ktoś znowu odkryje jakiś skitrany utwór, rozkapryszona żonka coś zechce opublikować, niewiadomo. I tak to się będzie toczyć ku uciesze fanatyków i najmłodszej gawiedzi.

czytaj dalej »

piątek, 6 listopada 2009

King Cannibal - Let The Night Roar




Ninja Tune. Ten, kto kojarzy tę wytwórnię, skojarzy też szereg artystów z nią związanych: począwszy od Amona Tobina, poprzez Bonobo, a na naszym rodzimym Skalpelu kończąc. Niedawno w drużynie Ninja Tune pojawił się nowy zawodnik: King Cannibal.

Już sam pseudonim zdradza, że osobnik ten raczej nie należy do ludzi lubujących się w atmosferze chilloutu, że nie bawią go grube jointy i beztroskie bujanie się do ospałych beatów. I udowadnia to od pierwszego utworu swojego debiutu, "Let The Night Roar": jak stado szerszeni ruszają na nas gęsto podbite basem dźwięki spod znaku drum'n'bass oraz breakcore ("Aragami Style"). To właśnie dla takich rzeczy Anglosasi ukuli słowo MASSIVE. W utwór wprowadza intro obszyte samplami o horrorowej proweniencji, bo - jak sam muzyk przyznaje w wywiadach - jest maniakiem filmowym. Będzie to zresztą słychać przez całą płytę.

King Cannibal: Bong-Ra spotyka się z The Bug. Oto Londyn nocą, miasto, gdzie możliwości i pragnienia spotykają się z niebezpieczeństwami, o których regularnie trąbią brytyjskie gazety. Zapomnijcie o piciu herbatki i robieniu fotek pod pałacem Buckingham, tutaj pije się benzynę i w ramach zagrychy połyka gwoździe.

Spektrum dźwięków Cannibala jest szerokie; potrafi on płynnie przejść z budzącego niepokój, zaprawionego minimalem i ostro ponacinanego "Murder Us" do dancehallowo - dubstepowej rzeźni ("Dirt"), gdzie featuring w postaci jamajskiego rapera Daddy Freddy'ego doprowadza płytę do wrzenia. To jeden z highlitów tego długograja, w którym Londyńczyk pokazuje prawdziwy pazur: potężne, zdmuchujące z podłogi basy łączą się z agresywnym flow i morderczym refrenem. W to wszystko King Cannibal potrafi wetknąć jeszcze plemienne bębny oraz odgłosy wystrzałów. Mało? To może... "Virgo", gdzie do akcji włącza się raperka o pseudonimie Face-A-Face. Pewnym zaskoczeniem jest, że kolejne wersy wypluwa w języku Balzaca - to ciekawe połączenie, które udowadnia po raz kolejny, że żabojady nie samym serem i winem stoją i potrafią doskonale wpasowywać się w muzykę daleką od mdławych "chansons".

A może "Colder Still", gdzie po półtorej minuty prowadzenie przejmują jadowite breaki, ciągle podsycane samplami z horrorów? Rollercoaster nie zatrzymuje się ani na chwilę.

Największą zaletą płyty jest sposób, w jaki King Cannibal łączy (m.in.) dubstep, drum'n'bass i breakcore, by zawrzeć na płycie zarówno aurę niepokoju i grozy, jak i po prostu przyłożyć słuchaczowi w bębenki uszne. Bez gości ten Bruce Lee basu radzi sobie równie dobrze. Takie utwory jak "A Shining Force" czy "The Untitled" wprost pękają od smaczków, zmian tempa, szorstkich i drapiących tekstur. Intensywność wypełnia dzieło Londyńczyka po brzegi. I miejmy nadzieję, że to słowo weźmie sobie do serca jak najwięcej muzyków, by zaskakiwać nas podobnie płomiennymi płytami.

czytaj dalej »

Rosetta/Balboa - Project Mercury



Zawsze podchodziłem do splitów niezbyt specjalnie. Czemu ma niby służyć split? Jaki jest większy sens wydawać album, na którym jeden zespół zaprezentuje dwa utwory, drugi kolejne dwa? Podchodziłbym inaczej do tego typu wydawnictw, gdyby obie kapele siadały i wspólnie komponowały utwory, wtedy słowo „split” nabrałoby tutaj prawidłowego znaczenia. Rzadko się zdarza wspólne komponowanie. W przypadku „Project Mercury” do czegoś takiego jednak doszło, ale nawet to nie uratowało tego krążka.

Nie mam bladego pojęcia dlaczego Rosetta zdecydowała się na wspólny split z zespołem Balboa? Jedyne co mi przychodzi do głowy to wspólne pochodzenie, oba zespoły wywodzą się z Filadelfii, ale po za tym, w moim mniemaniu nie mają ze sobą kompletnie nic wspólnego, a już na pewno nie na tyle, aby tworzyć split, który nadawałby się do słuchania. Cała bolączka tego wydawnictwa polega na totalnie nietrafionym zespole Balboa, tyle. Nie wiem kto był tak „kompetentny” i poprzyklejał im łatki w stylu „screamo” i „post-metal”, które kompletnie nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Odsyłam do kapel, w stylu Orchid czy chociażby Saetia. Balboa koło tej nuty kompletnie nie stała ani nawet nie leżała. Jedna miniaturowa jaskółka, w postaci zdawkowych elementów, wiosny nie czyni. Balboa zanudza na tej płycie aż trzema utworami, których równie dobrze mogłoby nie być i nikt by na tym nie stracił, a moje uszy mogłyby jedynie skorzystać.

Nie mam nic do zarzucenia Rosecie, która znowu swoimi kompozycjami tworzy w mojej głowie niezliczone wizualizacje, pokazy slajdów o najprzeróżniejszej tematyce. Przygotowali dwa utwory, które łącznie trwają ponad 20 minut. Zarówno „Tma-1” jak i „Clavius” to jedyne jasne momenty tej płyty. Ściany przejmujących, chwytających ze serce i uszy dźwięków przetaczają się przez mój umysł utwierdzając mnie dodatkowo w przekonaniu, że całe szczęście, że muzyka nie skończyła swej ewolucji na Black Sabbath. Rosetta serwuje zagrywki, dzięki właśnie którym trafili w mój czuły punkt już za sprawą debiutu. Ogromne przestrzenie, masa zalewającego ze wszystkich stron delay’u oraz zatopiony w ciężkich, brudnych i przestrzennych gitarach wściekły wokal.

Ostatni tytułowy kawałek stanowi dla mnie sentencję splitu, na tym właśnie powinien polegać split, na wspólnym komponowaniu, łączeniu elementów charakterystycznych dla zespołów pragnących stworzyć split. No i cóż, słychać tu ów metody muzycznej hybrydyzacji, która jednak nic specjalnego nie pokazuje, są momenty, ale nie są one w stanie uratować ogólnej klapy. Kompletnie nie słuchalna dla mnie Balboa zabija całą magię jaką Rosetta byłaby w stanie wytworzyć z innym, bardziej trafionym zespołem.

Nie wykluczone, że Balboa do kogoś trafi, do mnie bynajmniej nie przemówiła i nie zapowiada się, żeby przemówiła, parafrazując Zappę, „nawet gdyby przyszłą i ugryzła mnie w dupę”. Po tym albumie zostałem do prezentowanej przez nich muzyki skutecznie zniechęcony.



czytaj dalej »

Pineal Eye – I


Ciężko jest ugryźć taką płytę. Niewiadomo czego się spodziewać. Podczas słuchania zaskakuje nieustannie, nie wykazuje żadnej wyraźnej logiki, ale na szczęście nie ma na celu zamordować słuchacza. Ten egocentryczny (bez wartościowania) tytuł tłumaczy wspaniałą dowolność, różnorodność i pewnego rodzaju intymność.

Pozwolę sobie przedstawić (przetłumaczyć) krótką notkę znajdującą się na stronie zespołu:

...oko, na szczycie czaszki. otwierające się na żar słońca, by kontemplować je w złowrogiej samotności, nie jest to produktem zrozumienia, ale ma miejsce w zastępstwie bezpośredniego doświadczenia; to odsłania i zasłania siebie jak pożar, albo jak gorączka, która pożera istotę, albo, precyzyjniej, głowę.

Tekst ten wyjaśnia wiele i nie wyjaśnia niczego. Ukierunkowuje słuchacza na pewien konkretny stan, niecodzienne wrażenie rozwichrzenia zmysłów i niemożności osiągnięcia równowagi empirycznej. Należy więc otworzyć się na innego typu doświadczenia, dopuścić do siebie zupełnie nowe wrażenia, myśli, możliwości. Ta gorączka umożliwia wyrażenie swojego bytu na wcześniej nieznanym poziomie, wyrażenie swojego bytu wobec wcześniej nieznanego świata.

I od czego zacząć? Że otwierający album „the fool” ginie w szumie? Prawie zupełnie przepadają gitary, a perkusja idzie topornie do przodu. O wokalu można zapomnieć, właściwie jako taki się nie pojawia. „I am going to kill you, Beatrice” zmierza w stronę starej szkoły industrialu. „The golden dawn” to paranoicznie zaserwowany irytujący motyw na gitarze. „They come through the floorboards (excerpts 7+8)” ma epicki nastrój; nieco elektroniki i pobrzękująca gitara akustyczna. „Marcelle's pale blue eye” to muzyczny dadaizm, piski, wrażenie transmisji radiowych zza ściany. „The fire sermon” odsłania się jako przyjemne, folkowe, pogańskie granie do tańca z kwiatami na głowie. Krótki „interlude” daje wytchnienie, chwila z gitarą akustyczną, pozwala to na rozmarzenie się, lecz pod spodem wyłaniają się zacietrzewione i coraz głośniejsze dźwięki. A tu jeszcze druga połowa albumu stoi otworem.

Skojarzenia oczywiście się pojawiają, ale są tak różnorodne, że aż onieśmielające. Wspomniane już początki industrialu brytyjskiego, odrobina szwedzkiego epickiego grania spod szyldu jednoosobowego zespołu, też amerykańskie granie w wykonaniu rudego wielkoluda, który przyszedł z pustyni, do tego jedna z ballad zeszmaconej potęgi trashu, cień nadproduktywnego duetu z kanadyjskiej stolicy, również odrobina tradycyjnego, dmuchanego grania w wykonaniu facetów w spódnicach... Nie podaję konkretów, to niepotrzebne, jedynie sugeruję, podpowiadam, ale to o niczym nie świadczy. Może być wszystko. Może być nic.

Jest to płyta niecodzienna, nieprzeciętna, wybitna. Konsekwentna w swojej niekonsekwencji i piękna w swoim braku piękna.
Pozostaje polecić. I podziękować za udostępnienie jej/siebie.
Dziękuję.

czytaj dalej »